Zakochany bez pamięci (2004)

Eternal Sunshine of the Spotless Mind
Reżyseria: Michel Gondry

Zakochany bez pamięci opowiada niezwykłą historię Joela (Jim Carrey), którego rzuciła dziewczyna - zadziorna Clementine (Kate Winslet).
Znudzona związkiem Clementine postanawia usunąć ze swego życia wszystko, co kojarzyć się może z Joelem. Nie tylko wyrzuca ze swojego pokoju zdjęcia i pamiątki. Poddaje się również skomplikowanej operacji, podczas której specjaliści (Kirsten Dunst, Elijah Wood, Tom Wilkinson) usuwają z jej mózgu wszystkie wspomnienia o ekschłopaku. Zakochany Joel postanawia zrobić to samo, ale w trakcie zabiegu zmienia zdanie…

Obsada:

Pełna obsada

Zwiastun:

Fabuła jest nieliniowa. Lubię takie, ale tu jakoś mi nie pasowała. Nie znoszę chaosu, a tu jest sam chaos. Ciekawy pomysł, ale film nie dla mnie.

Dla mnie też nie, ale skąd u ciebie taka wysoka ocena? Ja oceniłem niżej.

Jim Carrey w kolejnej dramatycznej roli. Tym razem nowatorskie podejście i ciekawa obsada dały pozytywny wynik.

spodziewałąm się czegoś o wieeele lepszego!

W końcu obejrzałem! Świetne role Carreya i Winslet oraz ciekawy pomysł na film. Podobało mi się

Dobrze, że na film trafiłem pod anglojęzycznym tytułem, bo inaczej odsiałbym go od razu jako komedię romantyczną ;-). Oryginalny i malowniczy romans z motywem SF (hehe) w tle. :-)

...i plakat/okładka DVD przykuwał/a wzrok. :-)

Nietypowy film. Science fiction emocjonalne. Warto obejrzeć ze względu na pomysł i scenariusz (Nie baw się w boga) oraz ze względu na bardzo dobre role w wykonaniu Carrey'a (rzadkość - rola dramatyczna aktora komediowego) i Winslet.

Za bardzo "odleciana" maniera rodem z sennego koszmaru, żeby dało się to spokojnie obejrzeć. Dokładnie to samo nie podobało mi się w "Jak we śnie" tego samego reżysera, więc się z nim nie polubię. Efekty tym razem lepsze, ale mniej klimatyczne, za to nutka melancholii fajniejsza. Film niezły, ale po prostu nie dla mnie.

Ok, pomysł aby opowiedzieć historie dziejąca się w umyśle głównego bohatera nie jest najgorszy...ale litości, ten film to jakaś psychologiczna groteska z elementami science fiction (rety jak to brzmi). Autorzy wyszli chyba z założenia, że widza należy zaskoczyć, albo chociaż zszokować średnio co 30 sekund. Totalnie przekombinowane i co najgorsze pseudointelektualne filmidło.

Mówisz tak bo nie widziałeś Synecdoche, New York :>

Faktycznie nie. No ale teraz nie pozostaje mi nic innego jak to zrobić:)

Jeśli nie lubisz stylu Charliego Kaufmana, to lepiej nie oglądaj Synecdoche... Chyba, że lubisz się umartwiać. Ja uwielbiam Eternal Sunshine..., Adaptację, lubię Być jak John M., podobało mi się Synecdoche, ale odradzam się katować. :-) Nie mam zbyt czystego sumienia, bo nie przepadając za obrazami Francisa Ozona, oglądam jego filmy i jestem za każdym razem tak samo zdziwiona - po co ja to robię? ;-)

Już obejrzałem:) ...i zdecydowanie nie było to umartwianie. To chyba nie jest tak, że nie lubię stylu Kaufmana, bo np. Być jak John M. zapisało się w mojej pamięci bardzo pozytywnie. Myślę,że to problem konkretnego przypadku. Jeśli chodzi o Synecdoche, to bardziej trafiła do mnie konwencja w jakiej ten film zrealizowano, w rezultacie oglądnie ekstremalnych zwrotów akcji - tak, tak michu trafiłeś w dziesiątkę z tym komentarzem – aluzji, metafor składające się na ten film, przychodziło mi z łatwością. Dlatego oceniam ten film pozytywnie. Co do Zakochanego..., to sama idea jest fajna, pojedyncze sceny czy pomysły uważam za bardzo dobre, ale wszystko razem jakoś mi nie gra. Wydaje mi się, że film niezbyt zręcznie balansuje między patosem, a tandetą, tym samym przegrzebując to co w nim wartościowe.

Fajnie, że Synechdoche.. bardziej Ci się podobało . :-)

Jeśli "Zakochany.." balansuje - a prawda! robi to! - to jeszcze nie oznacza, że przekracza... w każdym razie ja to tak pojmuję. Lubię takie balansowanie - kicz a sztuka. Też przeważnie mam mieszane uczucia, ale.. lubię mieć mieszane uczucia. :-) Lubię jak film miesza mi w uczuciach i w głowie. Jak nie zamiesza, to zaraz zapomnę.

Jim Carrey - człowiek, którego role można zobrazować na sinusoidzie, bo raz gra w słabym, często komediowym filmie, by zaraz potem wziąć udział w bardziej ambitnym, zwykle dramatycznym projekcie. "Eternal Sunshine of the Spotless Mind" zalicza się do tej drugiej kategorii, co wszystkich wytrawnych kinomaniaków powinno do niego zachęcić.

Kocham ten film. Jego atmosfera porwała mnie od samego początku. Uwielbiam wszystkie drobne smaczki i efekty specjalne. Jestem pewien, że będę do niego wracał jeszcze nie raz. Carrey jednak potrafi grać!

Oryginalny, magiczny, hipnotyzujący...

Jeden z najbardziej przereklamowanych filmów ostatnich lat. Szkoda, że przyćmił świetne "Science of Sleep".

Tylko 6/10 dla Eternal Sunshine of the Spotless Mind? Masz bęcki w pracy! ;-)

Taki sobie.

coldlime
jumolugig
nikanika
Guma
KataCzy
Zaku
murrayostril
KedzioraFilms
rcz
rcz
Farary