your movie guide

Twój progres

0%

Oceniłeś 0/15 filmów. Oceń 15 więcej & sprawdź co obejrzeć dziś wieczorem!

KRAJOBRAZ PO CANNES

Na łamach Variety pojawił się felieton o pozycji festiwalu, jego przyszłości i - wyraźnie, ale między wierszami - krytykujący jego oporność na zmiany.

Autor oczywiście pisze z pozycji dziennikarza amerykańskiego, dla którego rodzime kino najwidoczniej stanowi pępek świata i pewnie dokuczał mu fakt, iż tak mało w sumie w tym roku w Cannes zagościło hollywoodzkich produkcji, szczególnie w najbardziej prestiżowym konkursie głównym. Jeśli chodzi o mnie, to mi taki obrót sprawy jak najbardziej odpowiada, ale rozumiem ten punkt widzenia - mniej gwiazd, mniejsza popularność, może mniejsze publicity (bo kogo na czerwonym dywanie interesują aktorzy z Japonii czy Korei?). Poniżej kilka uwag/komentarzy dla wywodu z Variety.


"Roma" Alfonso Cuaróna - rodzinna historia z Mexico City z lat 70. - otwiera listę nieobecnych w Cannes 2018.

1. Spór Cannes-Netflix. Generalnie chodzi o to, iż Thierry Fremaux, szef festiwalu, i jego koledzy uważają, iż magia kina działa tylko w kinie i dlatego w tym roku z premedytacją nie dogadał się z największą platformą streamingową świata, która wycofała się z pomysłu premiery swoich produkcji w Cannes (mimo że "Roma" Alfonso Cuaróna pierwotnie zakwalifikowała się do konkursu). Myślenie dyrektorów festiwalu można by jeszcze bronić, gdyby owe warunki dystrybucyjne dla filmów z konkursu odnosiły się do jakiegoś większego wycinka populacji, ale te wszystkie dystrybucyjne obwarowania praktycznie dotyczą tylko francuskiego rynku. Ok, to potężny rynek i ojczyzna festiwalu, ale taka postawa jest dość egoistyczna i mało sensowna. Śmiem twierdzić, że gdyby w Cannes przeprowadzić oficjalne głosowanie w trakcie festiwalu, większość uczestników w konflikcie Cannes-Netflix opowiedziałaby się po tej drugiej stronie. Bo Netflix uosabia filmową demokrację, łatwiejszy i właściwie nielimitowany geograficznie dostęp do kina, a Cannes to impreza dla elit, szczęśliwców z badge'ami i zaproszeniami, którzy mogą chodzić na seanse po ówczesnym staniu w długich kolejkach. Przeciwieństwo takiego Berlinale, gdzie festiwal wychodzi do widza, odbywa się praktycznie w całym mieście, a bilety można kupić - jak się człowiek dobrze zorganizuje - właściwie na każdy seans (sama raz z kanapy w Warszawie kupowałam bilet, gdy wiedziałam, że nie zdążę odebrać prasowej wejściówki na seans).


Najbardziej oczekiwany film tegorocznego festiwalu i jedyny, który wzbudzał jakieś emocje.

2. Zdaniem autora felietonu spór z Netflixem może rykoszetem uderzyć w inne miejsce - w relacje festiwalu ze studiami produkcyjnymi (którym Netflix przecież też jest). Jako przykład podaje historię remake'u musicalu z 1937 r. w reżyserii Bradleya Coopera z Lady Gagą, którego nie udało się do Cannes ściągnąć, bo ta druga strona uznała, iż woli zorganizować premierę bliżej jesienno-zimowego sezonu nagród. I tutaj wierzę - mam nadzieję, że nie naiwnie - iż jednak większość z nas szuka w Cannes czegoś innego niż celebryckich remake'ów. Np. dla mnie o niebo ważniejszym wydarzeniem jest powrót Larsa von Triera czy Lee Chang-donga. Autor zdaje się nie dostrzegać, że Oscarowy sezon i Cannes, mimo paradoksalnie wielu podobieństw, promują zupełnie inne kino, mają innego widza. Zresztą ten podział w tekście w Variety się dostrzega (ironicznie - kino rozrywkowe, które oglądają wszyscy vs. kino arthouse'owe, którego nie ogląda nikt), ale autor już nie widzi, iż to w Cannes przez dekady odkrywało się filmy ambitne i wartościowe. Do tej organicznej idei festiwal z różnym skutkiem próbował wrócić w tym roku, zapraszając do konkursu nieznanych szerzej twórców pokroju Ryūsuke Hamaguchiego, Evy Husson, Siergieja Dvortsevoya, być może kosztem Paolo Sorrentino czy Mike'a Leigh. Oscary nie odkrywają zupełnie niczego.


8 lat czekaliśmy na nowy film Lee Chang-donga.

3. Mam takie przeczucie, że dla każdego nie amerykańskiego twórcy, Złoty Niedźwiedź w Berlinie, Złota Palma w Cannes czy Złote Lwy w Wenecji są dużo cenniejszym wyróżnieniem niż Oscar dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego. Oscar być może uchyla nieco drzwi na rynek amerykański. Jak w przypadku Pawlikowskiego stanowi przepustkę na filmowe salony świata (paradoksalnie, także do Cannes), ale jest nagrodą od środowiska, które takie kino w ogóle nie obchodzi. Laury na europejskich festiwalach dla mniej znanych twórców to też szansa na szeroką dystrybucję na świecie i udział w prestiżowym obiegu festiwalowym na wszystkich kontynentach.

4. Autor częściowo słusznie zauważa, że problemem tegorocznego Cannes był brak premier o randze autentycznie ważnego wydarzenia branżowego. Za wyjątkiem von Triera tak gorącego tytułu na festiwalu nie było. Ja bym jednak zmieniła tę optykę - nie było w tym roku w Cannes właściwie filmów, które byłyby *jakieś* - poszukiwały, wychodziły poza schemat, eksperymentowały, budziły emocje. "The House That Jack Built" było jedynym takim tytułem. Filmem-przeżyciem było właściwie jedynie "Climax" Gaspara Noe, które zebrało aż tak dobre recenzje, iż sam reżyser żartobliwie zastanawia się, co tym razem zrobił źle. Poziom współczesnych filmów to jednak nie problem tylko Cannes. Wracając znów do Netflixa i oceniając ich tegoroczne produkcje filmowe, to przecież platforma zalewa nas jakimiś totalnie przeciętnymi fabułami, na które szkoda czasu. Amerykańskie kino niezależne też trochę zjada własny ogon, o wysokobudżetowych filmach już nie wspominając. Kino arthouse'owe, po świetnym sezonie 2016, złapało lekką zadyszkę, ale przynajmniej ja obstawiam, że to właśnie to ostatnie z kryzysu podniesie się najszybciej.


Zdjęcia w Cannes i media społecznościowe pod specjalnym nadzorem.

5. W Cannes co roku pojawiają się dziwne zakazy. Podczas tej edycji oficjalnie zakazano robienia selfie na czerwonym dywanie pod groźbą wydalenia z festiwalu (tak, już widzę, jak wydalają Cate Blanchett, gdyby ta zapragnęła nagle zrobić sobie samojebkę). Zresztą Cannes i social media to najdziwniejsza relacja świata. Z jednej strony, sam festiwal stara się z nich korzystać efektywnie, z drugiej - nie chce, by w pełni nieskrępowanie korzystali z nich inni. Np. dziennikarze, którym pokazy prasowe albo zrównano czasowo z premierami galowymi, albo wręcz odbywają się one na drugi dzień. Właśnie by nie tweetować, nie postować, nie pisać recenzji, które mogliby przeczytać twórcy przed oficjalnym pokazem premierowym (i jeśli byłyby nieprzychylne, być zmuszonymi do robienia dobrej miny do złej gry).


Jakie będzie Cannes w 2019 roku? Czy wróci Quentin?

6. W przyszłym roku czeka nas premiera nowego filmu Quentina Tarantino i dla autora tekstu w Variety papierkiem laksumowym dla kondycji Cannes będzie, czy organizatorom festiwalu uda się ściągnąć na oficjalną, światową premierę "Once Upon a Time in Hollywood". Ok, byłoby miło i fajnie. Wszyscy przez ten jeden moment oczy zwrócone mieliby w stronę Cannes, ale ja bym wolała więcej odkryć pokroju "Toniego Erdmanna" i László Nemesa, zaskoczeń typu "Elle" Verhoevena, humanistycznej głębi jak w filmach Zwiagincewa czy szaleństwa "Holy Motors". Oddałabym jednego Tarantino, za więcej tego typu filmowych doznań i uniesień.

Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook