Amores perros (2000)

Scenariusz:

Ta pełna przemieszanej z liryzmem okrutności opowieść podzielna została na trzy historie. Bohaterem pierwszej jest Octavio, zarabiający na życie na wyścigach psów. W drugiej obserwujemy supermodelkę Valerię, która przeprowadziła się do nowego mieszkania wraz z kochankiem, który rzucił dla niej żonę. Jest także stary El Chivo, tajemnicza postać, mająca wielki wpływ na pozostałych bohaterów. Wszystkie te ludzkie dramaty dzieją się w kipiącym zgiełkiem mieście Meksyk.

Obsada:

Pełna obsada

Zwiastun:

lubię filmy tego reżysera, szczególnie późniejsze

Uwielbiam filmy, w których w taki sposób splatają się losy bohaterów. Kojarzy mi się z Crash.

To na pewno film, który chcę obejrzeć jeszcze raz, albo i więcej razy. Jest w nim tyle szczegółów, tyle zazębiających się zdarzeń, przecinających się ścieżek ludzkich, tyle drobnych gestów, że po prostu nie sposób tego wszystkiego zauważyć, wyłowić w pojedynczym oglądaniu. Rzecz znakomita.

Dużo akcji, przeplatające się losy wielu bohaterów, ale.. jakby brakuje treści przewodniej... powodu dla którego nakręcono ten film.

Ten film ani mnie nie grzeje ani nie ziębi. Po peanach wyśpiewywanych na cześć Iñárritu spodziewałem się dzieła wybitnego, dostałem dobre. Takie 6/7. Jedyny element jaki jest warty wspomnienia to sposób w jaki historie się przeplatają, wyjątkowo dobrze to zostało przeprowadzone. Poza tym nie znajduję w nim nic wyjątkowego.

No heh. Jeżeli chodzi o współczesnych reżyserów to taki Inarritu miażdży Aronofskiego każdym filmem. To taka luźna refleksja tylko, ale co pokazuje Aronofski? Banalne historyjki, o których WIADOMO? Wrestler, Requiem - czy ktoś, oprócz zafascynowanych Jaredem i "narkotykami" nastolatek potrafił dojrzeć w tym filmie coś więcej niż standardową opowieść o ćpunkach i ich problemach? A taki Inarritu pokaże 3 historie dziejące się w Meksyku i możemy przez ponad 2 godziny obejrzeć, a potem pomyśleć.

Nie wiem co jest banalnego w "historyjkach" Aronofskiego. Może jedynie Zapaśnik opiera się na prościutkim pomyśle, ale jego siła właśnie w tej prostocie, no i oczywiście w tym, że to właściwie taka metaforyczna biografia Mickeya Rourke. Filmy Aronofskiego nigdy nie zostawiają obojętnym.

Natomiast Inarritu sprawnie opowiada historyjki, natomiast bardzo jestem ciekawy, o czym właściwie można po nich "pomyśleć"? Nie mówiąc już o tym, że jak w kolejnym filmie ponownie zastosuje ten sam zabieg, co we wszystkich poprzednich (równolegle toczące się różne, wzajemnie lekko tylko powiązane historie), to chyba demonstracyjnie wyjdę z kina. Ile razy można?

P.S. Nie jestem nastolatkiem. Od dawna.

Pojechałeś, Papajkal, na całego! Nie mam nic przeciw Iñárritu, ale Amores Perros to jedyny jego film, jaki udało mi się bezboleśnie obejrzeć. Na "21 gramach" już się męczyłem nachalnym banałem przekazu. Ale kto co lubi. Nie rozumiem tylko porównania z Aronofskym. To jakby porównywać Bergmana i Kieślowskiego -- dwa różne światy, dwa różne sposoby robienia filmów. Dla każdego coś dobrego.

PS. Ja jestem nastolatkiem duchowo :)

Nie tylko duchowo michuk, nie tylko ;)

Hola hola. W każdej z trzech historii takiego Amores Perros mamy rozważania na temat różnych aspektów życia - biedy i bogactwa, przestępczości, outsiderstwa, emocji oraz przypadkowych zdarzeń. M.in. genialna postać starego buntownika w tym filmie - czy nikogo ta osoba nie skłoniła do głębszych przemyśleń?

A taki Wrestler. Hm, super, Rourke fajnie zagrał. Umówił się z córką, ale niestety zaćpał i puknął jakąś napaloną laskę, a w konsekwencji zaspał - i ma już u córki krótko i dosadnie mówiąc - przejebane. Skłania do myślenia, nie? :-) Albo ćpuny z "Requiem" - muszą zdobywać kasę, owszem - nałogi rządzą się swoimi prawami. Muszą robić złe rzeczy, aby zdobywać kasę - to też wiadomo. Mogą mieć przesrane, gdy są uzależnieni - także oczywiste. Ten film nie jest jednak taki zły, bo mimo wszystko ma fajną (aczkolwiek już strasznie oklepaną przez umieszczanie jej na wszystkich filmikach youtube'owych ;-)) melodię główną, dobrą muzykę, ładne zdjęcia, świetny klimat, no i postać starszej pani także jest bardzo udana.

I mówię tutaj z pozycji osoby, która zna tylko Amores Perros i Babel oraz Requiem i Wrestlera. Głębszych analiz dokonam po 21 Grams oraz Pi i Fountain.

Pozdrawiam!

PS Jestem nastolatkiem ;)

No to wypada mi się tylko pięknie nie zgodzić i zaprosić do dyskusji pod moją recenzję "Zapaśnika" który uważam za najlepszy film roku.

Być może chodzi po prostu o inne oczekiwania wobec kina. Mi "wystarczy" jak filmem się naprawdę przejmę, jak dostarczy mi głębokich doznań. Jak po prostu wszystko w nim gra jak należy. Fajnie jak zmusza do myślenia -- wtedy mamy do czynienia z arcydziełem. Ale tego drugiego oczekuję bardziej od książek, bo jakoś nie wierzę, żeby ktoś kto ma naprawdę coś ważnego do powiedzenia o życiu bawił się w film :)

(oczywiście uogólniam: jest przecież Bergman, Żuławski... ale to wyjątki)

a moim zdaniem obecnie najmniej wykorzystany potencjał ze wszystkich gałęzi sztuki ma właśnie kino i to one powinno być głównie miejscem filozoficznych dyskusji oraz wyrażania "wysokich" treści. Owszem, film który nie posiada żadnych filozoficznych czy społecznych przemyśleń też może być świetny, na takich samych prawach co film który posiada, no ale - różnica między oceną człowieka w Zapaśniku a, nie przymierzając - Taksówkarzu jest OGROMNA. W sensie - oba filmy mówią o jakimś danym człowieku, jego rozmyślaniach i konkretnych, podejmowanych działaniach. Oba filmy mają też proste historie - a jednak ten pierwszy jest tylko porządny, a drugi - genialny. :) no ale to moje subiektywne zdanie i z Twojej strony może to wyglądać zupełnie inaczej.

Pozdrawiam :)

Ta dyskusja nie zakończy się żadnym sensownym wnioskiem, bo wszystko jest kwestią wrażliwości oceniającej osoby a także "bagażu jej życiowych doświadczeń", że tak z grubej rury uderzę ;)

Zapaśnik w ogóle nie jest o tym o czym Papajkal napisałeś, myślę że go po prostu nie zrozumiałeś. Sorki, zabrzmi to brutalnie, ale może właśnie to że jesteś nastolatkiem sprawia, że tematy przemijania i samotności mało do Ciebie trafiają. Zapaśnik jest o przemijaniu, walce o godność, a przede wszystkim jest filmem nie "z" ale "o" Mickeyu Rourke. I zgadzam się z michukiem - jest filmem wyśmienitym.

Chciałbym uniknąć wymiany opinii na poziomie "to jest film dla nastolatków" a to nie. Do mnie Inarritu trafia umiarkowanie, ale go w czambuł nie krytykuję. Proponowałbym unikać fundamentalnych stwierdzeń o artystach, tylko dlatego, że ich sztuka z tych, czy innych względów do Ciebie nie trafia.

Zgadzam się natomiast, że kino jest miejscem na wyrażanie "wysokich" treści.

"Natomiast Inarritu sprawnie opowiada historyjki, bardzo jestem ciekawy, o czym właściwie można po nich "pomyśleć"?" - to Twoje słowa, z wypowiedzi powyżej. Ponieważ należę do miłośników Inarritu, odpowiem Ci Twoim własnym zdaniem:" wszystko jest kwestią wrażliwości oceniającej osoby, a także "bagażu jej życiowych doświadczeń".
U Aronofskiego brakuje mi właśnie tego, co mnie powala u Inarritu: artystycznego sposobu obrazowania, przemyślanego kadru, montażu, zdjęć. Obaj poruszają podobne kwestie, nie macie się tu o co spierać, obaj mówią o wyobcowaniu, samotności, determinacji, szukaniach, niemożności, ograniczeniach. Wyczucie lub nie przekazu najwyraźniej zależy od tego, co napisałeś na samym początku - od indywidualnego bagażu doświadczeń, od tak, a nie inaczej rozwiniętej wrażliwości. Natomiast sposób, w jaki mówią jest nieco odmienny. Wrestler podobał mi się bardzo, choć nie powtórzyłabym za Michukiem, że to najlepszy film roku. Podobał mi się, skłonił do refleksji. Ale obejrzałam też wszystkie filmy Inarritu i jestem zarażona jego bakcylem, on mnie powala nie tylko doborem tematów, jakością przekazu, czyli stroną artystyczną, ale zwłaszcza spójnością koncepcji, perfekcją. Wszystko u niego : muzyka, detal kadru, kolor pracuje na ostateczny efekt. U mnie - głębszą refleksję. Tak sobie myślę nawet, że to filmy, kóre ja określam mianem "drążących", dojrzewających po obejrzeniu. Takich, jakie sprawiają mi największą, intelektualną i percepcyjną radochę.
Odpierać zarzutów Michuka, że przekaz Inarritu jest banalny nie będę, bo mi się nie chce. Patrz zdanie pierwsze.
P.S. Już dawno, dawno nie jestem nastolatką, za to noszę kolorowe trampki i glany, czy to się liczy in plus ? :)

Oczywiście, masz absolutną rację :)

Ja zresztą wcale na Inarritu bardzo cięty nie jestem, ale rozczarował mnie Babel. Główny przekaz filmu, który jeśli dobrze zrozumiałem miał brzmieć: "jaki ten świat jest mały" wydał mi się naciągany. Nie bardzo rozumiałem po co wprowadzony był ten zabieg, że opowiadane wątki się niby ze sobą łączą, było to moim zdaniem niepotrzebne. Ale było zarazem takie bardzo "w stylu Inarritu". Z opowiadanych historii jedyna która mi się naprawdę podobała to ta "japońska", reszta, a szczególnie "meksykańska", wydawała mi się mocno naciągana.
Co do pozostałych filmów to się nie kłócę, "21 gram" muszę obejrzeć jeszcze raz, bo widziałem dawno i że tak powiem "jednym okiem", więc się w ogóle nie wypowiadam.

hm, tematy "przemijania", "samotności" są często poruszane przez muzykę, którą słucham w dawkach ogromnych i która się głównie interesuję, więc raczej o to na pewno nie chodzi. Nie mówię też, że Zapaśnik jest filmem złym - ba, podobał mi się, ale właśnie takie umiejscawianie go na pierwszych miejscach różnych rocznych list filmowych jest lekko przesadzone. Nie martw się o moją wrażliwość na różne tematy - fakt, zupełnie inaczej patrzy się na świat w wieku 19, 30 czy 60 lat, jednak podstawowe rozumienie "tego co nas otacza" oraz wrażliwość na kulturę (którą, według mnie, przejawiam) są już "dostępne" przed "dwudziestką".

I nie wiem dlaczego uważasz, iż "nie zrozumiałem" :) Pisałem tylko o konkretnych działaniach podejmowanych przez bohatera, które - ja napisałeś - były walką o godność i spokój sumienie oraz rozliczeniem z samym sobą.

I nie było to fundamentalne stwierdzenie, jak napisałeś. Wyraziłem po prostu swoją luźną opinię na temat, który mnie interesuje. Nie mam predyspozycji oraz wiedzy, żeby wypowiadać się mentorskim tonem i przekazywać "jedyną słuszną prawdę" :;)

Heh, no wiesz, ja się tylko odwoływałem do Twojego streszczenia Zapaśnika. Rozumiem, że mam go nie traktować poważnie? :)

no ale nie wiem gdzie widzisz moje niezrozumienie Zapaśnika, skoro nigdzie nie napisałem co w tym filmie widzę? :)

Cytuję:

"A taki Wrestler. Hm, super, Rourke fajnie zagrał. Umówił się z córką, ale niestety zaćpał i puknął jakąś napaloną laskę, a w konsekwencji zaspał - i ma już u córki krótko i dosadnie mówiąc - przejebane. Skłania do myślenia, nie?"

Skoro tyle zapamiętałeś / zrozumiałeś z filmu, to mam prawo twierdzić, że niewiele.

pokazałem po prostu banalność jednej, przykładowej sceny z tego filmu. Jeżeli komuś wystarcza takie coś to już nie mój problem :)

Mam wrażenie, że dyskusja od początku nie dotyczy "Amores Perros", lecz porównania Inarritu z Aronofskim. We wszystkich wypowiedziach (oprócz słów Moremore) nie ma nawet próby oceny tego, co w mojej opinii w "Amores Perros" wydaje się najważniejsze i jest zawarte w tytule filmu niemal nieprzetłumaczalnym na polski. "Amores" (rzeczownik w hiszpańskim na pierwszej pozycji) oznacza miłości (liczba mnoga). W pewnym sensie to film o miłości - chyba najpopularniejszym temacie w historii kinematografii. Ta miłość jest psia, pieska,pod psem ("perros" oznacza psy, a może raczej szczeniaki), tak jak istnieje psia pogoda - kiepska, nieprzewidywalna, chłodna,niedoskonała, trudna do wytrzymania, chociaż niekoniecznie zła (ale jeśli dobra, to dla szczeniaków, które nie znają prawdziwego życia). Trzy historie, które łączy nie tylko to samo miejsce, czas i akcja, ale przede wszystkim "psia miłość" ich bohaterów. To stanowi dla mnie powód, dla którego ten film został nakręcony. Nikt wcześniej nie ukazał miłości w taki sposób.

Otóż to, angielski tytuł w podobnym klimacie: Love's a bitch. Miłość jest suką, jakoś tak. Oczywiście jednak pod tym głównym "wątkiem" kryje się sporo innych, ciekawych, poruszających tematy bardziej ogólne.

Poruszający. Jeden z tych filmów, w których wątki splatają się, historie znajdują zaskakujące rozwiązania. Dobra robota

Meksykański magik kina nie zawodzi. Film o skomplikowanych relacjach ludzi z różnych sfer w ogromnej metropolii. Kluczem do wnętrza bohaterów są ich czworonogi. Wspaniałe zdjęcia w tym brutalnym obrazie umiejętnie łączą sensację z obyczajowością. To się ogląda.

Mocne i zarazem przejmujące historie opowiedziane w bardzo powolny, ale wciągający sposób.

Danielito
edytasob
RobinHa
milali
dvdmaniak
przemyslawszwaczka
niesiolowska
JUMAN
bartje
malamadi