Interstellar (2014)

Reżyseria: Christopher Nolan

To opowieść o odkrywcach, którzy przenoszą się do innego wymiaru, wykorzystując zakrzywienie w czasoprzestrzeni. Inspiracją do napisania fabuły była teoria fizyka Kipa Thorne'a, który uważa, że nieregularności w czasoprzestrzeni (tzw. wormholes) można wykorzystać do podróży w czasie. (opis dystrybutora)

Obsada:

Pełna obsada

Zwiastuny:

Już w listopadzie. Mniam.

Kurde chyba ten film jest naprawdę mocno wypasiony z tego co czytam. Od piątku premiera w Polsce, więc wyprawa do kina obowiązkowa dla fanów niestworzonych kosmicznych historyji.

Myślę, że Ci się spodoba bardziej niż mnie, ale raczej nie jst tak wypasiony jak byś tego chciał. Lepiej ostudzić nadzieje, żeby się nie zawieść za mocno.

Dziwny mix starego i nowego scifi. Słabo narysowane postacie, malo chemii. Niespójny... Trudno cos dobrego napisać. Na pewno znacznie słabszy niż Gravity.

Znów z telefonu ocenione. :D

Si. Już poprawione na 6/10.

Kosmiczna "Incepcja" a rebours, chodzi o taką samą zabawę światami i czasem, jednak w "Interstellar" czas przeżyty przez bohatera jest dużo krótszy niż ten jaki minął na Ziemi. Tym razem Nolan walczy o najwyższe stawki i takie skromne motywacje jak odzyskanie rodziny ("Incepcja") czy ochrona Gotham (seria o Batmanie) odeszły w niepamięć. Szkoda, że w miejsce intelektualnej precyzji otrzymaliśmy zasłonę dymną z trudnych słów. Zgubiła się gdzieś elegancja poprzednich filmów, jednak to wciąż dobre widowisko, szkoda, że takie głupie.

Poczytałam sobie, co napisali o tym filmie filmasterzy - że retro, że właściwie to nie jest wcale o tym, o czym mogłoby się wydawać, że jest... i wreszcie dotarło do mnie co mi się najbardziej w tym filmie nie podoba. Dwie rzeczy. Po pierwsze to, jak bardzo zmniejszono w tym obrazie kosmos, jak zawężono przestrzeń i potęgę, dosłownie i w przenośni, a posługując się takimi fajnymi wydawać by się mogło rzeczami jak tunelik czasoprzestrzenny rzut kamieniem od Saturnika, hibernacją na pstryk paluszkami, lądowaniem i wzlatywaniem z powierzchni przedziwnych i dzikich, nieznanych planet w trzy sekundy maszynką tak prymitywną jak z tektury, no i co najgorsze - skok w czarną dziurę, coś tak strasznego... a tak oswojonego nagle. Ten pokoik, jak z "Cube", to świetny symbol owego minimalizmu, w przenośni i dosłownie. Druga rzecz, być może SPOILER, uwaga! - najpierw mowa o onych, jakichś istotach z świata pięciu wymiarów, wyższego rzędu, półbogach, którzy potem okazują się być nami samymi (...)cdn

cd
(...) którzy potem okazują się być nami samymi, czyli znów samotność w kosmosie, ale i człekocentryzm godny prawdziwego kolonialnego białego zdobywcy.

Stety, czy nie, mam w pamięci ostatnie filmy z tej półki, które oglądałam, czyli "Grawitację" i "Prometeusza" i siłą rzeczy cały czas porównuję teraz te trzy filmy do siebie. "I" oceniłam tak samo jak "G", ale w "G", choć dominowała pustka, można przymknąć oko, że próżnia i przynajmniej nie zamknięto tam tej nieskończoności w słoiku, jak zrobiono to tutaj. I to jest to, czego oczekuję po takich filmach - niezamykania. Oczekuję również jakiejś formy obcych, jak w "P" i nie mam na myśli tasiemców, czy innej czarnej pożywki. Uważam również autorytarnie, że sf, każde właściwie, a dobre to już musowo, musi zajmować się pytaniami, to wystarczy, odpowiedzi być nie musi, na trzy najstarsze pytania ludzkości - kim jesteśmy, skąd przychodzimy, dokąd zmierzamy. Tu - brak tego, bardzo brak, mimo tych wszystkich tekstów o miłości itd.

Poza tym, co mi się podobało: zagrane bez zarzutu, a to zawsze przyjemnie się ogląda i trochę angażuje w resztę, choćby marną a film jest fajnie zrobiony, przynajmniej do momentu wpadnięcia w dziurę nie nudziłam się. Bo potem się wkurzyłam (spłaszczenie, zmniejszenie, zabicie idei itd.). Ja tylko oczekiwałam czegoś, co dotknie mnie głębiej, nie po Coelhowskiemu.

I jeszcze, jeśli to ma tak krucho wszystko wyglądać i niepewnie, i jak z tą sondą na komecie, to my chyba nigdy nie opuścimy Ziemi, dosłownie i w przenośni...

Obejrzałem drugi raz (w godzinie bez gnojków z popcornem i tępymi komentarzami ) i uważam, że i tak to najlepszy film w tym gatunku tego roku. Nie warto do niego podchodzić jak do dokumentu. To po prostu wizja reżysera i jako taka jest bardzo spójna. To tak jak z Incepcją, czyli albo się zapomni o fizyce i łyknie albo nie. Jak się łyknie to jest to bardzo przyjemne. Wizualnie jest super, a muzycznie nadal mnie nie przekonuje.

Ale ja wcale nie chciałam dokumentu w filmie o kosmosie. Choć podobno w tym filmie jest naprawdę źle, mój chłopak się po prostu wściekł a propos tego jak przedstawiono tunele, dziury i to, że tam 7h a u nas 23 lata. Nie wiem, ja się na tym nie znam, nie muszę mieć w fabule e=mc2, ale to zamknięcie w słoiku, spłaszczenie i zbanalizowanie, być może skróty myślowe, to działa też źle właśnie na epickość i rozmach czegoś takiego jak widowiskowy film sf.
Nie chcę mieć klaustrofobii w kinie i kosmosie, nie chcę się dusić, chcę oddychać, raczej mieć agorafobię i tak bać się jak cholera ;) To wszystko jest w "P", albo w "W stronę Słońca", też przecież nie idealnych filmach. Więcej wyobraźni zamknięto już chyba nawet w galaktyce na pasku Oriona ;)

Akurat podróże przez tunele i czarne dziury pokazano doskonale. Te różnice czasowe również są mocną stroną filmu. Nigdy wcześniej w kinie tego nie pokazano w tak dobrym stylu.
W sumie w bardzo cenionej Odyseji Kubricka tak abstrakcyjny element jak monolit nikomu nie przeszkadzał za specjalnie:-)

No ale Kubrick zrobił film pozostawiający dużo miejsca na oddech, Odyseja to film, który da się interpretować, wyciągając jakąś głębszą myśl. "Interstellar" jest do oglądania, a nie myślenia. Te wszystkie zabawy czasem, tunelami i czarnymi dziurami służą jedynie widowisku, którego ramy intelektualne są bardzo ciasne.

@umbrin
Pokazano doskonale? A skąd wiesz? Podróżowałeś? ;) Nie mam też wrażenia, że wcześniej tego już nie było, nie wiem, czy w kinie, ale takie podejście do tuneli itd. jest mi znane, oklepane. Nie wiem na ile to fizyka, nie znam się, ale jak na fantastykę, to jest to rzeczywiście już przyciasne. Wolę jakieś może i pseudo, ale otwarte i otwierające idee.
A z tego co mi wytłumaczono i co słyszałam, a może i gdzieś czytałam (a może za szybko, za łatwo sobie wyciągnęłam wnioski), to takich rzeczy w takiej naszej, człowieczej - fizycznej postaci nie da się zrobić, to jak lecieć na księżyc w pralce Frani i miałam na myśli, że to jest już nieaktualne, bo trzeba najpierw zmienić, ekhm, stan skupienia.Ten film jest naprawdę retro, choć jako widowisko, na pierwszy rzut oka zapewne takiego wrażenia nie sprawia.
Przeszkadzało mi to, liczyłam na coś innego.

A różnica między tymi dwoma elementami z dwóch filmów jest taka, że monolitu do tej pory nie można zanegować, jest tak właśnie abstrakcyjny, tajemniczy i poza wszystkim, jak i był, a tunele i podróże w czasie to coś, co cały czas nurtuje świat nauki i popkultury, to aktualnie i cały czas żywe kwestie, na temat których powstaje pewnie sporo teorii, trwają badania, no i to jest po prostu staroć już w momencie przybycia, ta konstrukcja w filmie ;)

140 minut arcydzieła i 30 minut gniota. całe szczęście końcowe wrażenie (podsycane przepiękną muzyką) jest dobra.

Ja bym powiedział, że odwrotnie, 30 min. arcydzieła, 140 gniota. Czegoś ten Hollywood schodzi na psy...

170 minut rewelki.

Czas jest względny. Dobre filmy również.

patryck
SlawomirDomanski
patrycja76
MiloszE
Pcedrate
Danielito
slowcheetah
KRCK
goou
Tyfus