Koń turyński (2011)

A Torinói ló

Jeśli wierzyć zapowiedziom Béli Tarra, Koń turyński to jego pożegnalny film. Reżyser twierdzi, że powiedział już w kinie wszystko, co chciał, i przechodzi na artystyczną emeryturę.

Nagrodzony na ostatnim festiwalu w Berlinie obraz to medytacja nad agonią świata. Ten dwuipółgodzinny film utrzymany jest w mrocznej atmosferze powolnego rozpadu. Punktem wyjścia stała się dla Tarra anegdota o Fryderyku Nietzschem, który w 1889 roku pochylił się nad losem konia bitego przez chłopa przy drodze.

Autor po raz kolejny rzucił widzom wyzwanie. W swym dziele zawarł wszystko, co zawsze składało się na jego charakterystyczny styl: niechęć do słów, czarno-biały obraz, powolne tempo. Każdy element jest tu skrajnie minimalistyczny. Akcja rozgrywa się w ciągu sześciu dni w ciemnej, wiejskiej chacie, a całość układa się w spójną, przytłaczającą wizję procesu przeciwnego stworzeniu świata. (www.nowehoryzonty.pl)

Obsada:

Pełna obsada

Zwiastun:

Piękna i smutna, pachnąca niesionym przez wicher pyłem, opowieść o świecie, w którym umarł Bóg. Arcydzieło, które domaga się dłuższej notki.

No to dawaj. Ja wymiękłam. Może dlatego, że arcydzieło.

Chętnie, tylko czasu nie ma. Pomysłów na notki z tego festiwalu to ja mam nawet kilka, tylko nie mam kiedy ich pisać. Właśnie wróciłem do domu, o 8 pobudka i tak w kółko, strasznie to męczące ;))

Może w sierpniu się uda...

Zupełnie nie wiem dlaczego właściwie, zamiast współczuć, cholernie zazdroszczę...

Zamiast zazdrościć, po prostu lepiej planuj czas w przyszłym roku!

Myślałam, ze się załamię dzisiaj - okazało się, że nie nastawiłam budzika, więc obudziłam się o 9:10 (przynajmniej tyle, bo zdążyłam cudem na Rozstanie) i nie zdążyłam zarezerwować Konia turyńskiego. Mam wielką nadzieję, że będzie w kinach...

Po to tutaj przyjechałem. Koniec i początek. W zasadzie sam koniec. Omega.Omega. Omega. Piękny film powiedzieć to jakby go opluć.

Bardzo dobry, powoli się snujący film, nienudzący się ani przez chwilę, mimo że długi. Ale żeby od razu arcydzieło, to nie.

Kino kontemplacyjne to nie do końca moja bajka, ale zdarzają mi się zakochania więc „Łysek” też dostał szansę. Nie licząc wstępu, film zaczyna się sceną pochodu konia ciągnącego wóz. Artystyczne czarno-białe zdjęcia, piękna nastrojowa muzyka... Koń idzie. Idzie i idzie... I tak przez ponad 4 minuty. Następnie prowadzą go, rozsiodłują, oporządzają... Wszystko w czasie rzeczywistym. Po 13 minutach akcja przenosi się do domu. Córka przebiera ojca. Koło 16 minuty spałam już jak zabita. Po 45 minutach drugiego podejścia wyrzucałam sobie brak wrażliwości na arcydzieło. W połowie filmu modliłam się już tylko o szybką śmierć. Bohatera, bohaterki, reżysera, własną... To nie jest film o piekle. To piekło samo w sobie. Steve Mierzejewski kończy swą reckę na IMDb słowami: „So, in short, if you feel you have done something wrong and deserve to be punished, watch this film. Your sins and those of all your ancestors will be forgiven. Thus spake Zarathustra”. Tako rzeczę i ja. Zamęczona i zawiedziona.

Haha :) To na pewno nie kino dla każdego :)

Naprawdę doceniam ideę tej produkcji i warsztat, ale po seansie czuję się człowiek, który przeczołgał się przez Saharę. Poddaję się i zazdroszczę tym, którzy byli w stanie się tym filmem cieszyć.

Cieszyć ? Ja byłem kompletnie załamany!

Załamany, ale zachwycony. Chodziło mi raczej o zachwyt niż o radość. Źle sformułowałam.

Znam takowe rozlazłe filmy. I często podobaly mi się. "Las" Dumały, "Last Days" Van Santa. Choć był też jakiś taki, którego wolę nie pamiętać... :(

Konfucjusz70
Farary
exellos
NarisAtaris
MureQ
mielonka27
pannadrama
oktawia
szymonsapalski
Afonia