your movie guide

Twój progres

0%

Oceniłeś 0/15 filmów. Oceń 15 więcej & sprawdź co obejrzeć dziś wieczorem!

WFF 4: Pan Sraluch i wyprawa na koniec świata

Jan Jakub Kolski to jeden z nielicznych reżyserów, którzy nie tylko potrafili wybrać się na teren realizmu magicznego i wrócić z tarczą, ale też się wyspecjalizować w tym trudnej konwencji penetrującej granicę pomiędzy zwyczajnym a niezwykłym. Po chłodno przyjętym gangsterskim Zabić bobra obserwujemy powrót do snucia wiejskich opowieści. Serce, serduszko i wyprawa na koniec świata w dużej mierze utkane zostało z tych samych motywów co poprzednie filmy reżysera Jasminum, jednak tym razem całość utopiona została w tanim komizmie, a z realizmu magicznego nie pozostał ani realizm ani magia.


Serce, serduszko rozpoczyna się od przyjazdu Korduli (sic) do Komańczy. Chce dostać pracę w domu dziecka, w którym poznaje Maszeńkę, jedną z wychowanek. Dziewczynka przygotowuje się do egzaminów w szkole baletowej. Masza ma w zwyczaju pożyczać pieniądze i pryskać do domu, ojca pijaka, psa Pyzy, kur i kaczek. Tym razem jej cel jest bardziej ambitny, przejechanie całej Polski. Z niewiadomych przyczyn pomaga jej w tym Kordula, oraz w ramach swoich ograniczonych z racji alkoholizmu możliwości ojciec. Pyza i kury zostają w domu, ale na wyprawę wybiera się też Pan Sraluch, kurczak, który nie wyszedł na czas z samochodu ojca dziewczynki. Ta czwórka przejedzie całą Polskę spotykając różnych życzliwych ludzi i jednego strasznego policjanta.

Fabuła jest dziwacznie nieposkładana. Nawet dość podstawowe pytanie o to dlaczego jadą do Gdańska pozostaje bez odpowiedzi. Jakby to była jedyna szkoła baletowa w Polsce. Scenariusz ma mnóstwo braków i pewnie by to można było zrzucić na karb konwencji, jednak brak wiarygodności psychologicznej całkowicie Serce, serduszko przekreśla. Relacja Korduli i Maszy jest szyta grubymi nićmi i nie da się w nią uwierzyć. Kolski nie pomaga swoim aktorom w tchnięciu życia w te dziwaczne postaci. Szczególnie to widać w przypadku Julii Kijowskiej, skądinąd bardzo dobrej aktorki, która przez większą część filmu ma pomalowaną twarz w czerwone i czarne wzorki. Gdy z czasem rysunki zaczynają znikać wiemy, że zaszła w niej przemiana wewnętrzna. To tylko jeden z całej parady prostackich chwytów jakie możemy znaleźć w najnowszym filmie reżysera Jańcia Wodnika.

Kilka scen jest całkowicie i nieodwołalnie kuriozalnych. Taneczny pojedynek baletnicy Maszy i wykonującego coś bardziej nowoczesnego chłopca wygląda jak jakaś nieudana część Step up dla podstawówek. Nagrodzona oklaskami scena rapowanego kazania jest delikatnie mówiąc żenująca, a punktu kulminacyjnego w postaci Marcina Dorocińskiego tańczącego na stacji kolejowej partię z Jeziora łabędziego nie skomentuję, bo słowa, których musiałbym użyć są niecenzuralne. Można by tak ciągnąć jeszcze przez chwilę, ale tworzenie pełnej listy błędów i wypaczeń nie ma większego sensu. Dość napisać, że Kolski próbuje stworzyć specyficzne, własne, kino drogi i tym razem ponosi sromotną klęskę. Przede wszystkim dlatego, że mnóstwo pomysłów, które mogłyby się sprawdzić, albo już się kiedyś okazały trafne, służą jednej wielkiej pochwale naiwności.

To kino, którego ambicją jest grzanie serduszek. Ma być baśniowo, kolorowo, ładnie i ślicznie (to zestawienie pojawia się nawet w koszmarnej piosence śpiewanej przez Marysię Blandzi). Jan Jakub Kolski brutalnie wtłacza widzom optymizm do gardeł, widownia ma się śmiać i wyjść przeszczęśliwa. Rodziny mają się wybrać z dziećmi i wzruszać z powodu perypetii Maszeńki, a morał jaki dostaną, jest taki, że ojcowie mają nie pić, a ludzie jeżeli nie tworzą stadła złożonego z kobiety, mężczyzny i dziecka są dogłębnie nieszczęśliwi. Co do zasady taka konserwatywna wymowa mnie niespecjalnie rusza, jednak reżyser prowadzi swój film tak, że wygląda jak ekranizacja czytanki z podręcznika dla klas 1-3. Po reakcjach publiczności widać, że istnieje spora grupa, która to kupuje, ja jednak. i wiem, że nie jestem sam, oglądając ten film miałem serce z lodu i z każdą minutą było coraz zimniejsze. Kolski chciał zabawić się w Gerdę, a stał się Królową Śniegu.

Czyli Kolski kontynuuje swój triumfalny marsz na dno ;)

.

Tym razem maszeruje z uśmiechem ;-)

.

Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook