Piekło pocztowe (2010)

Going Postal
Reżyseria: Jon Jones

Moist von Lipwig, używający aktualnie nazwiska Albert Spangler, jest utalentowanym oszustem i złodziejem. Ma jednak pecha. Zostaje aresztowany w Ankh-Morpork za kradzież 150,000 Ankh-Morporckich dolarów i skazany na śmierć przez powieszenie. Udaje mu się jednak ujść z życiem. Jego śmierć zostaje sfabrykowana przez Lorda Vetinariego, który daje Moistowi prosty wybór: może odejść i zginąć, albo zostanie naczelnikiem zrujnowanej poczty miejskiej. Lipwig wybiera tę drugą możliwość w nadziei, że uda mu się uciec. Ucieczka okazuje się niemożliwa ponieważ Patrycjusz zatrudnia golema, który ma pilnować Moista. W tej sytuacji Moist, chcąc nie chcąc musi sprawić żeby poczta miejska wróciła do stanu dawnej świetnośći.

Obsada:

Pełna obsada

Zwiastun:

Moist zupełnie mi nie pasował, golemy były strasznie plastikowe i wszystkie takie same. Poza tym, niezła ekranizacja Pratchetta z uroczym katem.

Z trailera wnoszę, że Moista mogę przełknąć, ale golemy fatalne. I czemu Vetinari posiwiał??? Także pomocnik Moista (ten od znaczków) wydawał mi się dużo młodszy. A jak tam ulubieniec wszystkich Pratchettożerców, ŚMIERĆ? Nie widzę go na liście płac, czyżby go nie było? Toż to skandal, jak można pomijać jego kościstość ŚMIERĆ :(

W tym filmie nie ma ŚMIERCI. Golemy to rzeczywiście słaby punkt, wydają się plastikowe, ale może nie aż tak jak wiedźminowy smok. ;>

A może mi ktoś wytłumaczyć, dlaczego Pratchetta ekranizuje się tylko dla TV? Zbyt mało ważny jest on na duży ekran czy jak? Ja chcę adaptację Bromeland! I Dobrych Omenów!

Też mnie to zastanawia. Może dlatego, że to właściwie serial? Film ma 2 oddzielne części, obie razem trwają 3h, jak bollywood. ;>
Wydaje mi się, że na Pratchetta wielu ludzi poszłoby do kina, że zwróciłby się producentom.

No nie wiem. Fani Pratchetta są dość zantagonizowani, czasami fan Straży nie tknie Czarownic itd. Nie takie małe ryzyko. Poza tym, widziałbym problemy w promocji, ani to komedia, ani typowe fantasy. Produkcja telewizyjna ma swoje plusy, można zrobić 3 godzinny film, a w kinie 3 godziny plus reklamy. Kto to wytrzyma?
Widzę jeszcze jeden mankament- liczbę statystów. Jakieś 20 osób, trochę mało by zagrać tłumy jakie powinny się zebrać w paru momentach.

Wiecie co Holiłód zrobiłby z książkami Pratchetta?

Słyszałem coś o ekranizacji "Wolnych Ciutludzi", ale na Wiki piszą tak:
In January 2006, reports emerged that director Sam Raimi[1] had signed up to make a movie based on this novel with a script by Pamela Pettler, the writer of Tim Burton's Corpse Bride. Sony Pictures Entertainment had recently acquired the rights to the book. The producers are Josh Donen, Vince Gerardis, and Ralph Vicinanza. No other details have been released about the film adaptation.[2]

In a June 2008 interview, Pratchett said: "I saw a script that I frankly thought was awful. It seemed to be Wee Free Men in name only. It had all the hallmarks of something that had been good, and then the studio had got involved. It probably won't get made."[

Fakt faktem, że z tego co ja wiem głównym problemem ekranizacyjnym jest sam Terry, który jak lew zdobyczy pilnuje swojego dzieła. Jak sam autor twierdził ze wszystkich skryptów, ktore dostaje, tylko te trzy telewizyjne do czegoś się nadawały i tylko w ich przypadku reżyserzy zgodzili się, żeby Pratchett pilnował każdego ujęcia

I dobrze. Mało było spapranych książek? Zawsze jak słyszę, że autorowi nie podoba się ekranizacja przypomina się Lem, który "swoich" filmów nie znosił. Pratchett ma przynajmniej wybór, w Polsce większość pisarzy leci w podskokach jeżeli ktokolwiek proponuje ekranizację, kwestia pieniędzy.

A czy ja mówię, że to źle ;) Ja tam go za to podizwiam. Nie potrzebujemy kolejnego Eragona z Vimesem w roli głównej. Chociaż jeśli ktoś zrobiłby film o Dysku na poziomie Wladcy, to bym się nie obraziła (i nie chodzi mi tu o konwencję realizacji Władcy, ale o poziom "niespaprania" książki, jeśli wiecie o co mi chodzi ;) )

Reżyserzy powinni sięgać po gorsze książki danego autora i robić ekranizację, która zbije fanów z nóg. ;-)

Tak zrobili niedawno Coenowie z McCarthy'm i jego "No country for old men". Oskar pokazał, że skutecznie :)

Nie czytałam nic McCarthy'ego, a jestem bardzo ciekawa książek człowieka, który powiedział, że "James i Proust to nie jest literatura, bo nie zajmują się życiem i śmiercią". Jego "Droga" też wzbudza skrajne emocje (filmu nie widziałam, ale mam w planach).

"Droga" to dobra rzecz, z tym że lepiej poświęcić czas na przeczytanie książki niż obejrzenie filmu.

Pewnie zrobię i to, i to. Problem leży gdzie indziej: co najpierw. :-) Do filmu mam dostęp, a do książki niekoniecznie. Ale na film nie mam na razie ochoty. I nie będę sobie robiła wielkich nadziei w związku z nim. Może pozytywnie się rozczaruję. :-)

Świetna ekranizacja Pratchetta! Utrzymane w klimacie książki, wciągające, dobrze zagrane. Nie dość, że dobra adaptacja, to po prostu dobry film. P.S. Vetinari też niezły, choć ja myślę o nim jako o nieco młodszym mężczyźnie.. ;-)

Rewelacja! Chyba najlepszy sfilmowany Pratchett ever. Nawet Coyle w roli Moista do wytrzymania, chociaż faktycznie McGregor byłby lepszy, bo absolutnie zwyczajny. Golem trochę plastikowy, ale oczka ma śliczne. Generalnie jestem rozczulona. :D

Ja też! Ja też! Nie spodziewałam się, że ten film będzie tak dobry.

Vetinari jako blondyn? Dziwnie się na to patrzy. Wilkołak Angui zupełnie nie taki jak trzeba (to miał być biały wilk, a nie odrzuty efektów specjalnych ze Zmierzchu). Zresztą Potter pokazał, że przemysł filmowy w ogóle do wilkołaków podchodzi w sposób żałosny. Poza tym wcale dobrze, trochę śmiechu, nawet nieco strachu (ciekawe, w książce się tego strachu nie czuło. I tego dramatu wewnętrznego Moista też nie pamiętam). Pomysł z niemymi filmikami przedni. Oczywiście ciężko przełożyć na film cały humor słowny Terry'ego, ale próbę zaliczam do całkiem udanych.

PS. Hakerzy wyglądający dokładnie jak ich współcześni odpowiednicy mnie rozwalili.

Może nie idealna adaptacja, ale prawdopodobnie tak dobra jak to tylko możliwe.

Byłam nastawiona sceptycznie do pomysłu przenoszenia powieści Pratchetta na ekran, ale wyszło zaskakująco dobrze. Oczywiście zawsze człowiekowi żal tych wszystkich pominiętych z konieczności pobocznych wąteczków (chociaż skoro to i tak "miniserial", to można było go rozciągnąć do trzech odcinków :P). Chyba jednak udało się oddać ogólnego ducha. I nawet Richard Coyle, który w pierwszej chwili bardzo odbiegał od moich wyobrażeń odnośnie Moista von Lipwiga, ostatecznie okazał się nieźle sprawdzać w tej roli.

doktorpueblo
MureQ
aiczka
dominiktrzaskacz
olejanko
Esme
turin
streser
rrutkows79