Rzeź (2011)

Carnage
Reżyseria: Roman Polański

Dwie nowojorskie pary: Alan (Christopher Waltz nagrodzony Oscarem za kreację w „Bękartach wojny” Quentina Tarantino) i Nancy (Kate Winslet, laureatka Oscara za rolę w „Lektorze”) oraz Michael (nominowany do Oscara za musical „Chicago” John C. Reilly) i Penelope (Jodie Foster, zdobywczyni Oscarów za wirtuozerskie kreacje w „Oskarżonych” i „Milczeniu owiec”). Zdawałoby się, że wszystko je łączy. Nienaganne maniery, wysoki standard życia i satysfakcja z uczących się w najlepszych szkołach dzieci. Wszyscy czworo mogą uważać się za elitę amerykańskiej socjety. Kiedy ich dzieci wszczynają bójkę, na pozór niewinne spotkanie rodziców, zorganizowane celem wyjaśnienia sprawy, przerodzi się w lawinę potyczek i wzajemnych złośliwości. W tym piekielnie zabawnym pojedynku stawką będzie dobre imię i status każdego z uczestników. Nic zatem dziwnego, że wytrawni przeciwnicy dopuszczą się ciosów poniżej pasa. Wkrótce wyjdą na jaw głęboko skrywane tajemnice, a gdy więzy małżeńskie ulegną zaskakującemu rozluźnieniu, okaże się, że w nowoczesnym związku wszystkie chwyty są dozwolone... (Opis dystrybutora)

Obsada:

Zwiastun:

Polański w formie. Świetny, niepozbawiony humoru psychofilm. Widać, że to ekranizacja sztuki teatralnej, ale to nie przeszkadza. Brakowało mi tylko jakiegoś sensownego zakończenia.

Najbardziej lubię gdy film mnie zaskakuje. Najłatwiejszą oczywiście ku temu drogą jest nie czytać recenzji, nie wchodzić na filmaster :) i nie oglądać zwiastunów. Tak również zrobiłem w tym przypadku. Dowiedziałem się jedynie tyle, że to Polański i że to komedia. Cudownie :) Prócz tego, że uśmiałem się jak bober (wybacz Pawle) jestem zachwycony trafnością obserwacji autora, wspaniałą, czasem groteskową grą aktorską i niesamowitymi dialogami. Pięknem tego filmu jest jak każda z postaci się miota w walce między swoimi warstwami (tą która prezentują innym, tą jak siebie widzą i tą jacy są na prawdę) taplając się w nieposkromionych odmętach żenady. Zaczyna się (uwaga przemądrzałe zdanie) wczesnym Allenem o kończy... subtelniejszą wersją Pythona :) A tak na prawdę czymś co ciężko mi z czymkolwiek porównać.
Podsumowując: film rewelacyjny, szczególnie dla ludzi z "bagażem", utrzymuje widza ciągle na granicy skrajnego rozśmieszenia a potwornego zawstydzenia.
Pani Dulska oglądając by umarła...

Rewelacyjny film. Reza jest świetna, a Polańskiemu udało się genialnie zrobić psychologiczne kino z napięciem nieopadającym ani na moment. I świetnie dobrał aktorów!

No to ja ponarzekam. Nie taka "Rzeź" dobra jak ją malują. Oczywiście, do reżyserii i aktorstwa trudno się przyczepić, ale moim zdaniem szwankuje materiał wyjściowy. Cała historia jest niestety bardzo przewidywalna; brakuje w niej napięcia, od początku wiadomo do czego zmierza. Jest również grubo przerysowana (scena z torebką koszmarna). Ponadto główny element nakręcający w filmie napięcie, czyli nieustanne rozmowy telefoniczne Alana (Christoph Waltz), jest mocno naciągany, bo trudno zrozumieć, dlaczego nie wychodzi on po prostu porozmawiać do drugiego pokoju (w teatrze to ma uzasadnienie, ale w filmie nie bardzo). Nie zrozumcie mnie źle, oglądało się to dość dobrze (tak na 6-7), ale nie da się ukryć, że to jeden z najsłabszych filmów Polańskiego jaki widziałem.

Bo ja wiem czy tak malują? Na ile sobie przypominam recenzje są raczej umiarkowane.
Mam wrażenie, że tej torebki nawet Winslet nie potrafiła "ograć" - wypadła w tej scenie dość sztucznie. Za to wyraz twarzy Alana w scenie z topieniem komórki - bezcenny.

No może się za bardzo zasugerowałem peanami lamijki. Scena z komórką zdecydowanie lepiej zagrana (może też dlatego, że po prostu bardziej realna), aczkolwiek również przeszarżowana.

A Twoja ocena?

Biorąc pod uwagę ogólną postawę Alana, byłabym zdziwiona, gdyby raczył wychodzić z rozmowami na zewnątrz. Nie zliczę, ile razy zaliczyłam sytuację, w której student odbierał w czytelni telefon i zaczynał gadać w najlepsze, a gdy zwracano mu uwagę, jeszcze się oburzał. Ba, parę razy byłam świadkiem podobnych zachowań w sali kinowej, w trakcie seansu. Bezczelność jest w modzie. W moim odczuciu Alan prezentuje identyczny stosunek do konwenansów co do tematu dyskusji.

No nie, przez przesady. Nie co parę minut, nie przez cały film i nie w środku bardzo emocjonalnych dyskusji. Jestem w stanie zrozumieć te sceny i ich rolę w filmie, pod warunkiem, że uznamy "Rzeź" za slapstikową komedię, w której humor oparty jest na graniu w kółko tym samym motywem. W takim przypadku nie mam pytań.

Dla kogo te dyskusje były emocjonalne, dla tego były, ale raczej nie dla Alana. Naprawdę nie spotykasz takich nonszalanckich ludzi? Zazdroszczę. :)

Tak, spotykam, a po 30 minutach zawsze siadają na podłodze i zamieniają się w płaczliwe beksy. Klasyka ;)

Miej na uwadze powód rozpaczy. ;) Jest mnóstwo osób, które (niezależnie od stopnia wrażliwości) zareagowałyby identycznie. Ba, sama kiedyś wpadłam w czarną rozpacz, gdy padł mi dysk. Aż mi Mama walerianę zaczęła aplikować.

@Doktor Ocena taka jak Twoja. W filmach jednomieszkaniowych, a nawet jednopokojowych, lepszy jest jednak Hitchcock. :) Napięcia w ogóle nie poczułam, bo od początku było mniej więcej widać, gdzie są punkty zapalne, a i wątek farmaceutyczny po prostu musiał się rozwinąć w tym kierunku, w którym się rozwinął.

Najlepsze mielenie jęzorem w czterech ścianach od czasu "Dwunastu gniewnych ludzi". Popisowe aktorstwo wszystkich, a mój faworyt to Hans Landa. Tylko czemu do cholery nie trwał dłużej, chociaż z pół godzinki.

Jeśli Polański naprawdę chciał dać prztyczka w nos porządnym, cywilizowanym ludziom, którzy jeszcze nie tak dawno zamknęli go w domowym areszcie i straszyli ekstradycją, mógł wybrać sobie jakiś ciekawszy i bardziej "filmowy" materiał niż sztuka Rezy. Ostatecznie otrzymujemy nie obiecaną rzeź, a tylko histeryczną ustawkę odzierającą uczestników z powierzchownej uprzejmości, z umiarkowanie atrakcyjną puentą. Wszyscy aktorzy grają świetnie, choć raczej w jaskrawej tonacji (miło było znów zobaczyć Waltza, zwłaszcza w roli takiego buca). Można obejrzeć, ale omdlenia nie będzie.

Mnie troszkę rozbawiła też ironia tej sytuacji. Polański poucza innych, że nie należy pouczać innych ;)

Szczerze mówiąc, ja jestem fanką tej sztuki, bo strasznie celnie obnaża hipokryzję współczesnej klasy średniej (właściwie pod każdą szerokością geograficzną). Ale jest to klasyczna sztuka teatralna - materiał stworzoną z myślą o czterech aktorach i bardzo ograniczonej przestrzeni scenicznej. To się niestety w tym filmie czuje i w związku z tym, staje się on w sumie taką błahostką. O cywilizowanym świecie Polański pewnie jeszcze powie w bardziej efektowny sposób, a przynajmniej powinien.

Ale surowa ocena. Ja bym tam poważnie tego filmu nie odbierał jako jakaś zemsta za areszt. Dla mnie to przede wszystkim duża dawka dobrego humoru i ironii. A jak pointa na koniec! :). Ostatnie ujęcie wręcz genialne dla mnie.

umbrin, też mi zaskakująca puenta, raczej dość oczywista.
Cały ten film niestety jest bardzo oczywisty, gra non-stop oczywistościami, nie wiem, jak wypada ta sztuka na scenie, ale film jest błahy. Ogląda się ok, ale to wszystko.
A Polański akurat moim zdaniem zdecydowanie nie powinien (choćby nawet w zakamuflowany sposób) wypowiadać się w swojej sprawie i próbować relatywizować było nie było gwałtu na dziecku. Na ten temat to niech on lepiej milczy.

Przepraszam, że mi się ten film spodobał. Ja tam żadnego kamuflażu nie znalazłem i nie szukałbym drugiego dna na siłę.

Tzn. żeby nie było - moja ocena jest oceną za film, a nie za okoliczności pozafilmowe i stosunek Polańskiego do nich. Film uważam za dość dobry i stąd 6.

Natomiast umbrin, osobną kwestią jest to, że naprawdę nie trzeba "na siłę" szukać drugiego dna. Ono jest bardzo widoczne. Polański sugeruje wyraźnie, żeby się od niego odpieprzyć, bo przecież Samantha Geimer mu wybaczyła, a poza tym oskarżyciele sami nie są bez winy itp. Ta finałowa scena, o której piszesz, właśnie do tego nawiązuje; w sztuce jej zdaje się nie ma.

Trudno jednoznacznie stwierdzić.
Z innej beczki to mnie przez cały seans dziwiło jak udało mu się nakręcić film w Nowym Jorku. Co prawda 99% filmu rozgrywa się w jednym mieszkaniu, ale i tak musiał kręcić bez rozgłosu.

@umbrin jeśli wierzyć IMDB, Polański nakręcił ten film w Paryżu (w tym zapewne większość w studio) i tylko udaje, że to Nowy Jork. ;)

Wątpię. Żaluzje odsłonięte. Przez cały czas widać za oknami mieszkania nowojorskie budynki. W jednej ze scen nawet prawie wyglądają przez okno na pociąg. Musiałyby być zastosowane genialne efekty specjalne.

Gdyby kręcił w NY, siedziałby dziś w więzieniu.

A czy nie było przypadkiem tak, że część zdjęć ekipa kręciła bez niego, a on to nadzorował tylko zdalnie? Coś mi takiego świta...

Trzeba poszukać zdjęć z planu to się wyjaśni.

Nie kręcił w USA. Dajcie wy wszyscy spokój z tymi polańskimi demonstracjami przeciw amerykańskim egzekutorom. Wystarczy, że oni sami tak to widzą. Odnoszę wrażenie, że cokolwiek by nie nakręcił, to i tak większość by to z tym łączyła. A on robi swoje i już.

Dajcie wy wszyscy spokój z tym zamykaniem oczu na oczywiste oczywistości. Odnoszę wrażenie, że nawet gdyby pobite dziecko nazywało się Samantha, a chłopiec które je pobił Roman, to większość i tak by tego z niczym nie połączyła.

Ok, nie da się ukryć, że to jest ważne. Ale nie najważniejsze. Już sobie wyobrażam jak Polański w szatańskim planie to rozpisywał: nażarłaś się niedobrego ciasta? to teraz żygniesz, za ten pieprzony amerykański wymiar sprawiedliwości, dobrze ci tak! Medialna krucjata.

Wcale nie twierdzę, że najważniejsze. Nie brałem tego pod uwagę przy ocenianiu filmu (o czym zresztą wyżej piszę). Ale jasnym jest, że Polański nie wybrał tej akurat sztuki zupełnie przypadkowo, szczególnie że siedział akurat wtedy w szwajcarskim areszcie domowym.

Zauważyłem. Chodzi mi przede wszystkim o to, że w mediach zaczyna się i kończy ocenianie tego filmu właśnie od tego. I mam na myśli ośrodki, które jednak aspirują do czegoś ambitniejszgo niż tabloid. W ogóle jeśli cała ta sytuacja byłaby ukartowana, to jej twórcy należałaby się palma marketingowego króla: aresztowanie przy Autorze widmo i teraz odpowiedź na areszt przy Rzezi są silniejsze od reklam.

już myślałem, że nie będzie, ale doczytałem do końca i jest, nie pominęli brzozy smoleńskiej ziemi. W takim razie powinienem się przerzucić na pole moich ulubionych interpretacji związanych z imperialistycznymi dążeniami USA i wojny totalnej :P

Całkiem niezłe są komentarze pod tym tekstem. Chyba zacznę uważniej śledzić recenzje filmowe na tym portalu ;)

Fantastyczne. Nabieram ochoty, żeby samej coś takiego napisać, tylko jeszcze nie wiem o czym.

BTW całkiem zabawna jest polityczna majmurkowa recenzja "Jak zostać królem" (http://www.krytykapolityczna.pl/JakubMajmurek/Krolewskaoperetkanajedensezon/menuid-412.html). Z pewnością się zrozumiecie, bo on też nie cierpi tego filmu ;)

Bardzo fajna Esme, dzięki, mimo że troszkę odbiegająca od tematu. Ale ujął mnie zdaniem:
trudno poważnie traktować postać, której największym życiowym osiągnięciem – mającym dowodzić jej historycznej wielkości i tytułu do korony – jest poprawne odczytanie przed radiowym mikrofonem kilku napisanych przez kogoś innego kartek papieru
Trudno się nie zgodzić :)

Phi - żadne wielkie halo, jak dla mnie ;P

Ale ubaw! (dot. recenzji smoleńskiej)

IMO bardziej straszno niż śmieszno. Czy wszystkie teksty w GP są takie?

Raczej na pewno w Paryżu, no chyba, że w przerwie między kręceniem filmów, dogadał się z jakimś Japończykiem, zrobił incepcje w głowie jego najgorszego wroga, a ten w zamian załatwił sprawę z listem gończym.

Swietne dialogi, dobre zdjecia, perfekcyjna gra Jodie Foster i Kate Winslet. Duzo mocnych stron, bardzo malo slabych.

Podobało mi się, choć nie da się ukryć, że film obiecuje więcej, niż ostatecznie dostarcza. Liczyłem na to, że z tego portretu pod tytułem "co w nas siedzi" wyniknie coś więcej, a niestety ostatecznie tak się nie dzieje. Można argumentować, że bohaterom jest potrzebny alkohol, żeby ostatecznie obnażyć ich prawdziwe ja, lecz uważam, że sprowadza to finał do niepotrzebnej histerii. Bez alkoholu byłoby równie pierwotnie, ale ciekawiej. Niemniej ogląda się to z dużą przyjemnością - raczej dla konkretnych błyskotliwych perełek dialogu niż dla całości. Ale to nic. Film ma wartość, choć mógłby mieć większą.

Z dużej chmury mały deszcz. tekstu nie uratowało świetne aktorstwo (podejrzewam, że w teatrze "Boga mordu" oglądałoby się lepiej) i znakomita realizacja. Jakieś to było mało ważne, ot godzina dialogów, lepiej zostać w domu i jeszcze raz obejrzeć "Kto się boi Virginii Woolf?".

Film wart zobaczenia z kilku powodów (uwaga, spoilery):
- Christoph Waltz jedzący szarlotkę,
- Kate Winslet wymiotująca szarlotkę,
- John C. Reilly podający szarlotkę,
- Jodie Foster opowiadająca o przyrządzaniu szarlotki.

Wszystko to (i więcej) w nieprzydługim, lekkim filmie.

Innymi słowy film o szarlotce :P

Nie, to taka recenzja-teaser. ;)

Dodam do podobnych American Pie :)

Dla mnie Waltz w tym filmie jest najlepszy. Sposób w jaki zamawia kolejnego kielicha bezcenny. Jak ktoś zachwycił się nim w Bękartach wojny, powinien chociażby dla niego obejrzeć Rzeź.

I cóż, że temat zgrany, ale jak pięknie opowiedziany, Mistrzu serwuje to, co w jego utworach miejskich jest standardem: zło, sadyzm i podglądającego sąsiad z psem. Można nawet ukuć powiedzenie: "poznaj opinie sąsiada swego po psie jego".
Mamy świetne aktorstwo, kreatywne podejście do tematu,ścieranie się instynktu życia z instynktem śmierci i rollercoaster akcji.
Brakowało mi tylko wpadającego w końcówce Jokera, który wypowiadał by wiekopomne przesłanie: "ich zasady, ich moralność to tylko słaby żart".

Warto dodać, że ten podglądający sąsiad z psem to zdaje się Mistrz we własnej osobie.

Mi się zawsze zdawało, ze to "mały Inny"(terminologia Lacan),,spojrzenie kontroli społecznej. Ten pies nakręcił mi taka interpretacje.

To nie on.

Ja się nie przyjrzałem na tyle uważnie, żeby to samodzielnie stwierdzić, ale imdb podaje taką informację: http://www.imdb.com/title/tt1692486/trivia

Zastanawia też fakt, że na pełnej liście aktorów nazwisko aktora grającego tego sąsiada nie jest podane, co uwiarygadnia hipotezę, że to Polański.

To nie on. Za to jeden z chłopaków to jego syn. A dokładnie Zacharego.

Genialne kreacje aktorskie!
Prosta, z pozoru zupełnie zwyczajna sytuacja została poruszona w ironiczno-prześmiewczy sposób, odzierając bohaterów z masek konwenansów.
Nie można powstrzymać się od śmiechu!

Film ogląda się przyjemnie, aczkolwiek do geniuszu mu daleko. Zapraszam do zapoznania się z recenzją filmu na blogu Bez Popcornu:

http://bezpopcornu.wordpress.com/2012/01/29/rzez/

Oglądając, czułam się jak w teatrze, nie w kinie. Znakomita gra aktorska i błyskotliwy scenariusz.

Przede wszystkim świetnie napisane, doskonale też zagrane (Kate Winslet :-*). Na pewno wrócę do tego filmu, bardzo mocne 8,5.

Uśmiałem się i zaskoczyło mnie prędkie zaskoczenie. Ja z seansu wyszedłem zadowolony, towarzystwo niekoniecznie :> .

Ani nadmiernie śmiesznie, ani szczególnie strasznie. Można by wręcz powiedzieć, że smutno trochę. (Już nie tak) nowa komedia Polańskiego nie zachwyca. Poza rewelacyjnym Christopherem Waltzem, aktorstwo sprawia wrażenie sztucznego, a akcja nie porywa. Momenty zabawne przeplatają się z długimi fragmentami, w których zabrakło "czegoś".

Dla (małego) usprawiedliwienia - wcześniej miałem okazję oglądać "Boga Mordu" w wersji teatralnej (bardoz udanej), co nieodwracanie spaczyło moją ocenę, mocno podnosząć poprzeczkę adaptacji filmowej. Na tyle mocno, że w moich oczach nie dała rady :)

Zanim obejrzałam film usłyszałam kilka dobrych opinii na jego temat i tylko jedną złą. Moja znajoma powiedziała, że jej to nie bawiło, chyba dlatego, że nie ma dzieci. Nie sądziłam, że po obejrzeniu „Rzezi” również stwierdzę, że „mnie to nie bawi”. I to nie dlatego, że nie posiadam dzieci.
Nie przypominam sobie, kiedy ostatnio tak wynudziłam się na jakimś filmie.
Najgorszy jest początek, czyli jakieś pierwsze pół godziny (biorąc pod uwagę fakt, że całość trwa ok. 1h 15 min nie wróży to dobrze). Ciągłe wałkowanie tego samego tematu było dla mnie irytujące. Później udało się zbudować jakieś napięcie, można by nawet wybrać kilka perełek, jeśli chodzi o dialogi. Jednak i tak film nie powalił mnie na kolana i do mistrzowskiego filmu „dialogowego”, jakim niewątpliwie jest „Dwunastu gniewnych ludzi”, nie dorasta.
To, co ratuje ten film, to z pewnością fantastyczna gra aktorska. Cała czwórka spisała się świetnie, szkoda, że całość wypada niezbyt dobrze.

Chyba nie lubisz Polańskiego. Milczenie w jego filmach to czysta rozkosz.

Ja Polańskiego uwielbiam, a mimo to "Rzeź" mnie nie zachwyciła.

W Rzezi jest jakieś milczenie? Wydawało mi się, że cały czas rozmawiają.

To moje moje snobistyczne odczucie co do pierwszej i ostatniej sceny.

A, no tak, ale nie sądzę, żeby akurat tych scen czepiała się Audrey.

Oklaski dla Polańskiego za dobór kadry. Celebrowałam grę aktorską tej zacnej czwórki. A sama fabuła.. cóż.. przezabawne obnażenie różnic płciowych, małżeńskich, poglądowych, charakterologicznych, społecznych w ogóle. To też jeden z tych filmów, na które chodzić się powinno przynajmniej w parze.

O filmie jest już dużo opinii, w mojej odniosę się tylko do kilku powracających kwestii.
1. Nie wiem, czemu ten film określa się mianem komedii, dla mnie to komediodramat, z naciskiem na dramat. Na pewno nie użyłabym określenia "przezabawny".
2. Na mnie aktorstwo sprawia wrażenie realistycznego. Zwłaszcza na początku filmu, kiedy świetnie daje się odczuć atmosferę wymuszonej ugodowości, rozdrażnienie towarzyszące sytuacji, gdy ktoś chce jak najszybciej skończyć spotkanie a "zawodnik tej samej drużyny" niweczy okazje itd. a Jodie Foster ma każdy mięsień napięty jak guma w procy.
3. Ja mam poczucie, że mimo teatralności scenariusza Polańskiemu wykorzystuje także elementy języka filmowego. Rozmieszczenie bohaterów względem siebie w poszczególnych scenach i punkt widzenia kamery tworzył w moim odczuciu dodatkową warstwę filmu, ale muszę obejrzeć jeszcze raz, żeby dokładniej to przestudiować.
4. Z nikogo się nie śmieję. Najwyżej z szarlotki.

Film rzeczywiście bardzo dobry. Jest podobny do francuskiego teatru telewizji pt.: "Napis"- również niby liberalne pary, tyle ze we francuskiej kamienicy w dzielnicy bez skazy. Polecam!

Osobiście znam kilka osób, które poczułyby się osobiście głęboko dotknięte tym filmem - optymistycznie zakładając, że udałoby się im znaleźć wystarczająco dużo dystansu by się w nim odnaleźć. I to chyba najlepsza możliwa rekomendacja.

Przygotujcie się jednak, na frustrujący początek. Nim rzeczywistość zaczęła wychodzić spod pozłotki, zdarzyło mi się zgrzytać zębami od tylko lekko przerysowanej współczesnej obłudy.

Świetnie zagrane, ale mimo że pewnie celowo takie wyrwane z kontekstu, to jednak byłam zaskoczona, że to już koniec i że taki nijaki:) ...choć w sumie, jak się zastanowić, to lepszego nie trzeba.

+1 gwiazdka za rzygającą Winslet.

patrycja76
Nietutejszy
MRZVA
Ajdaho
bartje
avrewska
Konfucjusz70
zur887
GARN
AgaL