your movie guide

Twój progres

0%

Oceniłeś 0/15 filmów. Oceń 15 więcej & sprawdź co obejrzeć dziś wieczorem!

Reewaluacja Tarantino

Niedawna premiera Django Unchained natchnęła mnie do małego maratonu i odświeżenia filmografii Tarantino. Jak wiadomo, za debiut tego reżysera można uznać Reservoir Dogs z 1992 (wiem, że wcześniej spłodził był krótki metraż jakowyś, ale poprzestanę na produkcjach kinowych). Debiut niewątpliwie udany. Historia 6 zbirów i prostej roboty, w której nic nie poszło jak powinno stanowi fabularny majstersztyk, który w mojej prywatnej ocenie pozostawał niedościgniony aż do Kill Bill. Tarantino dołożył do tego świetne dialogi, obsadził w głównych rolach aktorów, którzy świetnie dali sobie radę z postawionymi przed nimi zadaniami (genialny Tim Roth!), a całość uzupełnił genialną muzyką (Zauważyliście, że filmy Tarantino są w ogóle niezmiernie muzyczne?).

W 1994 roku przyszedł czas na Pul Fiction - przez wielu uznawany za najwybitniejsze osiągnięcie Tarantino. Co prawda, w mojej osobistej ocenie film nie jest tak dobry jak Wściekłe Psy, dalej jest to jednak kawał rewelacyjnego kina. Po raz kolejny nie zawodzi zmysł fabularny - nie tylko poprzez zazębianie się kolejnych pokazanych historii, ale także dzięki sprytnym nawiązaniom do pierwszego filmu (istnieje nawet teoria, że miejsce i czas akcji Reservoir Dogs i Pul Fiction jest tożsame). Kreacje aktorskie, muzyka, dialogi - to wszystko sprawia, że jest to film do którego łatwo wracać.

Rok później Tarantino inicjuje projekt dla 4 reżyserów - jedno miejsce, jeden czas, jeden wieczór i 4 historie. Tak powstały 4 pokoje. Po raz kolejny na wyróżnienie zasługuje kreacja Tima Rotha. Charakter projektu pozwala w ciekawy sposób porównać cechy charakterystyczne reżyserów, którzy wzięli w nim udział. Ale to temat na inny artykuł :)

W 1997 Tarantino wraca ze swoim 3 filmem - Jackie Brown. Film (o ile można tak powiedzieć przy 3 filmie) nietypowy dla reżysera. Po pierwsze mamy w nim stosunkowo mało trupów. Po drugie główny bohater - gangster - sprawia wrażenie lekko nierozgarniętego. Po trzecie film oparty jest o scenariusz adaptowany - jedyny taki przypadek w dotychczasowej twórczości Tarantino. Zmiana nacisku i tempa powoduje, że film odbiera się zupełnie inaczej. Mamy więcej czasu, by skupić się na fabule, podziwiać specyficzne operowanie kamerą i wsłuchiwać w uzupełniającą całość niezmiernie udanego obrazu muzykę. Jest to jeden z tych filmów, który z każdym obejrzeniem podoba mi się coraz bardziej.

Na kolejny film Tarantino kazał czekać aż 6 lat. Jednak jego Kill Bill nie zawiódł oczekiwań. Absolutnie perfekcyjna fabuła, sceny do których mógłbym wracać i wracać oraz niesamowite tło muzyczne (podobno Tarantino w soundtracku do Kill Bill użył tylko i wyłącznie materiał zastany w swojej kolekcji... soundtracków filmowych). Nawet fakt, że film jest tylko "połową filmu" nie jest szczególnie rażący :) Kill Bill: vol. 2 wydany rok później stanowi godne zakończenie całości. Chociaż uważam tą drugą część za fabularnie gorszą.

W 2007 Tarantino postanawia wspólnie z Rodriguezem zabawić się w reaktywację kina klasy C. Ich wspólny projekt Grindhouse (w Europie pokazywany jako 2 filmy; Planet Terror i Death Proof) może dostarczyć (po odpowiednim przymknięciu oka) sporo rozrywki. Widać tu szczególnie wspominaną wcześniej "muzyczność" Tarantino na tle dość ascetycznego w tym względzie Rodrigueza. Skupiając się na samym segmencie Tarantino, czyli Death Proof. Niestety, zawiodłem się nim solidnie. Film jest nierówny, podwójne wprowadzenie bohaterów męczące, zdjęcia i operowanie kamerą nawet nie stały obok Jackie Brown, a dialogi dalekie są od poziomu Wściekłych Psów czy Pul Fiction. Najgorszy film Tarantino jaki widziałem.

W 2009 z głośnym hukiem wchodzą do kin Inglourious Basterds. Żydowska partyzantka we Francji bezlitośnie morduje nazistów! Nadchodzi zemsta! Oto, spodziewając się krwi i nazistowskich skalpów zasiadłem w kinie, a przy okazji obecnego maratonu na kanapie. Film jest daleki od doskonałości wcześniejszych dokonań. Właściwie, gdyby nie Christoph Waltz uznałbym go w większości za nudny i przegadany. Po drugim podejściu odnoszę coraz silniejsze wrażenie, że w tym filmie było o jeden film za dużo, i że jak dla mnie można by z Bękartów... wyciąć Bękarty :) Jedno na czym się nie zawiodłem, to muzyka :)

Jako, że Django oglądałem dopiero raz, pozwolę sobie pozostawić go bez komentarza, do czasu aż uzyskam właściwą perspektywę czasową.

Podsumowując. Mimo, że Tarantino w swoich filmach poniżej pewnego poziomu nie schodzi i dalej pozostaje reżyserem, na którego nowy film pobiegnę w ciemno, to zauważam pewną tendencję spadkową. Dla mnie twórczość Tarantino dzieli się obecnie na etap "do Kill Bill'a" (ten lepszy) i "od Kill Bill'a" (ten gorszy) i wciąż czekam, kiedy jeden z moich ulubionych reżyserów odzyska szczytową formę z lat '90, bo XXI wiek mu chyba nie służy ;)

"Wściekłe psy" są moim absolutnie ukochanym filmem Tarantino i imho pulp fiction może czyścić buty psom hehe oczywiście jest to wybitna zbitka kultowych scen i genialnego soundtracka, ale pulp nigdy mnie nie porwał w całości.
Mam b. podobnie - kolejnym hiciorem był Kill Bill i obie części ponownie rozpaliły moją miłość do Tarantino.
Wysoko oceniłam Death Proof, ale tu chodzi o niezapomniany seans. Ubaw był przedni.
Bękarty były spoko, ale nie na tyle, żeby wskrzesić młodzieńczą fascynację reżyserem. Pamiętam tylko sceny z Waltzem i grę przy stole, reszta uleciała momentalnie. Albo zmuszę się i obejrzę jeszcze raz albo muszę zrewidować oceny..

.

A ja zdecydowanie bardziej lubiłem Kill Billa, gdy nie znałem starych japońskich filmów z Meiko Kaji. Ale gdy je obejrzałem i zobaczyłem, jak dużo z nich Tarantino zerżnął, to zacząłem mieć mieszane uczucia. Bo z jednej strony niby fajnie, że odświeża klasykę, ale z drugiej, czyż nie bazuje jednak na tym, że mało kto ją widział?

.

Jak podjarałam się KillBillem to byłam dziewczem lat 15 i kinem wówczas ogólnie gardziłam (z pewnymi wyjątkami), dopiero ostatnio zmieniam zdanie hehe. Wiem, że zżyna, choć nie wiem jak dokładnie - głównie o tym czytam, ale myślę sobie, że robi to z głową, a poza tym ma szósty zmysł do zżynek właśnie. Np. ostatnio czytałam, że drugi KilBill zaraził takiego Zembrzuskiego spaghetii westernem i kinem w ogóle - także Tarantino prowokuje do dalszych poszukiwań albo daje ludziom namiastkę kina mało znanego, w takiej swojej odjechanej wersji.

.

Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook