Gerry (2002)

Reżyseria: Gus Van Sant
Scenariusz:

Jest to opowieść o dwójce przyjaciół (Matt Damon i Casey Affleck), którzy w trakcie podróży przez bezkresną pustynię zeszli ze szlaku i zagubili się. Wraz z upływem czasu ich siły i szanse na przeżycie maleją, a przyjaźń zostaje wystawiona na ostateczną próbę.

Obsada:

Zwiastun:

To nie jest film akcji.

Ciekawy, nieudany eksperyment. Ja rozumiem, że można iść przez cały film przez pustynię (Stalker). Ja rozumiem, że w kinie niepotrzebne są dialogi (Koyanosquatsi). Ale... samo to, że jest po prostu nudno nie czyni jeszcze filmu wielkim.

Aż się chce WYJŚĆ z kina. Ale warto zostać.

Właściwie rozumiem tych, którzy ten film krytykują. Sam długo nie łapałem tej historii, trochę mnie nawet męczyła. W końcu uległem, dosłownie zahipnotyzowany ty ciągiem misternie poskładanych obrazów i dźwięków. Oczywiście zgodzę się ,że Van Sant opowiada prawdę niebywale banalną, ale jakże pięknie i co by nie mówić... wiarygodnie. Naprawdę warto obejrzeć do końca:)

Warto dodać, że to historia prawdziwa - Van Sant wyczytał ją w jakiejś gazecie. No a sposób filmowania bardzo "niezależny", jest na przykład w filmie scena "niedziania się", która kręcona była na jednym ujęciu do końca, czyli póki starczyło taśmy w rolce :)

O super, dobrze widzieć:) Nie ogarniałem w sumie opcji około filmowych, no może za wyjątkiem sprzecznych opinii na jego temat, ale to wiadomo...

Najlepszy film Gusa, jaki widziałem. Bezsens wyrażony filmem.

Wybrać się bez przygotowania w góry? Harcerzyki... Film irytuje na równi z Into the Wild. Przywodzi na myśl darwinizm społeczny (naturalną selekcję). Z filmów o idiotach wolę ujęcie von Triera, w którym nie chodzi o bezmyślność, tylko transgresję, wyzwolenie z opresyjnej kultury, Pokonywanie przeciwności lepiej ukazują filmy, w których bohater obrywa, choć postępuje racjonalnie, jak Zezowate szczęście albo Poważny człowiek. Gerry jest ciekawie sfilmowany, jednak irytacja warstwą fabularną nie pozwala rozkoszować się formą. Sam wielokrotnie się gubiłem - jako dziecko w centrum handlowym w Niemczech, jako nastolatek przy piramidzie w Rzymie, jako dorosły nocą w norweskich górach, Nie było to jednak pakowanie się w paszczę lwa. Zgubić się i odnaleźć musi umieć każdy harcerz. Doświadczenie to rodzi frustrację, ale też wyzwala to, co najlepsze w człowieku - instynkt przetrwania, determinację, wolę walki.

Boże broń nas przed samymi filmami o woli walki i pokonywaniu samego siebie. 99% filmów Hollywood jest o tym.

Amen. Broń też przed pochwałą, apoteozą, uwzniośleniem, gloryfikacją głupoty.

Zważywszy jak film się kończy, trudno uznać Gerry'ego za gloryfikację głupoty.

Faktycznie. Więc raczej jest to medytacja nad głupotą człowieka. Dla mnie - i większości recenzentów z IMDB - bardzo frustrująca. Czemu? Może: 1) eksperyment filmowy się nie udał, czego nie chcą przyznać różni koneserzy kina i/lub miłośnicy gry aktorskiej Matta Damona - bo jaką widzą w tym dziele wartość? - tego się nie doczytałem. Może jak mi minie irytacja, to doczytam. 2) są powody natury psychologicznej, np. że krytycy filmu chcieliby własne życie uważać za racjonalne, co nie do końca jest the case... 3) Tak czy inaczej, najbardziej zadziwia mnie ilość czasu i emocji (rozkminy), które mnie ten - wg mnie - gniot kosztował.

Większość recenzentów na IMDB to nie są żadni recenzenci, tylko zwykli widzowie. Ich opinia na temat tego filmu będzie z grubsza taka sama, jak na temat każdego innego filmu z nurtu slow cinema - nie lubią takiego kina, męczy ich i nudzi. Gerry'ego akurat obejrzeli bardziej masowo, bo przyciągnęły ich nazwiska Gusa Van Santa i Matta Damona, czyli duetu który kojarzą z ch...m (to oczywiście moja opinia, bo w ich opinii cudownym) "Buntownikiem z wyboru". I tylko dlatego zapewne ten film ma więcej negatywnych opinii niż azjatyckie czy europejskie snuje (których po prostu nie oglądają).

Tak się natomiast składa, że w grupie entuzjastów kina slow cinema (u nas nazywanego często nowohoryzontowym) Gerry cieszy się statusem filmu niemal kultowego (słyszałem wielu reżyserów powołujących się na ten film, jako na inspirację, która skłoniła ich w ogóle do zajęcia się kinem). Bynajmniej nie sądzę, żeby odbiór tego filmu zależał od stosunku danej osoby do głupoty czy Matta Damona (jeśli chodzi o mnie, to mogę nawet powiedzieć, że na pewno nie o to chodzi). Raczej zależy od stosunku do kina jako takiego.

Poczytałem trochę o slow cinema i doszedłem do wniosku, że nie przepadam za skrajnościami. Dla mnie idealne tempo narracji w kinie to Hollywood lat 40. - nie snuj Tarkowski (choć doceniam) i nie szybki montaż+shaky cam. Choć filmy Tarra i innych chcę kiedyś zobaczyć.

Tutaj do wolnego tempa dochodzi tematyka. Oglądając trochę się czułem tak, jakby mi gołąb wpadł na zamknięty balkon za firankę - i miałbym go tak oglądać 1,5 godziny, jak się szamoce i próbuje wydostać przez małe okienko...

Niech będzie, że nie dorosłem do wizji artysty, choć czy z Damona i Van Santa są tacy mistrzowie, to ja mam wątpliwości. Jakby to jakieś no-name'y zagrały, toby było lepiej.

Zapewniam, że uważam Matta Damona za tragicznie słabego aktora - nie męczy tylko wtedy gdy jego rola polega na bieganiu. A co do Santa, to jest strasznie nierówny, świetne filmy przeplata z ewidentnie słabymi.

Film jest zajebisty!

asthmar
lapsus
Oversoul
karaluh
psubrat
emerenc
Flach
ploki
Luislechosa
wojtekacz