your movie guide

Twój progres

0%

Oceniłeś 0/15 filmów. Oceń 15 więcej & sprawdź co obejrzeć dziś wieczorem!

CANNES 2018: KORE-EDA, CEYLAN, DVORTSEVOY, GONZALEZ (9)

SHOPLIFTERS
reż. Hirokazu Kore-eda
Konkurs Główny

Zawsze delikatny i liryczny w opowiadaniu o najzwyczajniejszej codzienności czy intymnych relacjach bliskich sobie ludzi. Rodziców i dzieci, rodzeństwa, mężów i żon. Nie przez przypadek przecież określa się Kore-edę spadkobiercą w prostej linii filmowej tradycji nowofalowego mistrza z Kraju Kwitnącej Wiśni, Yasujirô Ozu. Nie do końca wierzyłam w perfekcyjną, cukierkową zażyłość sióstr z "Mojej Młodszej Siostry", nie przejęłam się rozterkami dwóch rodzin z "Jak ojciec i syn", nie chciałam rozpędzić chmur nad głowami bohaterów "Po Burzy". Dopiero gdy Kore-eda pokazał mi, jak autentyczne i ciepłe mogą być relacje w obrębie familii z zupełnie nieidealnego, poskładanego z wielu pozornie niepasujących do siebie fragmentów obrazka, skradł tą opowieścią moje serce. Co więcej, był to bodaj pierwszy film w konkursowej stawce, który w uznaniu zjednoczył większość obecnych w Cannes krytyków.

Dwie siostry, mąż jednej z nich, ich kilkuletni syn i sędziwa nestorka rodziny żyją razem w małej chałupie, utrzymując się z emerytury babci, dorywczych zajęć, które akurat się nawiną oraz kombinowania. Drobnych kradzieży i innych przekrętów. W ten sposób jakoś wiążą koniec z końcem. Być może czasem brakuje im szamponu i dobrych ubrań, ale wspólnie radzą sobie nieźle wspierając się i podtrzymując na duchu. Ustalone status quo nieco burzy pojawienie się małej Juri, którą pewnej nocy przygarnia dwoje domowników. Zaniedbywana i odtrąca przez biologicznych rodziców dziewczynka, znajdzie ciepło i miłość pod zupełnie innym adresem.

Cała recenzja >>>
THE WILD PEAR TREE
reż. Nuri Bilge Ceylan
Konkurs Główny

"The Wild Pear Tree" to dzieło, przy którym oddychamy dokładnie takim samym powietrzem, jakie unosi znad przerzucanych w trakcie skupionej lektury stron wielkiej powieści. Dostojewskiego, Steinbecka, Nabokova, Márqueza. Nowy film Turka to tego kalibru produkcja. Nie dosłownie, bo każdy, kto kiedykolwiek obcował z gęstym, wymagającym cierpliwości kinem Ceylana wie, że precyzyjniejszej, literackiej konotacji należałoby szukać w przypadku tego reżyser w rejonach Czechowa.

Miasteczko Çan w północno-zachodniej części Turcji wygląda jesienią uroczo. Złote liście opadają z drzew, delikatnie muskane coraz chłodniejszym wiatrem. Ostatnie w roku tak jasne promienie słońca oświetlają brunatną ziemię, nadając jej koloru dojrzałej pomarańczy. Jednak nawet najładniejsze widoki, ani tym bardziej zamazane wspomnienia z dzieciństwa nie przywrócą Sinanowi wiary w to miejsce, a zwłaszcza w ojca. Nauczyciela wpędzającego bliskich w długi przez hazardowy nałóg, upartego faceta, którego zdaniem zrezygnowanej małżonki, nie osądza już tylko ukochany pies.

Cała recenzja >>>
AYKA
reż. Siergiej Dvortsevoy
Konkurs Główny

Kamera z niezwykle bliskiej odległości odprowadza noworodki, które właśnie czeka pora karmienia u swoich mam. Jedną z nich jest dwudziestokilkuletnia Ayka z Kirgistanu, która przyjechała kiedyś do Moskwy z marzeniem na odmianę swojego losu, z planem, by otworzyć tu mały, krawiecki biznes. Skończyło się na zakupie jednej maszyny do szycia, długach u podejrzanych typów, życiu w brudnym pokoju z grupą innych imigrantów, ukrywanej przed otoczeniem ciąży oraz urodzeniu dziecka, które nie ma ojca. Nie ma też w sumie matki, bo Ayka gdy tylko nadarza się okazja, ucieka z porodówki, by wrócić do pracy i zdobyć pieniądze na spłatę zobowiązań. W jednym miejscu zostaje jednak oszukana, w innym odkrywa, że podczas jej nieobecności spowodowanej pobytem w szpitalu, już ją zastąpiono. A znalezienie szybko nowego zajęcia to spory problem, gdy nie ma się ważnej wizy.

Siergiej Dvortsevoy uderza w mocne, realistyczne tony, do których przyzwyczaiło nas np. kino braci Dardenne. Szczególnie blisko jest swojej bohaterki zwłaszcza w momentach jej fizycznego bólu wynikającego z niedawnego porodu, co czasem wygląda wręcz jak naruszenie jej prawa do prywatności. Wejście z kamerą nieprzyzwoicie blisko w intymne, kobiece strefy. I tylko ta cierpiąca w milczeniu przy akompaniamencie ludzkiej obojętności Ayka, paradoksalnie stanowi jakiś żywy element tego odtwórczego, okrutnego filmu. Gdy zwijając się z bólu, przedziera się przez zaspy śniegu w Moskwie, bo ktoś powiedział jej, że na drugim końcu miasta może być dla niej praca, jej desperacja staje się aktem wręcz heroicznej walki o przetrwanie. Gdy nawet odkrycie, że jednak posiada się na tym świecie nie tylko długi do spłacenia, nie daje ukojenia, a wręcz potęguje rozpacz - budzi to współczucie. Tylko nie wynika z tego ani nic dobrego dla bohaterki, ani sam film nie staje się przez to ciekawszy.

KNIFE + HEART
reż. Yann Gonzalez
Konkurs Główny

Najnudniejszy slasher w historii współczesnego kina, który rozgrywa się w przeestetyzowanym świecie późnych lat 70. przy elektronicznych dźwiękach muzyki Anthony`ego Gonzaleza aka M83. Blady strach pada na aktorów gejowskich filmów pornograficznych, którzy jeden po drugim padają ofiarami zamaskowanego czarnym lateksem zabójcy. Producentka z branży Anne (pięknie udręczona na twarzy Vanessa Paradis) rozpoczyna coś na kształt własnego śledztwa, podróży w głąb tajemnic z przeszłości, by poznać prawdę o tajemniczym, krwawym zabójcy. Coś, co na papierze, plakacie i zwiastunie wygląda, jak sprośna zabawa filmowi konwencjami, "Nieznajomy nad jeziorem" Alaina Guiraudie w wersji giallo, okazuje się nożem wbitym w serce kochającego taką nostalgię widza. Narracyjnie nic tu się nie trzyma kupy. Gonzalez nie wie, czy chce być bardziej Dario Argento, czy może Brianem De Palmą. Jego potyczki z egzekucją dość kuriozalnego scenariusza tyleż irytują, ile skutecznie usypiają. I to w sumie najlepsza rzecz, jaką można zrobić na tym seansie, by nie marzyć z nudów o śmierci z rąk seryjnego mordercy - zasnąć w jego trakcie.

Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook