your movie guide

Twój progres

0%

Oceniłeś 0/15 filmów. Oceń 15 więcej & sprawdź co obejrzeć dziś wieczorem!

Bo fantazja jest od tego...

"List do Momo" ma w sobie niepokojący smak dzieciństwa, które wykracza poza granice dziecinności. Nie chodzi nawet o to, że dotyka kwestii śmierci, ale że świat fantazji został ukazany niezbyt słodko i niewygodnie blisko rzeczywistości.

Mała Momo przypływa z matką na wyspę. Po niespodziewanej śmierci ojca na statku badawczym matka sprzedaje mieszkanie w Tokio i chce ułożyć życie w małej mieścinie, gdzie mieszkają ich starsi krewni.

Od początku zwracała moją uwagę technika animacji - postacie i elementy na pierwszym tle są dość typowe i schematyczne, ale wszystko co w głębi zostało wymalowane jakoś bardziej ręcznie, inną kreską. To pewnie zamierzony efekt, ale czułem przez to plastyczne napięcie.

Ale to nie widoki najbardziej je wywołują, tylko wyobraźnia dziewczynki. Momo jest dzieckiem dość zwyczajnym - bardzo podobały mi się fragmenty pokazujące na przykład marudzenie czy nudę w pustym domu. To fenomenalnie podpatrzone zachowania dzieci. Od rówieśników odróżnia ją jednak potężna wyobraźnia oraz problem z listem od ojca, który mógłby być na swój sposób jego testamentem, gdyby nie to, że nakreślił tylko "Kochana Momo"...

Ta urwana wypowiedź domaga się zapełnienia dlatego, że przed rejsem nie pożegnała się z tatą właściwie - obraziła się na niego jak to dziecko, bo sprawił jej niechcący dużą przykrość. Tęskni za ojcem i bardzo chciałaby usłyszeć słowa wybaczenia, miłości; czegoś, co może pokonać jej żal i poczucie winy.

Wrzucona w zupełnie inny świat, nadwrażliwa dziewczynka z problemem zaczyna produkować w swojej głowie fantazję w postaci trzech goblinów. Ich pojawienie się jest dla niej szokiem, bardzo się ich boi. Wpada w panikę na ich widok i są to bardzo zabawne sceny, choć zarazem nieco jeżące włosy - gdy np. jeden z nich nagle liże ją wielkim jęzorem... Brr! Wolałbym nie.

Potwory są dla niej czymś realnym i zewnętrznym. Dzięki nakręceniu tego filmu w konwencji animacji nie czuć różnicy między rzeczywistością a dziwadłami, i to narusza moją racjonalność. Burzy się nawet moja europejska nieracjonalność, bo japońskie gobliny są nieprzewidywalne: niby mają chronić Momo i jej mamę, ale równocześnie są skrajnie nieodpowiedzialne i głupie, a przy tym potencjalnie groźne. Nie znam takich postaci w naszej kulturze.

Wyraźnie widać, jak bardzo są to projekcje jej lęków i myśli, bo mają kształt wzięty z obrazków ze starej książki, zachowują się dziecinnie i istnieją tylko w kontekście misji związanej z Momo. Czuć też, że są one odzwierciedleniem jej szalejących emocji i - choć dziwacznie - prowadzą ją do ukojenia duszy. Fantazja jest oczywiście od tego, żeby się bawić, ale też żeby oswajać rzeczy trudne.

Wizualne i koncepcyjne naruszenie konwencji uwierało mnie przez cały seans, mimo świadomości, że opowieść jest dość prosta. Na koniec stała się nawet zbyt prosta i miejsce "niewygodnych" emocji zajęło lekkie rozczarowanie, że w końcu film zmienia się w zwykłą historyjkę dla dzieci, łopatologiczną po hollywoodzku. I tak źle, i tak niedobrze...

"List do Momo" jest ambitną i dość spójną próbą opowiedzenia długometrażową animacją o stracie i godzeniu się, choć ambicja wynika raczej z operowaniem nietypowym dla takiego tematu materiałem - długometrażową animacją - a nie np. z porażającej symboliki czy psychologicznej głębi, bo takich tu nie ma. Mnie nie udało się do końca oswoić z wykreowanym światem i stąd mój niedosyt.

Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook