Droga na drugą stronę (2011)

Crulic - drumul spre dincolo
Reżyseria: Anca Damian
Scenariusz:

Latem 2007 roku zostaje okradziony znany polski sędzia. Z konta w banku pobrano mu około 500 euro. O to przestępstwo zostaje oskarżony Crulic, 33-letni Rumun. Umieszczony w krakowskim areszcie, natychmiast rozpoczyna strajk głodowy. Chce się spotkać z przedstawicielem konsulatu i zmienić adwokata. Twierdzi, że w czasie, gdy popełniono przestępstwo był we Włoszech. Na początku 2008 roku ze względu na pogarszający się stan zdrowia sąd postanawia go zwolnić. Ale jest za późno. Młody człowiek umiera 16 godzin później. Pełnometrażowy animowany film dokumentalny nakręcony przy użyciu mieszanych technik animacji. (WFF)

Obsada:

Zwiastun:

Animowany dokument to już nie innowacja - pierwszy był Walc z Baszirem. Opowiadanie o niesłusznie oskarżonym emigrancie też specjalnie nie wzrusza - takich historii jest niestety na pęczki. "Droga na drugą stronę" to film z jasnym przesłaniem, ale wyważony i stroniący od populizmu i przez to osiąga swój cel: zwraca uwagę na przypadek Rumuna, który znalazł się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie. Za to szacun.

@michuk @inheracil Muszę przyznać, że do mnie kompletnie nie trafiają argumenty o innowacyjności "Walca z Baszirem". To jest chyba jakaś legenda, sprytnie wymyślona przez dystrybutora, którą wszyscy powtarzają jak mantrę. Nie widzę w tym filmie żadnego wielkiego przełomu. Co to w ogóle niby znaczy "animowany dokument"? W jakim sensie dokument może być animowany, skoro istotą dokumentu jest pokazywanie prawdziwych miejsc i ludzi? W "Walcu.." tego nie ma. W "Walcu.." jest wizja artystyczna, w znacznej mierze fikcyjna, choć oparta na rzeczywistych zdarzeniach. A skoro tak, to jest to fabuła. Owszem, oparta na prawdziwych zdarzeniach, ale jednak fabuła.

"Droga na drugą stronę" jest w znacznie większym stopniu dokumentem, po wykorzystuje prawdziwe zdjęcia, notatki, itp.

Cóż, skoro zostałem wywołany to podnoszę rękawicę ;-)

Niespecjalnie wierzę w prawdę, zwłaszcza w kinie. Stworzenie idealnie przejrzystej narracji jest niemożliwe ale twórcy dokumentów starają się tego dokonać by widz wierzył, że widzi prawdę. Jednak za każdym filmem stoi jakaś wizja autora. To jak się poprowadzi kamerę, jak zmontuje materiał zawsze zależy od twórcy, a ludzie nie patrzą na rzeczywistość obiektywnie. Bez względu na to po której stronie kamery się znajdują. Jeżeli przejmowałbym się klasyfikowaniem to w ogóle bym dokumentu nie wyróżniał.

Czy człowiek narysowany, namalowany, oddany przy pomocy innych technik plastycznych jest mniej prawdziwy od uchwyconego kamerą? Przecież każda sekunda filmu to tylko 24 obrazki. W swej istocie nie jest niczym innym jak ciągiem statycznych zdjęć. Gdzie w takim razie tkwi istota rzeczy? Coś, co pozwoli nam stwierdzić, że rzeczywistość filmu pokrywa się ze światem?

Czy forma odrzucająca przezroczystość dyskwalifikuje dokument? Chyba nie, gdyby Ari Folman wziął kamerę i pojechał do znajomych z wojska to co by to zmieniło? Zamiast 24 namalowanych kadrów mielibyśmy 24 zdjęcia. Zawsze będzie to subiektywne spojrzenie. Zresztą gdyby pojechał na sawannę i przez rok filmował dzikie słonie to po montażu materiału to też byłoby dzikie słonie alla Ari Folman (przepraszam za kulinarne konotacje). "Cesarz" Kapuścińskiego zaliczany jest do literatury faktu, a prezentuje podobnie swobodne podejście do kwestii formalnych (stylizacja na język gawędy, podział na fragmenty). Wiem, że prosta analogia nie ma tu zastosowania, kino jest sztuką audiowizualną. Jednak skoro literaturoznawcy nie wyrzucają twórców formalnie kontrowersyjnych (treściowo też) z szufladki "literatura faktu" to dlaczego nie zastosować takiej pobłażliwości w stosunku do filmów?

Oczywiście cała moja wypowiedź nie ma większego znaczenia, gdyż to tylko kwestia tego jak nazwać półki w księgarni. Dokumenty to dla mnie przykłady lepszych kłamstw, takich, w które widzowie uwierzą.

Właściwie to się zgadzam ze wszystkim co napisałeś, tylko ciągle nie rozumiem, skąd to powszechne głoszenie, że Ari Folman nakręcił pierwszy dokument animowany. Ja widzę w rozwoju kinematografii pewną ciągłość, płynność, nie zauważam, żeby "Walc z Baszirem" był jakimś radykalnym przewrotem, który uzasadniałby nazywanie go pierwszym "animowanym dokumentem".

Co niby miałoby za tym przemawiać? Bo sam fakt, że mówi o prawdziwych (historycznych) zdarzeniach chyba nie. Gdyby to miało być kluczem, to na pewno można znaleźć wiele wcześniejszych animacji o prawdziwych wydarzeniach (nie chce mi się długo nad tym myśleć, więc podam trywialny przykład - serial "Był sobie człowiek").

Oczywiście spieranie się o etykietki, jak piszesz, "nie ma większego znaczenia", ale tak na serio, to w ogóle większość wypowiedzi o filmach nie ma żadnego znaczenia :) Dyskutujemy nie dlatego, że to ma coś zmienić, tylko dlatego, że jest to intelektualna rozrywka :) W tym sensie myślę, że kwestia granic dokumentu, to akurat całkiem ciekawy temat :)

Mi się wydaje, że dokument powinien coś "dokumentować", czyli przedstawiać na coś "dokumenty" - wypowiedzi autentycznych osób, prawdziwe zdjęcia itp. Skoro "Walc z Bashirem" tego nie robi, to chyba dokumentem nie jest. Tak mi się wydaje :)

Wszystkim się wydaje, że jak przestrzegają procedur, to nic nie można im zarzucić. A taka zwykła ludzka troska o innego człowieka to co, nie wchodzi w zakres obowiązków? Dla mnie to nie jest oskarżenie wymierzone w wymiar sprawiedliwości, tylko w ludzką bezduszność.

dcd
dcd
lotta96
emerenc
moch
nevamarja
exellos
mariamcieslak
lapsus
ticket
slur