your movie guide

Twój progres

0%

Oceniłeś 0/15 filmów. Oceń 15 więcej & sprawdź co obejrzeć dziś wieczorem!

Festiwal po warszawsku 18: Niespokojne królestwo

Wszystko, co trzeba powiedzieć o argentyńskiej "Królowej Strachu", zamyka się w dwóch słowach: Valeria Bertuccelli, która fantastycznie przekonuje, że najtrudniej być aktorką w roli siebie samej we własnym życiu.

Ta dobrze przyjęta na początku roku w Sundance, argentyńska produkcja ma swoje za uszami – w pierwszej kolejności bełkotliwy neurotyzm swojej bohaterki, a dalej choćby ten drażniący świat jak bańka mydlana, gdzie nawet śmierć (oczywiście nie mogło takiego wątku zabraknąć) wygląda “modnie i elegancko”. “Królowa Strachu” posiada jednak potężny atut pod postacią Valerii Bertuccelli, która oddała temu projektowi całe swoje serce i duszę. Nie tylko film wyreżyserowała, napisała scenariusz, uczestniczyła na wielu etapach jego powstawania. Przede wszystkim zagrała w nim główną rolę Robertiny – sławnej aktorki stojącej na rozdrożu życiowych i zawodowych dróg, która na chwilę przed premierą ważnego dla jej kariery, teatralnego przedsięwzięcia, doznaje mikro olśnień, uzmysławiających jej pustkę tej stylowej egzystencji, którą wiedzie. Co ważniejsze, zaczyna też dostrzegać przyczyny tego stanu rzeczy.

Pomimo pewnej sztuczności, która jest – nomen omen – naturalna dla filmów o duchowych bolączkach reprezentantów ‘pierwszego świata’, w Robertinie/Valerii, jej niezdecydowaniu, melancholii i strachu, przebija się sporo autentyzmu, co sprawia, że nasza bohaterka staje się tak po ludzku sympatyczna. Trzyma się kciuki za to, by wyrwała się z sukcesem z impasu, w jakim się znalazła i który kłuje ją we wnętrzu. Bertuccelli w godny podziwu sposób zapełniła całą sobą niemalże każdą minutę czasu ekranowego, tę wymagającą filmową przestrzeń i mnie przekonała, że nie jest żadną królową strachu, ale prawdziwą królową filmu, który powstał tylko dla niej i tylko z nią ma tyle sensu.

Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook