your movie guide

Twój progres

0%

Oceniłeś 0/15 filmów. Oceń 15 więcej & sprawdź co obejrzeć dziś wieczorem!

Na horyzoncie widziałam... (5/2018)

Nocne Szaleństwo to na każdym festiwalu jedna z atrakcyjniejszych sekcji, bo znajduje się w niej zwykle kino rozrywkowe, ale takie z nutą szaleństwa i ekstrawagancji. Nie inaczej jest na Nowych Horyzontach, gdzie początkom seansu towarzyszy charakterystyczny dźwięk otwieranych puszek z różnej maści napojami.

Dla miłośników kina grozy obowiązkową pozycją powinien być "Atlas Zła" - zestaw ośmiu filmowych nowel spod znaku „ABCs of Death", przyglądający się folklorystycznym legendom z różnych stron świata. W tym z Polski, bo po sukcesie "Córek Dancingu" do projektu zaproszona została Agnieszka Smoczyńska. Reżyserka w ramach "Atlasu Zła" zrealizowała scenariusz Roberta Bolesto, koncentrujący się na ludowych podaniach z mazurskim rodowodem. Jej nowela to mroczna, klimatyczna baśń, ale pozbawiona pazura, który miał choćby jej debiut. Do "Atlasu Zła" swoją cegiełkę dołączyli znani z Nowych Horyzontów twórcy - Severin Fiala i Veronika Franz ("Widzę, widzę") oraz Peter Strickland ("Duke of Burgundy"). Te nowele są oczywiście różne, mniej i bardziej udane. Amerykańska utrzymana została w konwencji parodystycznej, podczas gdy np. turecka bardziej trzyma się tradycyjnego schematu horroru. Miłośnicy gatunku powinni być zadowoleni.

Problemem tegorocznej sekcji Nocne Szaleństwo było to, iż wbrew swojej nazwie za mało było w niej autentycznego szaleństwa. Taka na pewno nie było gruzińska "Groźna Matka" - takie “Mother!” Aronofsky’ego bez megalomańskich treści, dużo bardziej skupione i formalnie zachowawcze. Ta aura dziwności, która spowija debiut Any Urushadze niczym gęsta mgła, dając efekt przenikania się w perypetiach tytułowej bohaterki jawy i snu, pobawiona jest trochę wyrazistości. Zamiast budować napięcie – raczej usypia. Bo jeśli traktować ten film jako opowieść ku przestrodze o skutkach obsesyjnego samozatracenia się w jakimś marzeniu, ostrzeżenie płynące z “Groźnej Matki” wybrzmiewa zdecydowanie zbyt delikatnie. W "Piercingu" Nicolasa Pesce szaleni bywają bohaterowie, podążający za swoimi seksualnymi obsesjami, ale sam film zatraca się w groteskowym koncepcie, w którym nie ma ani płynności, ani tempa.

Palmę szaleństwa w sekcji dzierżą wspólnie Hélène Cattet i Bruno Forzani oraz F.J. Ossang, ale to propozycje na zupełnie innym poziomie. Wariackie "Niech ciała się opalają" wspomina estetykę wczesnego Roberta Rodrigueza i B-klasowe kino lat 70. To trochę taki duszny western przeniesiony na śródziemnomorską pustynię. Żar leje się z nieba, a pot z ludzkich ciał. Te ciała należą do bandy rzezimieszków, którzy właśnie zrabowali kupę złota i by przeczekać pościg, zatrzymują się w pensjonacie pani Luce. Wszystko, co może iść nie tak, idzie nie tak, a nam pozwala poczuć na własnej skórze to palące słońce, zapach prochu i smród wydzielin z ciał, którym dokucza gorączka złota. Natomiast twórca kultowo złego "Dharma Guns" w "9 Palcach" znów sięga po swój charakterystyczny, surrealistyczny styl, bawiąc się kliszami noirowego kina szpiegowskiego. Niczemu to jednak nie służy. Fabuła filmu jest tak nielogiczna, że zatraca swoje wszystkie potencjalnie komiczne walory. Jej śledzenie jest i nudne, i bolesne.

Zawiły labirynt zbudował z gatunkowego kina, ale też swojej własnej twórczości Pen-ek Ratanaruang. "Samui Song" to fascynująca, wielowątkowa opowieść o kobiecej emancypacji utrzymana w konwencji emocjonującego, pełnego napięcia thrillera. Serialowa aktorka stara się uwolnić od bogatego męża z Europy, na którego coraz większy wpływ ma lider lokalnej sekty. W końcu - za namową tajemniczego nieznajomego - decyduje się na podjęcie drastycznych środków, których konsekwencji nie jest w stanie przewidzieć. To film, w którym nie wiadomo, co wydarzy się za chwilę, jak potoczą się losy bohaterów. To zarówno na poziomie scenariusza bardzo porządna rzecz, ale i na poziomie realizacyjnym kapitalna robota. Mroczne, klimatyczne zdjęcia, które budują nastrój niepewności. Zaskakujące przeskoki czasowe i zupełnie nowe sytuacje, w jakich odnajdujemy bohaterów. W końcu świetny finał "Samui Song" - szalenie dowcipny w swojej przewrotności, którego nikt się nie spodziewa.

Po sukcesie w tym roku w Sundance na Nowe Horyzonty zawitał ponownie autor intrygującego horroru egzystencjalnego "Halley". W "Tiempo Compartido" Sebastián Hofmann buduje intrygującą atmosferę grozy w wakacyjnym kurorcie, w którym nic nie jest takie, jak się wydaje. Urlop Pedro i Evy od początku nie idzie po ich myśli. Najpierw spóźnia się samolot, na miejscu okazuje się, że do ich lokum dokwaterowano jeszcze jedną, hałaśliwą rodzinę, która ma większe przywileje w hotelu niż oni. Czy jednak faktycznie to obsługa popełniła pomyłkę przy rezerwacji? Czy może to działanie celowe? Czego uczą się na tajemniczych, zamkniętych seminariach pracownicy hotelu? Czy wypadki, które wydarzają się Pedro i Evie, są naprawdę przypadkowe? Hofmann świetnie stopniuje napięcie i konsekwentnie buduje demoniczną intrygę. Przygotowuje wszystko jak trzeba pod - jakby się mogło wydawać - elektryzujący finał. Okazuje się on jednak najbardziej rozczarowującym elementem filmu. Burzą w szklance wody. Farfoclem w przyhotelowym basenie. Puenta niegodna tak misternie prowadzonej fabuły, niemniej nim to rozczarowanie nastąpi, "Tiempo Compartido" ogląda się naprawdę siedząc jak na szpilkach.

Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook