your movie guide

Twój progres

0%

Oceniłeś 0/15 filmów. Oceń 15 więcej & sprawdź co obejrzeć dziś wieczorem!

Patrick Melrose

Pierwszy odcinek serialu ma zwykle dwojakie zadanie - zachwycić, ale i wzbudzić apetyt na więcej. To ostatnie się w "Patricku Melrose" zdecydowanie nie udało. Epizod otwierający to jednolita, domknięta i idealnie satysfakcjonująca całość.

Tytułowy Patrick Melrose to syn angielskiego arystokraty, którego poznajemy, gdy przez telefon dowiaduje się o śmierci ojca. Kiedy odkłada słuchawkę, na jego twarzy pojawia się błogi uśmiech - nie jesteśmy jeszcze pewni, czy jego źródłem jest wspomniana informacja, czy strzykawka z heroiną, którą podnosi z podłogi i starannie odkłada na parapet. Towarzysząc mu przez następne kilka dni w transatlantyckiej podróży po prochy zmarłego dowiemy się, że obie odpowiedzi są prawidłowe.

Patrick ma tragiczną przeszłość i różnorodne nałogi. Stąd jego wycieczka do Nowego Jorku to dojmujący misz-masz traumatycznych wspomnień i narkotykowych odlotów. Bohater naprzemiennie rozpaczliwie próbuje ustabilizować swój rozchwierutany organizm, znaleźć kolejną działkę lub popełnić samobójstwo. Autodestrukcja jest jego chlebem powszednim i życiową pasją. Bardzo trudno przychodzi mu znalezienie czasu na coś jeszcze.

"Jak Trainspotting. Tylko kible jakby czyściejsze." - tak mogłaby brzmieć najkrótsza recenzja tego odcinka. Byłaby ona jednak, jak wszystkie najkrótsze recenzje, mocno niesprawiedliwa. Berger nauczył się co prawda od Boyle'a kilku dobrych sztuczek, nie przejął jednak bezkrytycznie estetyki szoku, z której słynie najntisowy klasyk. Ten odcinek "Patricka Melrose" przypomina bowiem bardziej "Wstyd" McQueena. To portret człowieka zamkniętego w swoim głodzie, dla którego może już być za późno na jakąś nadzieję. I podobnie jak "Wstyd", "Patrick" opiera się na harmonijnej współpracy dobrego reżysera i znakomitego aktora.

Jest to bowiem prawie monodram. Cumberbatch, chyba już zmęczony kolejnymi rolami socjopatycznych geniuszy, nareszcie daje sobie szansę zagrać zwykłego faceta. Faceta, który nie ma w życiu nic poza nałogiem, nienawiścią do samego siebie i głęboką, nieprzepracowaną traumą (no, i jeszcze pieniędzmi). I nie jest to elegancka, emanująca wewnętrznym cierpieniem kreacja, którą uraczył nas Michael Fassbender u McQueena. To czysta, nieokiełznana furia, balansująca na granicy dobrego smaku (parodiowanie Hugo Weavinga to jednak poważne aktorskie ryzyko), ale jakimś sposobem nie tracąca wiarygodności. Krytycy podśmiewają się już, opisując styl zaprezentowany przez ex-Sherlocka jako "hej, ja tu GRAM!". Zapewne nie mogą się zdecydować, czy to wrażenie, które wynieśli z seansu, to podziw, czy jednak lekkie przerażenie.

Każdy z zaplanowanych odcinków mini-serialu to ekranizacja jednej z autobiograficznych powieści. Nic zatem dziwnego, że już pierwszy z nich sprawia wrażenie, jakby był skończoną fabularną całością - faktycznie nią jest. Nie wiemy, czy posłuży on jako otwarcie opowieści o odkupieniu, czy o podróży na samo dno. Nie dowiadujemy się też zbyt wiele o życiu Patricka - tak naprawdę otrzymujemy zaledwie wyrazisty szkic. Jednak gdy ekran ciemnieje na koniec pierwszej godziny, mamy poczucie, że doświadczyliśmy czegoś kompletnego. A potem idziemy zakładać się ze znajomymi, które nagrody zdobędzie Cumberbatch.

Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook