Magic Mike

Data:
Ocena recenzenta: 6/10

To najnowszy film Stevena Soderbergha, reżysera wszystkich „Ocean`s …”, „Traffica”, „Erin Brokovich”, „Seksu, kłamstw i kaset video”, producenta „Musimy porozmawiać o Kevinie”. Piszę to, po to, abyście nie skreślali filmu po przeczytaniu kilku powierzchownych notek o nim, lub obejrzeniu tandetnych reklam w kinie, czy TV. Niestety, krecią robotę robi tu sam dystrybutor reklamujący „Magic Mike`a” jako kolejną hollywodzką komedię romantyczną dla pań, podszytą duuużą dawką męskiego sex appealu i golizny.


Tytułowy Mike jest bardzo przedsiębiorczym facetem: w dzień pracuje na budowie, nocami dorabia jako striptizer, a hobbystycznie zajmuje się projektowaniem mebli. Do tego ma osobowość lidera. Wszystkie te cechy sprawiają, że właściciel lokalu widzi w nim przyszłego wspólnika.
Pewnego dnia Mike poznaje Adama - 19-letniego studenta, który szuka pracy, ale mówiąc szczerze chyba nie bardzo chce mu się pracować. Któregoś wieczoru, gdy jeden z członków zespołu zapija występ, Adam zostaje wypchnięty na scenę w roli debiutanta (ta scena w filmie rzeczywiście była improwizowana, grający Adama, Alex Pettyfer rozbiera się do piosenki Madonny „Like a Virgin”). Dallas od razu dostrzega w nim talent improwizatorski i łatwość nawiązywania kontaktu z damską publicznością. Chłopak dołącza do zespołu Fiuciastych Królów Tampy. Okazuje, że nowa „praca” sprawia mu mnóstwo frajdy: dobrze się czuje na scenie, jest rozrywany przez fanki, zarabia łatwą kasę, wiecznie imprezuje.

To, czym zachłystuje się Młody, zaczyna powoli nużyć Mike`a. Adam, co właściwe jego wiekowi, żyje chwilą, Mike ma plan - oszczędza i chce zrealizować swój „american dream” - otworzyć własną pracownię mebli. Na takiej podwójnej optyce opiera się założenie filmu: z jednej strony pokazuje, robiąc oko do publiczności, że striptiz może być fajną zabawą, z drugiej, że ta zabawa kiedyś się kończy. Mamy tu dwóch bohaterów i dwa punkty widzenia: Młody daje się porwać urokowi niezobowiązującego życia: imprez, dziewczyn, narkotyków. Czuje się królem życia. I doświadczony Mike, który schodzi już ze sceny, przewartościowując sobie priorytety, nie poucza jednak młodszego kumpla, bo widzi w nim siebie samego sprzed kilku lat, choć powinien wiedzieć, że w tej branży istnieje bardzo cienka granica między dobrą zabawą, a stoczeniem się lub co najmniej utknięciem na mieliźnie życia. Jako jedyna, to zagrożenie zdaje się dostrzegać Brooke, siostra Adama. Nie wiadomo, jak potoczą się jego losy, bo on nie ma tak silnego poczucia wewnętrznej równowagi i zorientowania na cel, jak Mike. Scena rozmowy (a raczej rozentuzjazmowanego monologu Adama) ma podwójny wymiar - grający Mike`a Channing Tatum, który słucha go z półuśmiechem, sam, jako 19-latek był striptizerem. Ze zrozumieniem przyjmuje więc zachwyt Adama, jako naturalne prawo młodości.

No, właśnie: dla mnie ten film jest niepokojąco symptomatyczny, choć z pewnością nie takie były intencje reżysera, ani pomysłodawcy scenariusza: pokazuje spowszednienie seksu, jako sposobu na życie i odsłania dwie perspektywy patrzenia na tę sprawę: amerykańską i europejską. Seksu spowszedniałego w tym sensie, że rozbieranie się i obmacywanie dla pieniędzy jest po prostu normalnym zajęciem, odpowiednim na pewnym etapie życia (w Stanach). Czymś w rodzaju „gap-year” - przerwy, którą robią sobie dzieciaki w Stanach między liceum a studiami, podczas której zwykle podróżują i zastanawiają się, co chcieliby robić w życiu. Adam też jest na takim rozdrożu; wyleciał ze studiów i usiłuje złapać jakąś fuchę, ale też nie pali się do „normalnej” pracy, przede wszystkim nie ma pomysłu na siebie. Strpitz jest tu zwykłą, życiową opcją, którą można wybrać. W przypadku faceta, jest to po prostu fajne zajęcie - łatwe i szybkie pieniądze, przygodny seks, dobra impreza. Tymczasem w Europie socjologowie dopiero ze zdumieniem odkrywają skalę zjawiska sponsoringu wśród studentów. W każdym razie ta amerykańska perspektywa trochę mnie uwiera…

Jednak mimo dyskusyjnego ujęcia tematu (jak dla kogo), powstał niezgorszy film; z jednej strony dobra rozrywka, zdecydowanie dla damskiej publiczności, choć w Stanach miał bardziej zróżnicowaną publikę, dlatego, że sami faceci byli po prostu zainteresowani kulisami branży. Jak wspomina Channing Tatum, znajomi często pytali go, jak to wygląda, czy ile można zarobić. Chętnie więc poszli zobaczyć film o striptizerach; „Magic Mike” miał rewelacyjną frekwencję, w weekend otwarcia pobił wcześniejszy hicior tego twórcy „Ocean's Twelve: Dogrywka”.

Z drugiej, stawiający otwarte pytania o życiowe priorytety, które każdy sobie sam musi zdefiniować. Film jest zabawny, choć porównanie go przez reżysera do kina Roberta Altmana jest chyba małą przesadą, przemyślany i starannie zrobiony: ciepłe, słomkowe zdjęcia nadają mu lekko hippisowski charakter i świetnie oddają beztroski klimat plażowych imprez.
Do tego świetny, powtarzam: świetny Matthew McConaughey w drugoplanowej roli Dallasa, marnujący do tej pory swoje talenty w komedyjkach typu: „Duchy moich byłych”, „Jaja w tropikach”„Jak stracić chłopaka w 10 dni” (tytuły są najlepszą recenzją tych filmów) tutaj po prostu rozkwita i wygrywa wszystkie niuansiki swojej groteskowej postaci. Dallas, właściciel klubu, to miks narcyzmu, prymitywizmu i tandety (kamizelka z wężowej skóry, zarzucona na gołą klatę, obrazy i popiersia z własną podobizną porozstawiane po całym domu). Jego zasady, czy poczucie lojalności uwarunkowane jest pieniędzmi, jakie zarabia dzięki Mike`owi. Jednocześnie ma żyłkę do robienia pieniędzy i, co jest niezbędne w tej branży talent do wyławiania innych talentów. Wyśmiewa studia, jako wartość, jego dzieciom w przyszłości naukę mają zastąpić całodniowe nasiadówki przed telewizorem (to jego słowa). Brooke z Mike`iem nabijają się z niego, mówiąc, że jego dzieci pewnie będą biegać w pieluchach z wężowej skóry.

No i na koniec deser, który jest przecież głównym magnesem tego filmu: absolutnie rewelacyjne układy taneczne. Odpowiadała za nie Allison Faulk, która przygotowywała choreografię tras koncertowych Britney Spears i Madonny. Każda z postaci tańczy tu wspólny numer (świetny „It`s raining men”), jak i solowy, dostosowany do możliwości fizycznych aktora, np. Alex Pettyfer nie jest najlepszym tancerzem, co choreografka sprytnie zakamuflowała, przeznaczając mu prostsze układy. Nie zabrakło też lekkiej ironii i humoru, jak w scenie, gdy napalonegu Tarzanowi strzela w krzyżu podczas solówki, kiedy wyrywa przygrubą Jane z widowni.
Reżyserowi zależało na pokazania życia striptizerów z podrzędnej knajpy, gdzie kuchnia przed występami zamienia się w garderobę, jednak profesjonalizm choreograficzny zdradza, że nie są to tandetni chippendalesi z piórkami w tyłkach. O, tak! Fiuciaści Królowie Tampy gwarantują najlepszą imprezę!

Drogie panie - na ten film idziemy tylko w towarzystwie koleżanek! Oprócz dobrej zabawy, odrobina nostalgii i refleksji dla zrównoważenia doznań.

Zwiastun:

Hmm... Komu strzela w krzyżu? Pytanie retoryczne. Ot, błąd. :)

Dodaj komentarz