your movie guide

Twój progres

0%

Oceniłeś 0/15 filmów. Oceń 15 więcej & sprawdź co obejrzeć dziś wieczorem!

Rotterdam 2018, część VII: Horror czy parodia horroru?


The Cannibal club (O Clube dos Canibais), reż. Guto Parente, prod.: Brazylia 2018, czas: 81', sekcja: Voices
Podobnie jak w konkursowym „Sultry” rozwarstwienie społeczne Brazylii bierze na warsztat młody reżyser, zaangażowany wcześniej z innymi filmowcami w produkcję bardzo dobrego, choć niedocenionego przez polską publikę, „Uśpionego zwierzęcia” (konkursowe pokazy ARS Independent 2016). Już wtedy twórcy dali się poznać jako miłośnicy krwawej makabry, subtelnie podpierającej wywody na temat ludzkiej seksualności. W solowej produkcji Guto przedstawił w Rotterdamie zamknięte w złotej bańce prosperity korpo-szczury dekadenckiego brazylijskiego wybrzeża, eminentów mieszkających w pilnie strzeżonych rezydencjach, bezkarnie poczynających sobie z ludźmi z nizin społecznych, których tajemnicze zniknięcia umykają czujności mediów i dziennikarzy. Klub kanibali lubujący się w ludzkim mięsie organizuje tajne spotkania biznesmenów, podczas których mona na żywo doświadczyć spektaklu krwi i ciała, jednocześnie zamiatając pod dywan głęboko skrywane wstydliwości. Dość rubaszny w formie horror w pewnym miejscu staje się mocno przewidywalny i wygrany na jednej nucie. Mimo brawury i kilku wolt fabularnych nie dorównuje świetnemu „Uśpionemu zwierzęciu”. Aż szkoda, można było spodziewać się kolejnego mocnego uderzenia, a tu kula w płot.

Time share (Tiempo compartido), reż. Sebastian Hoffman, prod.: Meksyk/Holandia 2018, czas: 95', sekcja: Voices
Reżyser pamiętnego body-horroru o żyjącej zgniliźnie pt. „Halley” tym razem bezlitośnie rozprawia się z turystyką zorganizowaną. Przyjeżdżający z rodziną do tropikalnego hotelu Pedro dowiaduje się na miejscu, że promocyjna oferta pobytu w kurorcie została zdublowana i w tym samym apartamencie zameldowany będzie z inną rodziną. Interwencje u menedżera hotelu nie przynoszą rezultatu, udział w zajęciach sportowych skutkuje kolejnymi kataklizmami, z kolei pracujący w kombinacie personel bierze udział w swoistym wyścigu szczurów, przechodząc przy okazji korporacyjne pranie mózgu. Wspinaczka w górę piramidy finansowej inspiruje najmniej inteligentnych i zdegradowanych pracowników molochu, budynku przypominającego świątynię aztecką kojarzoną ze starożytnym kultem składania ofiar z ludzi. Hotelowa pralnia eksploduje wybroczynami, a przykrości przydarzające się głównym postaciom, coraz mniej realne, przypominają wizje schizofreników osaczonych przymusem wypoczynku. Wiele filmowych motywów dla widzów „Halley’a” będzie doskonale rozpoznawalna, i choć pojawiają się one w innej, mniej poważnej tonacji warto je zobaczyć na dużym ekranie. Wielbiciele ekscentrycznych parodii powinni być usatysfakcjonowani.

La nuit a devoure le monde (The night eats the world), reż. Dominique Rocher, prod.: Francja 2017, czas: 94', sekcja: Voices
Dość karkołomne zadanie przyjął na siebie znany wielbicielom francuskiego kina Denis Lavant. Bo jak odegrać na ekranie zombie, które na swoje nieszczęście utknęło w windzie? Dysponując mocno ograniczonym zestawem min i grymasów trzeba wypaść wiarygodnie, tym bardziej jeśli kreacja przyrównywana jest w prasie filmowej do roli... piłki, z którą w „Cast away” rozmawiał Tom Hanks. Głównym bohaterem debiutanckiego horroru opartego na powieści jest młody mężczyzna przychodzący do mieszkania swojej byłej dziewczyny odebrać pozostawiony zestaw płyt. Mimo niedawnego rozstania, dom rozrywa głośna muzyka, a chłopak trafia w sam środek imprezy, gdzie nie przeczuwając nadciągającej apokalipsy postanawia przespać do rana w oczekiwaniu na poważną rozmowę. Zadanie przestaje być wykonalne, kiedy okazuje się, że cała stolica z powodu dziwnego wirusa zamienia się w hordy biegających, wygłodniałych żywych trupów. Atakowany ze wszystkich stron paryski Robinson Crusoe próbuje nawiązać kontakt z żywymi, w międzyczasie pogrywa na zestawach perkusyjnych i wysłuchuje niezrozumiałych komunikatów artykułowanych przez wspomnianego wcześniej aktora. Dźwięki bębnów ściągające tłumy zombie humorystycznie przyrównują widownię koncertów muzycznych do hord zombie. Świetnie filmowany i zagrany horror ma swoje drugie dno, snuje rozważania na temat poczucia krzywdy u osoby, którą zdecydowaliśmy się opuścić. Śledząc minimalistyczne rozwiązania i pomysłowe kadry mimowolnie trzymamy kciuki za bohatera w poszukiwaniu innych niedobitków.

Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook