your movie guide

Twój progres

0%

Oceniłeś 0/15 filmów. Oceń 15 więcej & sprawdź co obejrzeć dziś wieczorem!

Jak skumać "trudne w odbiorze kino artystyczne"?

Utarty prestiż i uznanie niektórych dzieł generuje trochę dziwne ich postrzeganie. Wstyd napisać, że się nie zrozumiało, wstyd ocenić wysoko nie kumając, wstyd nie widzieć - istnienie tych filmów zawstydza samą obecnością wielu entuzjastów kina. Bardzo często po seansie stajemy na rozdrożu, zastanawiając się, czy był to faktycznie geniusz, czy pretensjonalny bełkot. Dawniej irytowało mnie, gdy jako początkujący kinofil ktoś pokazywał mi któryś z tych "ważnych" tytułów i oczywiście nie skumawszy nic, pytam, co w nim takiego dobrego. I zazwyczaj dostawałem coś w stylu "ee, bo musisz to skumać lepiej", albo "jeszcze nie dojrzałeś do takiego kina". To drugie akurat ma nawet jakiś sens, ale o tym później. Dzisiaj stwierdzam jednak, że fuck that shit, jeśli uważam, że film był rewelacyjny, to jestem w stanie opisać w kilku zdaniach dlaczego, jeśli nie - nie skumałem go zbyt dobrze.

I zdaję sobie sprawę, że dla sporej części czytelników ten wpis będzie bardzo oczywistym "duh", aczkolwiek znam sporo osób, które chciałyby bardziej zagłębić się w kino powiedzmy wysokiej klasy, ale nie za bardzo wiedzą jak. Sam oczywiście dopiero wspinam się powoli po szczeblach filmowej erudycji, nie studiowałem filmoznawstwa i właściwie 70% rzeczy odkrywam sam, ponieważ tak jest fajniej. Nawet Ebertowi zdarzyło się odświeżyć tytuł, gdzie stwierdził, że jednak kompletnie go nie skumał za pierwszym razem, tak więc nie przychodzi to samo, tylko trzeba nabyć swego rodzaju wrażliwości. Poniżej więc prezentuje kilka pro tipów, które pomogły mi w interpretacji czy też samym oglądaniu tych "mega uber high class artsy" filmów.


Kwiat granatu (1968, Siergiej Paradżanow)

1. Unikanie nadmiernej analizy.

Nie dajmy się zwariować, nie wszystko jest autonomicznym symbolem kryjącym za sobą wielkie przesłanie. Dość klasyczny błąd polegający na nadinterpretacji w postaci "ta pomarańcza oznacza słońce, gdzie w gruncie rzeczy chodziło o owoc". No dobra, wymyśliłem ten przykład, ale wiadomo, o co chodzi. Osobiście bardzo siedzę w "experience cinema", czyli filmy, nad którymi się nie głowi, tylko ogląda. Nie oznacza to oczywiście, że nie mogą mieć symboliki czy jakichś morałów, ale nie w tym rzecz. Weźmy np. "Lost Highway" Lyncha, czyli najczęściej niepoprawnie oglądany film ever. W momencie, kiedy próbujesz połączyć kropki, dlaczego jeden typo stał się kompletnie innym typem - seans odrobinę na tym traci. Cała ta immersja poszczególnych scen ulega pod ciężarem chęci zrozumienia, która jest tutaj chybiona. Akurat bardzo lubię ten przykład, bo polecam ten film wielu osobom i zazwyczaj dostaje coś w stylu "stary, nie skumałem tego w ogóle" i zazwyczaj pytam się "no ale co, nie podobał ci się?" i prawie wszyscy mówią "nie no, mega dobry".


Lost Highway (1997, David Lynch)

2. Czasem warto jednak doczytać.

Samo oglądanie filmów nie wystarcza, trust me on that. Przewija mi się masa osób na FW, które mają tych filmów tam po parę tysięcy, a po opisach widzę, że nawet nie wiedzą do końca, jak działa montaż. Jeśli chcemy widzieć w filmach więcej, musimy wiedzieć, na co patrzeć. Kilka filmików z "every frame a painting", jedna dobra lektura i parę rzetelnych artykułów (nie takich jak ten, tylko takich pro) i już wiemy więcej. W kwestii konkretnych filmów oczywiście zachęcam do filozofii poznawania ich samemu, ale jeśli już w bezsilności nie potrafimy nic wykrzesać z tego seansu - doczytać. Ebert pomaga, nie bez powodu jest uznawany za jednego z najlepszych krytyków na świecie, ponieważ jego recenzje faktycznie są kumate nawet dla laika i wykładają w większości esencję tego, co jest istotne. Czasami film jest dziecinnie prosty, tylko tak się złożyło, że nie dostrzegliśmy tej oczywistej oczywistości.

Weźmy teraz przykładowo "Zwierciadło" Tarkowskiego, które też uchodzi za dość trudne w odbiorze dzieło, nad którym wielu krytyków głowiło się przez długi czas. Sam przy pierwszym podejściu miałem z nim problem, skumałem, o czym opowiada, ale z jakiegoś powodu nie potrafiłem się wstrzelić, dopóki Kurosawa mi nie wyjaśnił tematu. Nie potrafię teraz znaleźć cytatu, ale powiedział coś w stylu "ehh, słuchajcie skurwysyny, bo widzę, że nie ogarniacie kina kompletnie. Zwierciadło bazuje na wspomnieniach i tak jak nasze wspomnienia z dzieciństwa - nigdy nie są przejrzyście poukładane chronologiczne. Stanowią bardziej konkretne obrazy i emocje, stąd też taką właśnie nostalgiczno-oniryczną strukturę obrało Zwierciadło, wakarimashita?" Parafrazując. I ta dziecinna (dosłownie) interpretacja rzuca jakby nowe światło na seans i ogląda się go zdecydowanie łatwiej/lepiej.


Zwierciadło (1975, Andriej Tarkowski)

3. Sceny się liczą.

Przyjmijmy na czas tego akapitu (a właściwie i całego artykułu), że odnosimy się do faktycznie dobrych i uznawanych artystycznie dzieł. Odnoszę wrażenie, że wielu z nas nabiera złych nawyków z kina rozrywkowego, gdzie nie skupiamy się w stu procentach na filmie, ponieważ znamy już tę konwencję i "czujemy", kiedy możemy sobie zerknąć na telefon, czy odpisać na fejsie. Czasami po prostu uznajemy, że dana scena jest "losowa", czy też mało istotna i po prostu ją ignorujemy. Zastanówmy się nad tym jednak z czysto logicznego punktu widzenia, nawet jeśli mamy do czynienia z ujęciem ukazującym półkę, zegar, rekwizyt, czy wręcz cokolwiek - zazwyczaj po coś tam jest. Pomijając oczywiście takie fanty jak ujęcia wprowadzające itd. nawet jeśli jest to z pozoru bzdurna i nic nieznacząca scena, to jednak kamerzysta musiał uchwycić kadr, światło musiało zostać zrobione, aktorzy (jeśli są) musieli zostać ogarnięci - jest to po prostu scena. Nikt nie fatygowałby się z tym wszystkim, jeśli nie miałoby to żadnego sensu, think about it.


Przyczajony tygrys, ukryty smok (2000, Ang Lee)

4. Zrozumienie medium, jakim jest kino.

Zaskakująco spora liczba osób traktuje filmy jak książkę - skupia się tylko na fabule i dialogach. Jeśli fabuła im nie odpowiada, to w gruncie rzeczy cały film im nie odpowiada. Jak już sobie wyjaśniliśmy, fabuła nie jest w filmie obligatoryjna, ponieważ jest pierdyliard różnych zabiegów, które próbują zabiegać o naszą atencję. W zasadzie dziwi mnie to, ponieważ te same osoby dobrze wiedzą, że w kinie akcji nie chodzi o fabułę, ale już estetyczny art house musi ją mieć, bo jak nic nie wybucha, to chcemy treść. Forma też jest treścią btw. Tutaj dobrym ćwiczeniem na wrażliwość wizualnego story tellingu będzie niemiecki ekspresjonizm i ogólnie kino nieme. To jest tak jakby stuprocentowo czyste kino (dla mnie), ponieważ braki dialogowe zmuszają te filmy do kreatywnych rozwiązań i zrzucają narrację na barki obrazu. Buster Keaton wręcz rywalizował z Chaplinem o to, kto użyje mniejszej ilości bloków dialogowych. Quality cinema right there.


The Goat (1921, Buster Keaton)'

5. Wyłapanie konwencji.

Nie chciałbym zabrzmieć jak jakieś intro do elementarza kinowego snoba, ale tak jest, konwencja jest istotna. Dając przykład totalnego przestrzelenia się z konwencją - narzekanie na brak elementów komediowych w horrorze i na brak akcji w dramacie społecznym. Nikt tak oczywiście nie mówi, ponieważ każdy jest tego świadom, konwencja to taki wujek na urodzinach, który przymyka oko na pewne rzeczy. Jeśli jesteś Mad Maxem na imprezie rodzinnej w tej filmowej metaforze, to wujek konwencja wychylając kielicha mówi "nie musisz się odzywać, nic się nie stanie przecież". Problemy zaczynają się, kiedy czytam najbardziej znienawidzony przeze mnie wyraz w kontekście filmu - p r z e w i d y w a l ny. I nagle co, cała nasza wiedza o konwencji idzie za płot, bo przecież "Get out" był przewidywalny, bo filmy Marvela są przewidywalne do bólu. W momencie, kiedy nie łapiemy konwencji, czy też po prostu jej nie widzimy - spora szansa, że przestrzelimy się z seansem. I to nawet w dobie dzisiejszych gatunkowych hybryd.

Przy konwencji dobrym przykładem będzie twórczość Bunuela i Lanthimosa, ponieważ obaj posiadają dość specyficzną. Po kilku filmach Bunuela, każdy kolejny oglądam przez pryzmat jego twórczości. Tak trochę czuję się, jakbym gościa trochę lepiej poznał, wiem co go bawi, co rajcuje, na czym się skupia, o czym mówi. Pisałem to już tysiące razy, ale napiszę raz jeszcze, z Bunuelem jest trochę "easy to learn, hard to master". Przy pierwszym podejściu do jakiegokolwiek jego filmu jesteśmy w stanie wyłapać główny zamysł, czy satyrę, sporo tam jednak upchanych detali, które nabierają sensu dopiero po jakimś czasie spędzonym z jego twórczością. I podobnie jest z Lanthimosem, gdyby "Zabójstwo świętego jelenia" było moim pierwszym spotkaniem z greckim reżyserem, najprawdopodobniej narzekałbym na postacie wypłukane z emocji itd. Ten seans w pewien sposób był dla mnie lepszy, ponieważ znam te elementy jego twórczości i o wiele łatwiej wskoczyć mi w jego konwencję.


Zabicie świętego jelenia (2017, Yorgos Lanthimos)

Podsumowując, nawet jeśli czujemy, że seans ma w sobie coś więcej, a nie byliśmy w stanie tego wyłapać - nic się nie stało. Jest milion czynników składających się na nasze podejście i postrzeganie każdego dnia, masa różnych zmiennych i nastrojów. Czasami ciężko jest uzyskać stuprocentowy eskapizm i zwyczajnie mijamy się z seansem.

Zdjęcie wprowadzenia - Persona (1966, Ingmar Bergman

more - facebook.com/nocnefilmowanie

Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook