Najlepsze filmy 2023: 10 - 1

Data:

10. Śnieżna pantera, reż. Pema Tseden

Nic nie wskazywało na to, że Śnieżna pantera będzie ostatnim filmem Pemy Tsedena, tak się jednak złożyło, że jest również jego najlepszą produkcją. Twórca, który w warunkach chińskiej cenzury próbował zachować w swoich filmach tybetańską kulturę zadaje pytanie o relację natury i człowieka. Ubiera je w postać tytułowej Śnieżnej pantery. Krwiożerczego i pięknego zwierzęcia, przez którego ludzkie prawa muszą skonfrontować się z zasadami, jakimi rządzi się przyroda.

Recenzja

 

9. W żółtym kokonie, reż. Phạm Thiên Ân

Prawdziwie nowohoryzontowy seans. Kilkuminutowe ujęcie na drzewo? To właśnie ten film. W żółtym kokonie na pewno nie jest dla widzów spodziewających się akcji. Ta roztapia się w sennym tempie, jakby jej w ogóle nie było. To jednak bardzo satysfakcjonujące doświadczenie. Poetyckie, wyciszające, pozwalające odpocząć od typowych fabuł i mało wyszukanego języka wizualnego.

 

8.  20 000 gatunków pszczół, reż. Estibaliz Urresola Solaguren

Film o transpłciowym dziecku wydaje się czystą kontrowersją. Ta jednak w ogóle nie interesuje Estibaliz Urresoli Solaguren. Jej celem jest tylko i aż opowiedzenie o doświadczeniu młodego człowieka i jego rodziny. Dzięki temu powstało wyważone kino pozwalające pokazać pełną gamę emocji kilkuletniego dziecka. W tę rolę wcieliła się Sofia Otero, której należą się wszystkie aktorskie nagrody, a nie tylko Srebrny Niedźwiedź.

 

7. Powoli, reż. Marija Kavtaradze

Z liter skrótowca LGBTQIA pierwsze cztery doczekały się już całkiem solidnej kinowej reprezentacji. Najmniej filmów powstało chyba na temat “A”, czyli osób aseksualnych. Marija Kavtaradze pokazuje, że niesłusznie. Portretuje romantyczny związek, w którym mężczyzna jest aseksualny, inaczej niż jego partnerka. Powoli pokazuje nietypową relację z czułością, uwagą i wyczuciem, odkrywając, że intymne światy mogą być różne od tych bronionych jako jedyne normalne.

 

6. Nie obiecujcie sobie zbyt wiele po końcu świata, reż. Radu Jude

Rumuńska Cleo od piątej do siódmej nie istnieje… Otóż istnieje i bardzo chce cię skrzywdzić. Radu Jude sięga po nowofalowy koncept pokazania jednego dnia, jednak inaczej niż u Agnes Vardy jego bohaterka nie jest aktorką, a prekariuszką świata filmu. Zajmuje się jeżdżeniem po Bukareszcie, żeby nagrywać ludzi do castingów. Budzi się o świcie, wraca w nocy. No i oczywiście nie ma umowy o pracę. Wyładowuje stres nagrywając tiktoki, w których wciera w się w samca alfa z fantazji Andrew Tate’a. Nie obiecujcie sobie zbyt wiele po końcu świata to połączenie Francuskiej Nowej Fali, tiktokowych filtrów i Zmienników. Do tego trzeba dołożyć humor, nie dość, że piekąco zajadły, to jeszcze bardzo lokalny i trudny do zrozumienia poza kontekstem Europy Środkowej i Wschodniej. 

 

5. Suzume, reż. Makoto Shinkai

Kto by pomyślał, że najlepszy film Berlinale będzie o pogoni za kotem w towarzystwie ożywionego krzesła? Możliwe, że niewielu, ale miałem pewne podejrzenia, biorąc pod uwagę, że za reżyserię odpowiadał Makoto Shinkai. Suzume nie jest obrazem tak udanym, jak Your Name, ale nie zawsze można trafiać w środek tarczy. Tym razem strzał jest również bardzo celny i to wyjątkowo piękna animacja.

Recenzja

 

4. Trenque Lauquen, reż. Laura Citarella

Trenque Lauquen to niewielkie miasto w prowincji Buenos Aires, położone zaledwie czterysta kilometrów od stolicy Argentyny. W tej sennej miejscowości dochodzi do wydarzeń na miarę Miasteczka Twin Peaks. Laura Citarella posługuje się innym językiem niż David Lynch, jednak tworzy film równie intrygujący. Osiąga to przede wszystkim dzięki poświęceniu ogromnej uwagi strukturze. Trenque Lauquen oznacza w języku rdzennej ludności “okrągłą lagunę”. Tę kolistość reżyserka bierze jako zasadę organizującą jej produkcję. Motywy i bohaterowie się powtarzają, obracając wokół tajemnicy.

 

3.  La Chimera, reż. Alice Rohrwacher

Alice Rohrwacher już całkowicie weszła na kinową ścieżkę, którą podążał Pier Paolo Pasolini, łącząc mit z rzeczywistością i tworząc współczesne ludowe baśnie. Reżyserka tym razem zabrała widzów na łupieżczą podróż po etruskich grobowcach. Główny bohater rabuje starożytne nekropolie nie tylko po to, aby się wzbogacić, ale również dlatego, żeby znów być bliżej swojej ukochanej. Orfeusz z klas niższych nie może jednak wejść głównymi drzwiami do Hadesu, szuka więc okazji, żeby się do niego włamać bocznymi drzwiami.

 

2. Chłopiec i czapla, reż. Hayao Miyazaki

Hayao Miyazaki po raz kolejny obraził się na świat i przerwał emeryturę. Znów uznał, że nie odpowiadają mu współczesne animacje i musi pokazać, jak się to robi. No i nie da się ukryć, że ta starcza złość doprowadziła do powstania naprawdę pięknego filmu. To chyba najmocniejsza wizualnie produkcja Miyazakiego, a przecież konkurencja jest wyjątkowo zacięta, żeby wspomnieć tylko o Spirited Away, Księżniczce Mononoke czy o Ruchomym zamku Hauru. To też chyba jego najbardziej enigmatyczny obraz. Niekiedy tak zagadkowy, że aż ocierający się o surrealizm.

 

1. Całe to piękno i krew, reż. Laura Poitras

Dokumentalny biopic? Co za klisza. Jednak nie wtedy, kiedy bohaterką jest Nan Golding, a za kamerą staje Laura Poitras. Ta pierwsza, bezkompromisowa amerykańska artystka, jest gotowa, żeby rozliczyć się ze swoim życiem, a reżyserka jej w tym nie przeszkadza. Fotografka zdaje sobie sprawę z ryzyka pisania hagiografii. Dlatego za każdym razem, kiedy z jej opowieści wyłania się pomnik zamaszystym gestem go burzy. Przez to mamy wrażenie dostępu do jej prawdziwego życia. To historia smutna, pełna piękna, krwi, rozpaczy, beznadziei, miłości i przemocy. Golding i Poitras dają nieco nadziei, ale wymierzają kolejne emocjonalne kopniaki w brzuch. Kiedy ten film zdobył weneckiego Złotego Lwa można było myśleć, że to po prostu kolejny dokument, który wyróżniał się na tle fabularnej konkurencji. To błąd, bo Całe to piękno i krew jest przede wszystkim fenomenalnym kinem.