your movie guide

Twój progres

0%

Oceniłeś 0/15 filmów. Oceń 15 więcej & sprawdź co obejrzeć dziś wieczorem!

Rotterdam 2018, część II: Znane nazwiska.


Czytelnicy (Readers), reż. James Benning, prod.: USA 2017, czas: 108’, sekcja: Signatures
Po co w ogóle oglądać Benning’a w kinie? – pytają puszczając oko widowni selekcjonerzy sekcji Sustainable Criticism festiwalu rotterdamskiego. – Przecież większość jego filmów jest już dawno dostępna w dobrej jakości na Youtube, właściwie można nawet je przyspieszyć i oglądać na podglądzie z prędkością 2x… - tego typu sugestie padają w krótkim, poskładanym na laptopie eseju, prezentowanym przed projekcją. Zgoda? Dla większości widowni tak, ale nie o zwiększanie ilości klatek na sekundę tutaj chodzi. W aktualnej odsłonie twórczości Benninga zostajemy zaproszeni do zatrzymania się każdorazowo na 27 minut w pokoju osoby czytającej bezgłośnie książkę. Dla zaspokojenia ciekawości widzów, jej tytuł pojawia się na slajdzie podsumowującym nowelę, wraz z wyimkiem z lektury. To właśnie spokój, stopklatka, wręcz medytacja nad konceptem jest sukcesem reżysera wielbionego przez nowohoryzontowych widzów i fanatyków kina slow. A koncept filmu, każdorazowo inny, tym razem zostawia nas w konsternacji,objaśniając że czas, którego Benning jest ekranowym właścicielem, nie działa na naszą korzyść. I nie bez powodu w ostatniej noweli wśród odgłosów tła słychać ścienny, tykający zegar.

Leon on Pete, reż. Andrew Haigh, prod.: USA/Wielka Brytania 2017, czas: 119’, sekcja: Limelight
Reżyser niedocenionych w Polsce „45 lat” wędruje z kamerą na amerykańską prowincję. Dziarski nastolatek wychowywany przez ojca notorycznie zmieniającego kochanki zaprzyjaźnia się z handlarzem koni wyścigowych. Leon on Pete to imię jednego z rumaków, którym chłopak zaczyna się opiekować w ramach dodatkowego, płatnego zajęcia w weekendy. Świetnemu aktorsko, chuderlawemu blondynowi matkuje epizodyczne twarda dżokejka, w której postać wciela się na ekranie Chloë Sevigny. Okoliczności życiowe zmuszają chłopaka do wędrówki w kierunku Wyoming, w którym prawdopodobnie mieszka dawno nie widziana ciotka. A że ulubiony koń nie sprawdza się w wyścigach i ma trafić na sprzedaż, to oczywiste, że Charley w podróż nie wybierze się w pojedynkę. To nie jest Andrew Haigh w swojej najlepszej odsłonie, ale trzymając kciuki za bohatera jestem w stanie przymknąć oko na niedociągnięcia fabularne i chwilami kompletnie nieprawdopodobne zbiegi okoliczności. W końcu to amerykańska baśń.

Zama, reż. Lucrecia Martel, prod.: Argentyna/Hiszpania/Holandia/Francja 2017, czas: 150’, sekcja: A history of shadows.
Bohaterka zeszłorocznej retrospektywy festiwalu Transatlantyk, autorka wybitnej „Kobiety bez głowy”, zabiera nas w epicką podróż kolonialnymi bezdrożami osiemnastego wieku. Oparta na modernistycznej powieści historia don Diego de Zamy, oficera hiszpańskiej korony, to studium samotności i stopniowej rezygnacji z życia. Malownicza scena filmująca Zamę wpatrującego się w bezkres morza na plaży to właściwie streszczenie epopei, w której starzejący się generał oczekuje na królewski list z informacją o przeniesieniu w inne miejsce. Zmieniają się zarządcy, gospodarze, a nadzieja na otrzymanie transferu stopniowo gaśnie. Przepięknie filmowane krajobrazy kontrastują z kafkowską atmosferą bezdusznej machiny biurokratycznej. Reżyserka interesuje się raczej samym doświadczaniem kina w czystej formie, niż konstruowaniem narracji. Być może widownia nie do końca utożsami się z bohaterem, albo nie będzie zorientowana w realiach tamtych czasów, ale to nie przeszkadza we współdzieleniu czasu oczekiwania.

Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook