Atlas chmur (2012)

Cloud Atlas

Imponująca rozmachem ekranizacja, której podjęli się mistrzowie współczesnego kina: Tom Tykwer oraz Andy i Lana Wachowski, łączy europejską wrażliwość w ukazywaniu zmagań jednostki z niezgłębioną zagadką losu i życia we wszechświecie z hollywoodzką sprawnością, najnowocześniejszymi efektami specjalnymi oraz przełomowymi osiągnięciami w charakteryzacji. W filmie śledzimy losy postaci z różnych epok i zakątków świata, których najbardziej błahe decyzje i czyny mają daleko idący wpływ na teraźniejszość, przyszłość, a nawet przeszłość naszej planety. Tajemnica, romans i akcja splatają się w dynamicznej fabule, która pokazuje jak jedna dusza może ewoluować z zabójcy w bohatera, a pojedynczy gest życzliwości rozbrzmiewać echem w dalekiej przyszłości i stać się zalążkiem rewolucji. (Opis dystrybutora)

Obsada:

Pełna obsada

Zwiastun:

Wachowscy mają wszystko, co trzeba, żeby nakręcić arcydzieło na miarę "Łowcy Androidów". I gdyby "Cloud atlas" był ekranizacją którejś książki Dukaja, Lema albo czegoś z Nowej Fali SF, miłośnicy fantastyki dostaliby wreszcie to, czego nie zapewnił im "Prometeusz". Niestety. Film jest przepiękny, genialnie zmontowany (6 przeplatających się wątków!), dość wciągający a tu i ówdzie również godny zapamiętania (moje ulubione epizody to opowieść o starym wydawcy i historia młodego kompozytora). Ale jak pojedzie swoją hiperpodniosłą ideologią, to już bolą wszystkie zęby. Chociaż nie ukrywam, że podoba mi się konsekwencja, z jaką ex-bracia tę ideologię wcielają w życie, przydzielając swym aktorom wiele ról, czasem niezgodnych z ich płcią i rasą. Najbardziej martwi mnie to, że "Atlas" robi finansową klapę, i nawet gdyby Wachowscy zdecydowali się zainwestować swoje wybitne umiejętności w coś bardziej interesującego, pewnie już nigdy nie dostaną tyle kasy, żeby móc je wykorzystać w pełni.

Obejrzałem. I w sumie mimo, że ciężko powiedzieć o czym jest ten film a raczej sześć filmów (wtedy łatwiej) to jakoś mi się tak dziwnie podobało. Dla mnie trochę za bardzo rozwleczony, aczkolwiek tylko raz pojawiła mi się myśl "skończ się wreszcie'.

Myślę, że ten film niesłusznie dostał taki łomot. Może i jest odrobinkę za długi, ale technicznie jest ekstra, poza tym widać, że to był projekt autorski i pewnym sensie ambitny, a to w holiłud nieczęste.

Lepiej się nie zastanawiać o czym był "Atlas chmur", bo to się źle kończy i można sobie tylko przyjemne wspomnienia zepsuć :)

Wyjąwszy reinkarnacyjne mambo-dżambo, jest bardzo zacnie. Rewelacyjny montaż, fenomenalny dźwięk (must-hear, obowiązkowo w kinie!)

Pompatyczny? Jasne. Naiwny? Jeszcze jak. Pop-filozofia? Oczywiście. Co z tego skoro rodzeństwo Wachowskich wraz z Tomem Tykwerem wytrąca wszystkie racjonalne argumenty z ręki. To czysta filmowa przygoda, w sześciu różnych odmianach. Trzy godziny mijają jak z bicza strzelił. Nie da się na "Atlasie chmur" nudzić, gdyż przeplatające się wątki utrzymane w odmiennych konwencjach i osadzone w różnym czasie wprost bombardują wrażeniami. Wygląda mi na najlepszy blockbuster roku.

No dobra. Przekonałeś mnie. Spróbuję się wybrać na to do kina.

Na niektórych epizodach doskonale da się nudzić. Historia dziennikarki jest tak zgrana w setkach różnych filmów, że dowolnie duża dawka dobrej woli nie wystarczy, by się na niej dobrze bawić. Opowieść o umierającym człowieku na żaglowcu też nie powala.

@esme Ten wątek dziennikarki bardzo mi się podobał. Dużo lepsza stylizacja na lata 70 niż chociażby w "Operacji Argo". Dobry klimat, napięcie. Jasne, że wtórne, ale co w tym filmie nie było? Nawet staruszkowie są niemal żywcem wyjęci z hiszpańskiego "Arrugas". Chyba nie w oryginalnym doborze tematów tkwi siła "Atlasu chmur", ale na tym jak zderza ze sobą historię używając do tego tych samych aktorów. Taka zabawa filmowymi klockami w układanie jak najbardziej odmiennych segmentów używając podobnych elementów. I to miałem na myśli mówiąc, że się nie da nudzić, bo tak naprawdę to nie sposób być obojętnym wobec całości. Wachowscy i Tykwer pokazują tyle wariantów przygody, że trzeba być za pan brat z królową śniegu żeby to w ogóle nie ruszyło.

@inheracil ja się tak tylko czepiam, ogólnie rzecz biorąc podobało mi się. Wachowscy potwierdzają swoją wybitnie wysoką klasę jako realizatorzy i niespecjalnie wysoką jako intelektualiści. Ogromnie podobały mi się luźne powiązania między epizodami, np. film o staruszku oglądany przez fabrykanta w przyszłości. To bardzo wdzięczne. Po prostu uważam, że niektóre części wyszły lepiej niż inne, nawet pomijając kwestie oryginalności samej historii.

Fakt, że im się to wszystko nie rozleciało i jednak stanowi jakąś całość już zasługuje na uznanie.

Chociaż nie da się ukryć, że to dobry worek treningowy dla krytyków, łatwo można się powyzłośliwiać. Nie dziwota, że Time uznał "Atlas chmur" za najgorszy film :)

Tego ja nie rozumiem. Naprawdę widziałam w tym roku trochę dużo gorszych rzeczy, na których zresztą bawiłam się jak dziecko. :)

Hm... nie no... jak Ty tak piszesz, to ja może się wybiorę. Lubię i Tykwera, i Wachowskich, i filozofię w wydaniach różnorakich!

@lamijka @nevamarja Nie chcę żebyście się zawiodły, więc powiem wprost. To co piszę jest skrajnie subiektywne. Zdaję sobie sprawę, że film nie broni się intelektualnie, ale to jeden z coraz rzadszych przypadków gdy kino potrafiło mnie zredukować do wzroku i słuchu. I nie zastanawiać się, tylko oglądać.

Dobra, dobra...

Obejrzałem. I w sumie mimo, że ciężko powiedzieć o czym jest ten film a raczej sześć filmów (wtedy łatwiej) to jakoś mi się tak dziwnie podobało. Dla mnie trochę za bardzo rozwleczony, aczkolwiek tylko raz pojawiła mi się myśl "skończ się wreszcie'. W sumie polecałbym obejrzeć, jako ciekawostkę, coś czego jeszcze nie było w kinie (było łącznie dwóch, trzech historii, ale sześciu jeszcze nie :D).

Obejrzyj Rękopis znaleziony w Saragossie Wojciecha Hasa. Mój ulubiony film. Tam jest więcej i lepiej. Nasz rodak to prekursor tego typu kina. Atlas chmur nie dorasta mu do pięt.

Tragedia, porażka i kompromitacja. Stężenie kiczu i banału w ostatnim kwadransie przekroczyło standardy unijne, a w całym filmie osiągnęło poziom zdolny wysadzić Hollywood w stratosferę.

Fajna bajeczka. :)

Wyjątkowo głupi amerykański film. Nawet dobrzy aktorzy jak Grant czy Hanks nie uratowali tego filmu. Niemniej kto lubi telenowele i wzruszające sceny niczym z filmów o 9.11 na pewno nie będzie rozczarowany. Pompa kiczu, wzruszenia, łez i podniosłości + "zabili go i uciekł". Jeśli to lubisz ten film jest dla Ciebie.

Taki new-New Age, na miarę czasu/ów. Może i warstwa ideowa i filozoficzna płytka, chociaż ja bym raczej nazwała te rzeczy oczywistościami, ale co z tego, że płytkie, czy oczywiste, skoro jak zawsze przede wszystkim Kasandryczne? W ścisłym tego słowa znaczeniu, słuchaj dzieweczko - ona nie słucha.
Prawie prawie można nawet uwierzyć w to wszystko ;) A film ładny, ładnie zrobiony, z rozmachem, ale wiarygodnie i tak też opowiedziane wszystko. Jeśli chodzi o zarzuty, to więcej kiczu widzę w częściej, niż co drugim zakończeniu domontowywanym na siłę do więcej, niż co drugiego niekoniecznie amerykańskiego filmu.
Bajka-nie bajka, ale dodająca otuchy ...może paradoksalnie.

No cóż. Jak się opanuje sztukę zaciskania zębów w momentach gdy z offu płyną te wszystkie mądrości (które mniej delikatnie można po prostu nazwać pierdoleniem), to dostajemy całkiem porządny fillm, wciągający i świetnie zrobiony (no może pomijając muzę).

pierdoleniem - ładnie napisane

Idealny przykład filmu gdzie tandetna ścieżka dźwiękowa może nadać filmowi silny ton banału i go zrujnować.

Dno dna ekranizacyjnego. Kupcie książkę.

Poprawne, ale nic poza tym. Scenariusz przewidywalny, sporo naciąganych scen i trochę nudno było.

Chyba zmieniłeś zdanie od czasu napisania tej recki? :)

Może po pijoku albo jakiś żarcik ironiczny. Nie pamiętam.

Gniot?

Arcydzieło?

W Tygodniku kulturalnym ujęto to bardzo zwięźle: kiczowisko.

Tak.

3 godziny świetnej zabawy, rozmach, epickość i wszystko co niezbędne dla wybitnego blockbustera. Dobrze, że Wachowscy wzięli do pomocy Tykwera, widać jego rękę.

Czyli trzeba obejrzeć.

Poważnie? Na razie jestem skutecznie odstraszany

przedziwny film. tak naprawdę to jest kino wysokobudżetowe kino artystyczne, z tym, że najważniejszy jest scenariusz a efekty specjalne są tylko środkiem, a nie celem jak w Incepcji u Nolana. dla ludzi lubiących dobry scenariusz i mnogość wątków film idealny.

trzeba mieć też włączony tryb naiwności, jak na każdym blockbusterze.

No to w końcu "kino artystyczne" o "dobrym scenariuszu", czy kino w którym trzeba mieć "włączony tryb naiwności, jak na każdym blockbusterze"? Trochę mi się to kłóci.

naprawdę Ci się kłóci czy tylko chciałeś się przyczepić? Tak światły człowiek jak Ty powinien się domyślić, że taka przedziwna symbioza niesie ze sobą sprzeczności.

Nie chciałem się przyczepić tylko dopytać. Czyli co, to jest dobry scenariusz, pod warunkiem, że się wyłączy myślenie?

zaraz ja będę musiał wyłączyć czytając to wszystko

Intrygujące... zraziłam się do filmu po tym, jak "fani" wywindowali mu ocenę na IMDB, zanim w ogóle trafił do kin. Ale czuję się dość zainteresowana, by zapolować na ten filmik, jak już wyląduje na dvd.

o to to, na dvd, bez pośpiechu

A ja się nie mogę doczekać DVD. :P

nie ma w tej chwili filmu, który wizualnie przebijałby Atlas, więc nie wiem po co czekać na DVD skoro można go mieć w turbo jakości w Multi. Jeśli ktoś wydał hajs na Avatara czy marną Incepcję to w tym przypadku nie powinien się wahać.

Pełna zgoda (oprócz marnej Incepcji). Jak już ktoś chce to oglądać w ogóle, to niech idzie do kina. No chyba że ma w domu blu-ray (NIE DVD) i telewizor full HD na pół ściany.

Podobno Hobbit wizualnie jest niedościgniony. W tym miesiącu premiera, na którą pobiegnę nieogolony. Od 25 grudnia w kinach Helios.

podobno nie jest tak wesoło, we wczorajszej RP pisali, że trochę wygląda jak serial. A ta nowa technika 3d jest mocno niedopracowana i jest dyskomfort podczas oglądania.

Każdy film w 48k/s wygląda jak serial, bo widziałem kilka rzeczy w tym formacie i nie popieram niszczenia mgiełki filmowej. Dlatego w Polsce będzie 24k/s i dobrze. Jak ktoś nie lubi okularów to w 2D też można, co i ja uczynię.

Film, na którym psy wieszają pseudokrytycy filmowi nie potrafiący zrozumieć intelektualnej głębi książki, scenariusza i interpretacji twórców filmu...
Jeden z ciekawszych filmów ostatniej dekady. Jedyny minus - Halle Berry. Niestety po raz kolejny rola przerosła umiejętności...

Domyślam się, że pseudokrytycy to ci, którym nie podoba się Atlas chmur. Definicja prosta i klarowna.

http://kultura.gazeta.pl/kultura/1,114438,12916118,_Atlas_chmur__nie_taki_zly__Krytycy___Moze_porazka_.html

Definiuję ich raczej jako krytyków, którzy byli wypowiadali się na temat filmu sceptycznie zanim jeszcze trafił na ekrany, a teraz podtrzymują swoją opinię chcąc zachować resztki twarzy...

Ja oglądałem ostatni Tygodnik Kulturalny, gdzie o filmie mówiono bardzo dużo. Konstatacja była taka, że poszczególne filmy składające się na ten mega-film są niezłe, ale całość się intelektualnie nie broni i jest na poziomie myśli "Efektu motyla" czy książek Coelho (dla jednych głębokich, a dla innych banalnych). Nie odniosłem wrażenia, żeby ci krytycy mieli jakąkolwiek potrzebę "zachowywania twarzy", po prostu wyrażali swoją opinię. Rozumiem, że się z nią nie zgadzasz, ale to jeszcze nie powód, żeby podważać ich kompetencje.

Tak, w pewnym momencie jest nawet tak, jak gdyby dziewczyna czytała fragment z książki Coelho do kamery.... Ale co dziś nie jest banalne, jaka filozofia i jakie filozofowanie? Nawet starocie się nie bronią, zwłaszcza jeśli puścić je przez popfiltr, a tylko to nam pozostaje, kiedy tylu ludzi i taki magiel jest na świecie. I jak tak to piszę, to zaczynam dostrzegać dodatkowe znaczenie umieszczenia tych "banałów" w filmie, symboliczno-formalne - autotematyczne pudełko w pudełku ;)
Przy tym, nawet jeśli banalny, to czy Coelho bredzi, albo mówi nieprawdę? Nie.

Mam wątpliwości czy cały Wszechświat pomoże mi spełnić moje Marzenia (koniecznie z wielkiej litery) itd.. Zresztą, może i mówi prawdę, dawno go nie czytałem.
To nie jest chyba tak, że filozofia jako taka się zużyła, tylko jej dziedzictwo jest tak bogate, że właściwie nie da się stworzyć idei, której by tam nie było. Coelho daje jakieś złote myśli, porady, ale nie układa się to w żaden spójny system.

Zresztą przywoływanie jego nazwiska w tym kontekście nie jest chyba najwłaściwsze. Jeżeli dobrze pamiętam jego książki, czytane przeze mnie gdy byłem dużo młodszy i dużo głupszy, to w jego naukach tkwi sprzeczność, z jednej strony głosi połączenie wszystkiego ze wszystkim, co jest w zgodzie z filmem Wachowskich, z drugiej zaś skrajny indywidualizm (rzuć wszystko i bądź szczęśliwy). A to już niezbyt pasuje do "Atlasu chmur".

"Atlasowi chmur" samemu w sobie (pod względem intelektualnym) daleko do bycia zajmującym, ale ideowa wolta jaką rodzeństwo Wachowskich zrobiło od czasów Matrixa jest już nieco bardziej interesująca. Przejście od skrajnego indywidualizmu do kolektywizmu. W tym filmie nikt nigdy nie jest sam, właściwie to chyba niemożliwe, zawsze jest częścią społeczności (w ostateczności tej, pozaczasowej, której członkowie są oznaczeni gwiazdką, jeżu, jeżu, jak to brzmi). Nie ma czegoś takiego jak jednostka, a chyba o jej emancypację chodziło w Matrixie.

Może i jest w tym jakaś wolta (jak byś w tym kontekście umieścił "V for vendetta", gdzie jednostka staje się katalizatorem przemian poprzez mobilizowanie społecznej energii?), ale dla mnie ich filmy od początku do końca są raczej o tym, że w człowieku tkwi moc pokonywania narzuconych ograniczeń. Matrix, totalitaryzm, niewolnictwo, bariery kulturowe, czy nawet biologiczne (te 3 ostatnie w obfitości w
"Atlasie") - wszystkie te granice to nic innego jak tylko, no nie wiem, punkt widzenia, który można zmienić prawie od ręki.

Napisałem przed chwilą baaardzo długiego posta, w którym improwizowałem na temat (pseudo?)filozoficznych inspiracji jakich można się doszukać u Wachowskich, ale przeglądarka mi go zjadła, więc streszczę.

Matrix - typowe fin de siecle - po nas tylko maszyny i jednocześnie dziecko małej amerykańskiej belle epoque - liberalizm i indywidualizm.

V jak vendetta - śmierdzi Hobbesem, negatywny pogląd na naturę ludzką, ale wciąż pozostajemy w kręgu myśli zachodniej. Państwo jako istota stworzona z ludzi. Powiedzmy, że to faza przejściowa, gdyż bunt ma miejsce i jest uznany za słuszny. Twórcy pozwalają głównemu bohaterowi zniszczyć zastaną społeczność, ale jednocześnie pojawia się następna (zbiorowe sceny w maskach).

Atlas chmur - zmiana klimatu. Myślowo polecieli na wschód i ta zabawa z rozsmarowywaniem tych samych postaci przez stulecia nie jest tylko po to by się pobawić charakteryzacją. Jednostka niczym, nie jesteśmy sami itd.. Dość daleko posunięta krytyka konsumpcjonizmu (nie bez powodu ideowa rebelia rozpoczyna się w restauracji), który jest konsekwencją rozwoju i idei jakie jeszcze można dostrzec w Matrixie.

Co do pokonywania ograniczeń to w wypadku Matrixa oczywiście muszę się zgodzić, ale już w "V..." jest jakiś determinizm, bohater jest wręcz stworzony do zniszczenia systemu. Atlas chmur jest raczej o trwaniu, byciu, mimo że to dziwne niż o jakiejś walce.

To by wyjaśniało, dlaczego "Atlas" zrobił klapę w Stanach. Too commie :)

Może inaczej to ujmę. Jeśli głównym tematem "Atlasu" jest wspólne trwanie, to przy okazji Wachowscy podkreślają i to, że w tym wspólnym trwaniu wszyscy jesteśmy równi. Wszelkie społeczne tabu i bariery, z których rodzi się jakakolwiek forma dyskryminacji, to niesprawiedliwość. Dwoje głównych bohaterów (prawnik na żaglowcu i fabrykantka) w trakcie swoich epizodów staje się głosicielami wyzwolenia ciemiężonej kasty. Geniusz kolejnego z bohaterów nie ma szansy rozkwitnąć, ponieważ jest on homoseksualistą. No, i każde pojawienia się Hugo Weavinga reprezentuje jakąś formę opresji, której trzeba się przeciwstawić. To nie jest może główny temat filmu, ale czegoś wydał mi się ciekawszy niż rozsmarowywanie. Może dlatego, że jest mniej oczywisty.

No dobrze, a Neo to nie był stworzony, by zniszczyć Matrix? Miał nawet mniejsze pole manewru niż V, bo on był Wybrańcem i miał do spełnienia określoną rolę w dziejach wojny maszyn z ludźmi, a V był tylko samotnym desperatem.

Jeszcze co do "V" - zawsze najciekawsze wydaje mi się to, co dany reżyser dodał od siebie do adaptowanego tekstu. Wachowscy dodali tłum w maskach. W komiksie V rozmontował system samodzielnie. W filmie wzywa ludzi, by zrobili to razem z nim, choć oczywiście to on wykonuje większość pracy.

Co do Neo to powinienem dyskretnie o nim nie wspominać, bom nie widział drugiej i trzeciej części. Na potrzeby tej rozmowy to chyba i tak nie jest istotne, bo miał wybór. Nici byłyby z wybrańca gdyby nie wziął pastylki odpowiedniego koloru ;) V zbyt wielkiego wyboru nie miał. Te zmiany w scenariuszu "...vendetty" to raczej woda na mój młyn, potwierdzenie, że u Wachowskich zaszła światopoglądowa przemiana, a rzeczony film to faza pośrednia pomiędzy skrajnościami.

Co do Weavinga to nie wygląda mi on na głównego złego (chociaż nim jest :P), ale na pewien typ osobowości. Promowany przez daną wersję systemu ze względu na swoje cechy charakteru. Uosobieniem ucisku chyba nie jest. Dla mnie interesująca w "Atlasie cmur" była koncepcja bohatera, który jest obdarzony pewnymi przymiotami ducha, zaś ciało ma, powiedzmy, z przypadku. To jaką pozycję zajmuje zależy od szczęścia, ale też właśnie od tego szkieletu osobowości. Jedna rzecz u Wachowskich się nie zmieniła, niechętnie odnoszą się do systemu (przepraszam za używanie tego słowa-wytrychu, ale jest dość trafne w tym przypadku), ale coraz bardziej przychylają się do społeczności. Od drużyny (Matrix) przeszli do społeczności, nawet jeżeli łączy ich tylko wspólnota ducha. Zawsze to coś więcej niż wspólne nieszczęście.

Z tym, że "Atlas chmur" jest o niesprawiedliwości się oczywiście zgadzam. Jednak stosunek bohaterów do niej jest dość specyficzny. Wspomniany muzyk nie może się rozwijać zawodowo z różnych innych względów, chociażby hulaszczy tryb życia połączony ze sporą dawką dumy. To jak kończy raczej nie jest efektem społecznego zaszczucia co raczej gestem świadomości kontynuacji istnienia. O tym zresztą jest napisany przez niego utwór. Opór Sonmi jest raczej bierny (przekaz medialny). Rewolucjonistów tam raczej nie było, a nawet jeśli to ich działania do prawdziwego wyzwolenia nie prowadzą. Zauważyłem raczej akceptację nieuchronnego i granie swojej roli do końca. Nawet pozornie niepasująca do takiego odczytania dziennikarka w gruncie rzeczy jest przedstawicielem władzy, tej nieformalnej.

Bo widzisz, ja to się właściwie z Tobą zgadzam. :) "V" odwołuje się zarazem do tradycyjnych motywów superbohaterskich (z natury indywidualistycznych), jak i podkreśla znaczenie współpracy. No, ale nie na darmo ma ten swój tagline "Freedom! Forever!". To F-word jest jednak dla Amerykanów święte i oni lubią "V" raczej za antysystemowość niż prospołeczność.

Weaving - przekonałeś mnie. Nawet lepiej to widać na przykładzie Hanksa, który dostał dwie symetryczne role - jedną w której zdołał wyjść na prostą (człowiek z Doliny) i drugą, w której poddał się pokusie i próbował otruć Sturgessa.

Tylko nie rozumiem, gdzie Ty tu masz ten fatalizm. Kompozytorowi zależało już tylko na skończeniu symfonii, a potem jego życie się skończyło, ale wszyscy pozostali zaangażowali się w jakieś działania mające coś zmienić na lepsze, niezależnie czy chodzi o ujawnienie przekrętów w elektrowni, emancypację czarnych, ucieczkę z domu niewoli :) czy migrację na inną planetę. Apel Sonmi dotyczy przecież tego, że każdy człowiek jest tak samo ważny i ma na celu podkreślenie konieczności traktowania fabrykantów zgodnie z zasadami humanitaryzmu. Unioniści wybrali metody mniej więcej pokojowe, ale ich celem było obalenie zastanego systemu, opartego na wyzysku klonów.

No ale ja w wypowiedziach cytowanych w tym artykule nie widzę jakiegoś szczególnego wieszania psów. Porównanie do "Nietolerancji" to nawet komplement w zasadzie."Atlasowi" zarzuca się głównie to, że perfekcja techniczna nie idzie w parze z ciężarem intelektualnym. To jest jeden konkretny argument, z którym można się nie zgadzać, ale który nie przekreśla całej wartości filmu.

W ogóle filmy Wachowskich takie są na ogół. To są innowatorzy z zakresie formy filmowej, a treść, jak by nie była inspirująca, jest z reguły dość pop-intelektualna. Jak znajdę 3h czasu, chętnie zobaczę "Atlas", ale nie spodziewam się, że mi od niego mózg wybuchnie.

Pierwszy nieirytujacy bullshit movie od lat.

Fakt, jest nieco za bardzo zamotany, a sceny z przyszłości są znacznie ciekawsze od tych historycznych. Nie kupuję też bullshitu związanego z reinkarnacją dusz, etc. Ale trzeźwo oceniając jako blockbuster, bardziej niż daje radę.

patrycja76
Montago
avrewska
Blue2012
Farary
zur887
beznazwybez
kajag
exxxpresja
Fi5heR