Giulietta i duchy (1965)

Giulietta degli spiriti
Reżyseria: Federico Fellini

Główna bohaterka przypadkowo odkrywa, że mąż ją zdradza. Kobieta, która całe swoje życie poświęciła ukochanemu mężczyźnie, przeżywa prawdziwy wstrząs. Pod jego wpływem zaczyna mieć dziwne wizje. Nawiedzają ją niesamowite postacie będące personifakcją narastających w niej stanów lękowych. Kulminacja tych zdarzeń następuje w noc samotnie spędzoną przez Giuliettę w domu. Przerażające zjawy uświadamiają kobiecie pustkę dotychczasowej egzystencji i dają siłę prowadzącą do jej wyzwolenia... (Opis dystrybutora)

Obsada:

Pełna obsada

Może i nie jest to najlepszy film Felliniego, ale według mnie bardzo ważny. Tym razem na warsztat poszła kobiecość, Giulietta uosabia współczesną kobietę (i chyba to, mimo gadania o równouprawnieniu wciąż aktualne), która z jednej strony stara się wyzwolić spod władzy chrześcijańskiej moralności, z drugiej zaś alternatywa właściwie nie istnieje. Fellini w mistrzowski sposób operuje barwami, a kadry z "Giulietty..." można traktować jak obraz. Wspaniały, genialny wizualnie film.

RównoUPRAWNIENIE nie niweluje podziału na płcie. :> I to nie jest 'gadanie', tylko problem, z którym do końca jeszcze sobie nie poradziliśmy.

A z innej beczki, przymierzałam się do tego filmu... Po "Wałkoniach" mniej mi się chce go obejrzeć, a po Twojej recenzji, w której pojawia się "wyzwolenie spod władzy chrześcijańskiej moralności, dla której nie ma alternatywy" to już w ogóle mi się odechciało.

Nie mam szczęścia do Felliniego. Chyba w ogóle nie mój reżyser.

Równouprawnienie nie zakłada chyba, że kobieta jest tylko do ozdoby i gotowania obiadów. Jeżeli kobiety chcą równouprawnienia to powinny zacząć od własnych umysłów, inaczej zawsze będą kurami domowymi, nawet gdy staną się prezesami korporacji. Póki co jest tylko gadanie. Czekam na gromy ;)

Zaznaczam, że wszystko co napiszę o tym filmie może być nieprawdą, to moja interpretacja, zapewne nie jest jedynie słuszna.

Powinienem napisać coś więcej o tym filmie, ale nie wiem czy dam radę, nie moja liga. Fellini zestawia tutaj dwie wizje kobiecości. Zapatrzoną w męża, odchodzącą w cień Giuliettę, której jednym z najpiękniejszych wspomnień jest szkolne przedstawienie, w którym gra paloną na stosie męczennicę. Na drugim biegunie znajduje się Suzy - piękna (tzn. bardzo w guście Felliniego ;P), tajemnicza, zmysłowa, ale też hedonistyczna i wyuzdana. Można się pokusić o stwierdzenie, iż dla reżysera ta druga jest kobietą pierwotną, Matką Ziemią - pełną pożądania, nieprzewidywalną, ale też dającą szczęście. Giulietta to chrześcijańska aseksualność - bezpieczeństwo, ale i nuda. Giulietta dostaje szansę pójścia drogą Suzy, ale nie znajduje w sobie dość siły i odwagi. Poza tym bohaterka nie widzi szczęścia w przygodzie, a w stabilizacji, nie pragnie wyzwolenia, chce siedzieć w domu i robić girlandy z papryki. Dla niej nie ma alternatywy dla chrześcijańskiej rodziny.

Może i faktycznie nie jest to bardzo poprawny politycznie film. Tutaj siłą kobiety są emocje, empatia, postrzeganie pozazmysłowe, a nie inteligencja, czy nawet samoświadomość.

Fellini to bardzo mój reżyser ;D

Acha, rozumiem hehe, co miałeś na myśli. Coś innego wyczytałam i się zaperzyłam.

Gromów się nie doczekasz. Przyznam Ci rację. Choć ja takich kobiet nie znam. Na szczęście. Ale wydaje mi się, że prezeski korporacji nie chcą być do ozdoby i gotowania obiadów. :-) To już za nami. Gorzej z uwieszaniem się na facetach i micie romantycznej miłości. Mnie zajmuje ten temat, choć mam go też trochę dość --> zob. Seks w wielkim mieście, Ally McBeal - inteligentne, wyemancypowane, na wskroś współczesne kobiety, z często dobrą pracą o niczym innym nie mówią i myślą jak o facetach. A nie o gotowaniu (jedno z moich ulubionych powiedzeń z Sexu dotyczy zmienionej funkcji piekarnika - "trzymam tam swetry"; żadna z bohaterek nie potrafi gotować; ale każda rozmowa dotyczy facetów). także zgodzę się z Tobą, ale w trochę zmienionej postaci problemu. No i tu nie chodzi o równouprawnienie, bo to raczej termin bardziej techniczny (dotyczący praw i ich egzekwowania np. do takiej samej płacy za taką samą płacę - a nadal są spore nierówności w tym względzie), a o poczucie równości kobiet i mężczyzn. Druga strona: Bycie rycerzem na białym koniu to zadanie nie lada. W zasadzie niewykonalne, jeśli oceniającą jest współczesna kobieta.

Po wprowadzeniu Suzy jeszcze bardziej się upewniam, ze Fellini jest nie dla mnie. ;-) Następny problem, który mnie nurtuje: kształtujące kobiety męskie spojrzenie. Z mojego punktu widzenia tak to wygląda. Poniekąd. Też nie do końca (bo jest jeszcze ogólnie problem męskiego spojrzenia na kobiety). Może po prostu Fellini jest dla mnie zbyt męski? Jak myślisz, możliwe? Mało uniwersalny?

Dawno, dawno temu, zraziłam się do Felliniego filmem, w którym wielu włochów krzyczało na wielu włochów na jakiejś wsi. I to było szczęście. Potem zraziłam się Słodkim życiem. Bardzo mnie to wkurza, bo nie lubię nie lubić jakby nie patrzeć klasyki kina.

Może za bardzo ludyczny, albo zbyt włoski? U Felliniego bardzo ważna jest kultura z jakiej się wywodzi. Włochy, zwłaszcza kilkadziesiąt lat temu były bardzo patriarchalne. U tego reżysera właściwie nie pojawiają się zdrowe, partnerskie związki między mężczyzną a kobietą. W "Słodkim życiu" chyba po raz pierwszy ukazuje silną kobietę, ale silną przez urodę, fizyczność, a nie przymioty ducha (mowa o Sylvii, podobieństwo imienia do Suzy nieprzypadkowe). Czy jest mało uniwersalny? Chyba się o uniwersalność nigdy nie starał, zaczynał jako karykaturzysta i te początki widać też w jego filmach. Posługuje się przerysowaniem, gra kontrastowymi elementami, balansuje gdzieś na granicy pomiędzy kiczem a natchnieniem. Dla mnie to mag kina, albo dasz się zaczarować, albo nie, odrzucający racjonalizm, improwizujący, wreszcie - pragnący stworzyć swoje własne cyrkowo-filmowe widowisko absolutne.

Nie wiem czy jest to męski reżyser, ale Kornatowska napisała o nim znakomitą monografię, gdzie widać jej fascynację (niestety czytałem tylko stare wydanie z lat siedemdziesiątych).

Oglądałaś filmy Viscontiego? Też w moim odczuciu bardzo włoski reżyser, ale w zupełnie innym, bardziej arystokratycznym, a mniej plebejskim stylu. Stonowany, nie tak krzykliwy.

Viscontiego świadomie nie oglądałam. Czyli, że mógł się przewinąć, ale w tej chwili nie jestem w stanie nic na ten temat powiedzieć. Filmowe Włochy wydają mi się obce. "Zmierzch bogów" i "Śmierć w Wenecji" mam zamiar kiedyś obejrzeć. Ale nie teraz, ale nie teraz. Felliniego miałam zamiar w końcu poznać, bo jego filmy są na Iplexie. :-) Takie to przyziemne motywy mną kierowały. Oczywiście oprócz innego - że może w końcu pojmę o co mu chodziło, ale chyba nadal nie. Może nigdy. Dam mu jeszcze szansę za kilka dni. Tylko nie wiem, co wybrać jeśli nie Giulietta, która właśnie była w kolejce. (no wiem, nic na siłę :-))

Ja właśnie lubię uniwersalność - np. motyw samotności, cierpienia, (auto)destrukcji u wong kar wai'a czy bergmana, które są sugestywne mimo odmiennej kultury, odmiennej narodowości, historii, czy wreszcie płci (bohaterów, reżysera). Musze się zastanowić, czy odrzucam w takim razie filmy, które oderwane od miejsca, tracą znaczenie, nie przemawiają.

To też nie jest tak do końca z tym kulturowym kontekstem. Weźmy na przykład "Satyricon", który jest absolutnie oderwany od jakiegokolwiek czasu i miejsca, z drugiej strony nie można go podpiąć pod żaden ponadczasowy temat. To z kolei próba wejścia w świat zupełnie innej estetyki, by tego dokonać pretekstowo potraktował dzieło Petroniusza, tworząc oniryczną, fragmentaryczną opowieść.

Nie jestem ekspertem od Felliniego, widziałem niewiele, ale jeszcze się nie zdarzyło żeby mi się nie podobało ;)

NarisAtaris
Konfucjusz70
AniaVerzhbytska
niebieskiptak
jakilcz
Lamia
dcd
dcd
bujka
doktorpueblo
ScuMmy