„Oburzeni”, czyli widmo rewolucji…

Data:
Ocena recenzenta: 5/10

Tony Gatlif, Cygan, algierskiego pochodzenia, od lat mieszkający i tworzący w Paryżu, dokąd przyjechał jako młody chłopak. Zapewne z uwagi na osobiste doświadczenia jego filmy dedykowane są Cyganom, dotykają podskórnego europejskiego rasizmu, opowiadają o poczuciu emigranckiego odrzucenia.

Dwa ostatnie: „Czas oburzonych” i „Oburzeni” poświęcone są Ruchowi 15 Maja, którym reżyser najwyraźniej jest zafascynowany i z którym w ogromnym stopniu się identyfikuje, z powodów wspomnianych wcześniej. Ale może zbyt osobiste zaangażowanie twórcy nie zawsze wychodzi na dobre dziełu - skraca dystans i powoduje utratę ostrości. W przypadku „Oburzonych” chyba niestety tak się dzieje, w rezultacie powstało 1,5 godziny niezbyt zgrabnego filmu, który tak naprawdę jest o niczym. Historia Afrykanki Betty, którą morze wyrzuca u wybrzeży Grecji jest wątlutka jak bibułka i stanowi jedynie pretekst do filmowania z perspektywy kamery uczestniczącej ulicznych protestów od Aten, po Madryt. W rezultacie nic z tego filmu nie wynika - ma co prawda wszelkie znamiona filmu propagandowego, a przynajmniej mocno zaangażowanego, ale nie wiadomo jakie ostatecznie jest jego przesłanie. To po prostu zlepek luźnych scen, które nie wnoszą żadnej istotnej informacji na temat ruchu. Łącznikiem pomiędzy nimi są fragmenty eseju „Oburzcie się” Stéphane`a Hessela, ilustrowane okropnymi łopatologicznymi metaforami (nie wiem, czy w ogóle można w tym wypadku mówić o przenośniach). Na przykład pozory współczesnej wolności i demokracji zilustrowano następująco: kurom otworzono kurnik i pozwolono skorzystać z wolności, ale zanim zdążyły się nią nacieszyć, do środka wdarł się lis i zaczął je dusić.

Tak na marginesie: nigdzie w napisach do filmu nie dopatrzyłam się uwagi, że „podczas kręcenia zdjęć nie ucierpiało żadne zwierzę” :-)

Chyba jedynym udanym fragmentem filmu jest scena, kiedy mowa o samospaleniu tunezyjskiego sprzedawcy owoców, którego akt stał się symbolicznym początkiem arabskiej wiosny. Następuje płynne przejście do kolejnej, w której z targowych koszy rozsypują się pomarańcze. Bardzo długa sekwencja toczących się i podskakujących owoców po krętych schodach i uliczkach miasta przypomina mi schodową scenę z „Pancernika Potiomkin”, ale to moje własne skojarzenia. Jeśli rzeczywiście intencją reżysera było nawiązanie do propagandowego klasyka opowiadającego o buntowniczym zrywie uciśnionych, to jest to najbardziej wyrafinowana metafora w całym filmie.

Widmo rewolucji krąży nad filmem Tonego Gatlifa, ale niestety, duch buntu nie udziela się widowni. Bardzo chciałam zobaczyć ten film, szkoda, że po jego obejrzeniu nie mogę go polecić.

Zwiastun: