Captain America: Pierwsze starcie (2011)

Captain America: The First Avenger
Reżyseria: Joe Johnston

Kapitan Ameryka (właściwie Steve Rogers) to pierwsza postać stworzona przez Marvel Comics. Steve przed wojną był studentem sztuki, który w 1940 roku postanowił zaciągnąć się do wojska. Nie został przyjęty z powodu słabego zdrowia, ale dostał propozycję uczestniczenia w tajnym eksperymencie. Został poddany terapii, która zwiększyła jego inteligencję i siłę. Przemienił się w superbohatera nazwanego Kapitan Ameryka. Zostaje wysłany do walki z nazistami, jego największym wrogiem jest Red Skull. (opis dystrybutora)

Obsada:

Pełna obsada

Zwiastun:

Odnoszę wrażenie, że ten film powstał tylko po to, aby można było przystąpić do realizacji "The Avengers". Praktycznie wszystko tu siada, a szczególnie kuleje reżyseria. Joe Johnston po raz kolejny pokazał, że potrafi partaczyć dobre pomysły.

jest znacznie lepiej niż można się było spodziewać!

Dobry film z bardzo dużą ilością imponujących efektów specjalnych. Po obejrzeniu Iron Mana i trailera do The Avengers nie mogę się doczekać drugiej części przygód Kapitana oraz reszty teamu marvelowskich postaci.

Nowe filmy z bohaterami Marvela ogląda się świetnie, najpierw był Iron Man, teraz Kapitan Ameryka. Świetne efekty, zachęcający chwyt ze sceną po napisach, wyraziste postacie i sprawnie poprowadzona ale jednak przewidywalna fabuła... Nic tylko czekać na kolejny film zrobiony przez Marvela.

Twórcy filmu próbowali ratować tę bzdurę wprowadzając do fabuły trochę ironii, ale temu "dziełu" nic nie jest w stanie pomóc. Pomijając już to, jak jest to kretyńskie, największą wadą filmu jest kompletny brak dramatyzmu. Kapitanie Ameryko: dla mnie było to ostatnie starcie.

"Captain America: Pierwsze starcie" to chyba najbardziej niedoceniona ekranizacja komiksu, o jakiej słyszałam. Nie wiem tylko, czemu. Toż przecież jak na produkcję Marvela przystało, film Joe Johnstona jest totalnie fantastyczną, okraszoną dużą ilością efektów specjalnych i nastawioną na masowego widza rozrywką. W czym więc problem? W tym że oprócz wybuchów i rąbanki jest też fabuła? Wojenne tło filmu jest oczywiście tylko kalką rzeczywistości, ale jest to kalka wyjątkowo zgrabna (niektóre wątki przywołują nawet na myśl „Pacyfik”). Aktorzy dobrani są idealnie, bohaterowie skonstruowani z sensem (Red Skull Weavinga zachwyca, grana przez Atwell Peggy nie jest tylko dodatkiem do herosa, a Kapitan Ameryka nie jest przerysowany), no i jest to bodaj jedyny filmowy „marvel”, który momentami naprawdę wygląda jak komiks. Wielkie brawa dla Shelly’ego Johnsona za magiczne zdjęcia oraz ukłony dla ekipy charakteryzatorów i zahartowanej na planach „Kompanii braci” i „Bękartów wojny” kostiumografki.

Ciekawe co piszesz, bo dla mnie to był najgorszy film jaki widziałem w zeszłym roku. Nie chcę się tu wyżywać, bo zrobiłem to już w krótkiej opinii, ale skoro rzuciłaś w eter pytanie "w czym problem", to odpowiadam, że dla mnie we wszystkim. Bezbarwne postaci, czerstwy romans, zero napięcia.

Domyślam się, że winny jest oryginał, czyli komiks. Właściwie, to oprócz Iron Mana chyba wszystkie Marvelowskie filmokomiksy są dla mnie do dupy, a Iron Man pewnie toleruję tylko dzięki Downey Juniorowi. I dlatego się mocno zastanawiam, czy jest sens zabierać się za Avengers.

Na pewno istnieją ludzie, dla których postać Kapitana Ameryki jest niestrawna z założenia. Tym osobom nie spodoba się żadna ekranizacja, nieważne jak zrobiona.

Wiernym fanom komiksu tak zaadaptowany "Captain America" też do gustu nie przypadł, bo jak się właśnie dowiedziałam - [w wolnym tłumaczeniu] twórcy filmu zmarnowali potencjał, wycięli najfajniejsze wątki, zrobili z Kapitana osobę metroseksualną (dyplomatycznie to ujmując) i wcisnęli mu do ręki pokrywę od śmietnika. ;) Stwierdzenie, że mimo takich szczegółów jest to bardzo dobry film (lubię filmy wojenne, a II Wojnę w każdej postaci, amerykański patriotyzm mnie nie razi, od dziecka mam słabość do opowieści o superbohaterach, zawsze podobały mi się przedwojenne kostiumy, charakteryzacje i elementy scenografii i uwielbiam wszystkie niecne wcielenia Weavinga; a to pewnie tylko część powodów, dla których ten film tak mi podszedł) i uwaga, że "Powrót Batmana" to jeden z moich ulubionych Batmanów (a przecież ekipa Burtona totalnie zbezcześciła w nim batmobil! :) ), sprawiło, że dostałam prikaz natychmiastowej lektury komiksów. Ba, adwersarz zadeklarował nawet, że mi je przydźwiga. :D Nie wiem, czy to coś zmieni (mam bowiem wrażenie, że po prostu szukam w komiksach czegoś innego niż większość fanów), ale może faktycznie czas sobie przypomnieć to i owo. :)

Jestem prawie pewna, że "Avengersi" Ci się nie spodobają (podkreślam - ten film nie ma fabuły, jest tylko akcja), ale zrobisz, jak uważasz. Na Twoim miejscu chyba jednak odpuściłabym sobie wizytę w kinie i nadrobiła ten film przy okazji.

W "Avengers" lepsze są te momenty kiedy Kapitana Ameryki nie ma, albo się nie odzywa. Jak już coś powie to jest to tekst o honorze/odpowiedzialności/patriotyzmie wygłoszony tak, że zęby bolą.

No właśnie, postać Kapitana Ameryki jest koszmarnie patetyczna, a przy okazji wizualnie kuriozalna (tekst o pokrywce od śmietnika bardzo celny). Ale w całym filmie najgorsze było to, że niby był jakiś mega zły, a jakby go nie było, Kapitan pojechał, rozprawił się i ucałował ukochaną, której makijaż ani przez moment nie przestał być doskonały. Ten film jest komiksowy w złym tego słowa znaczeniu - jest papierowy. Zdecydowanie wolę estetykę Sin City, czy nawet 300.

"Sin City" (bodaj jedyny film, który ma u mnie 10-ki we wszystkich kategoriach) i "300" to moje ulubione ekranizacje komiksów. Dalej są "Batmany" Nolana. Te produkcje jestem w stanie oceniać jak każdy inny film. Z nastawionym na komiksowość i nierzadko przerysowanym Marvelem tak się nie da, choć przyznam, że "X-Men: First Class" wlało we mnie trochę nadziei.

Powiem tak. Spytałam o tę tarczę Rogersa: "Ale co? W komiksie była większa?" Odpowiedź brzmiała: "Narysowana wyglądała lepiej". Otóż to. Marvel nie sprzedaje widzowi wymyślnej fabuły ani żadnej wartości dodanej. Tym, co ma do zaoferowania, jest przede wszystkim ta szczególna, niespecjalnie przez Ciebie lubiana komiksowość, która zawsze (a przynajmniej jeszcze długo) będzie lepiej wyglądała na papierze. Moim zdaniem w przypadku "Captain America" przeniesienie tej komiksowości na ekran wcale nie wypada źle, za to przeniesienie fabuły i postaci wypada już zdecydowanie dobrze. Prosty przykład.

Oto scena obecna zarówno w książce jak w filmie. W warstwie monologu jest to coś tak absolutnie wydumanego, że słowo "patetyczny" to za mało, żeby oddać skalę zjawiska. W komiksie jest to dopuszczalne, taka poetyka. Ale gdyby w filmie Erskine wyszedł na środek sali i wygłosił taką przemowę, nie dałabym rady tego oglądać. Biorąc pod uwagę, jak bardzo niestrawna jest idea bohatera pokroju Kapitana Ameryki, uważam, że twórcom ekranizacji naprawdę udało się zrobić z tego coś jadalnego.

To, co uważasz za najgorsze, czyli to, że Kapitan pojechał, rozprawił się ze złem, ucałował nienagannie uczesaną i umalowaną ukochaną (no tak po prawdzie, to ona go ucałowała) i ruszył, by poświęcić się dla ludzkości, ja akurat uważam za najlepsze. Toć przecież cała ta opowieść powinna mieć w sobie coś z komiksu, a Kapitan Ameryka powinien choć trochę przypominać Kapitana Amerykę. To w końcu adaptacja komiksu, a nie dramat. :)

To jest dramat. Pod każdym względem ;)

Czułam, że to "powiesz". =D

bardzo polubiłam Peggy, więc poziom wątku romantycznego w tym filmie mnie zaskoczył :) Natomiast Red Skull mnie zawiódł, no i liczyłam na więcej nazistów. Co do komentarzy niżej: pomysł na Kapitana Amerykę jest kuriozalny i właściwie nie mam pojęcia, jakim cudem lubię tę postać; to wina/zasługa albo jednego odcinka jakiejś kreskówki, który obejrzałam na cartoon network w mrokach dzieciństwa (yyyy, to chyba nie mogła być Liga Sprawiedliwych? ale w takim razie co?... X-Men: Evolution?) i po którym było mi żal ~zamrożonego C.A.; albo autorów scenariusza, którzy zrobili z C.A. mniej hurrapatriotę a bardziej dżentelmena w staroświeckich spodniach (to bardziej w Avengersach); albo hm, Chrisa Evansa

Ja właściwie nie lubię postaci Kapitana, ale w filmie Johnstona mi nie przeszkadza.

Obstawiam, że oglądałaś "X-Men: Evolution". Jako że Kapitan występuje tylko w jednym odcinku, wygląda na to, że był Ci przeznaczony po prostu. ;)

umbrin
jumolugig
Aerinn
jayb85
Blue2012
KasiaKhadraoui
jurrock
czarna2115
mafciu
zur887