Wielki błękit (1988)

Le Grand bleu
Reżyseria: Luc Besson
Scenariusz:

Jest takie miejsce na naszej planecie dziwniejsze od wszystkich innych - najsłabiej poznane i najbardziej tajemnicze; miejsce gdzie, podobnie jak w przestrzeni kosmicznej, ulatnia się konwencjonalne pojmowanie czasu i odległości; miejsce magiczne i niebezpieczne, do którego ludzkie ciało i ludzka dusza muszą się przystosować. Jest to zarazem jedyne miejsce, gdzie człowiek o imieniu Jacques Mayal naprawdę czuje się jak w domu. Tym miejscem jest morska otchłań - "Wielki błękit"

Obsada:

Pełna obsada

Zwiastun:

Genialna produkcja z nurkującym Jeanem Reno. O wielkiej pasji i rywalizacji. Kosmiczne zdjęcia i muzyka.

No miły film, ale żeby zaraz kultowy? Raczej nie. Albo nie skumałem.

O tym jak mężczyźni tworzą swój odrębny świat, a kobiet muszą się do niego przebijać.

Kultowy film Luca Bessona. Wspaniała muzyka (Eric Serra), świetny Jean Reno.

Początek B&W; wielce zniechęcający (bo to nie wielki błękit, a wielka czerń), ale potem film się rozwija sympatycznie. Ładne zdjęcia, ładne emocje.

Od razu oczarowała mnie muzyka Siery,która trwała przez cały film.Film opowiada historię sportowca–J.Mayol’a(pierwszy przekroczył granicę 100 m.)- który posiadał przez wiele lat rekordy we freedivingu,który ma dwa wymiary sportowy i filozoficzny.Jego koncentracja jest niemal jak medytacja.Warto wiedzieć,że powstały dwie wersje filmu:dla USA która kończy się happy endem gdzie delfin ratuje Jacques'a,oraz dla reszty świata.
Ja się zatopiłam w tym filmie,tak jak bohater w wodzie.Cudo

No właśnie, a nie jakieś tam ckliwe zakończenia...chociaż osobiście lubię delfiny, chociaż żadnego osobiście nie znam

A znasz jakieś butlonosego?

Choć w niektórych scenach Besson przesadza (przesładza?), wpadając wręcz nieco w kicz, to całość i tak jest wielka, wspaniała i wzruszająca. Oglądany ponownie po latach, wciąż robi duże wrażenie. Przepiękny film!

Pierwsze słyszę, aby Wielki błękit był kiczowaty. No, ale ocena słuszna, bo to magiczny, kultowy film.

Jest kiczowaty w tym sensie, że odwołuje się do najbardziej podstawowych emocji: miłość, przyjaźń, dziecko, umieszczając jeszcze w tle piękne krajobrazy i skaczące delfiny. Ale jest w tym genialny. Dla mnie film jest arcydziełem, a Enzo pozostaje jedną z moich ulubionych postaci filmowych.

Nie wiem, czy pisanie o fundamentalnych wartościach w kategorii kiczu nie jest dużą sprzecznością. Trochę to zabrzmiało jak deprecjacja tego, co w życiu najważniejsze. Te "najbardziej podstawowe emocje" to treść bytu przecież, jego sens chyba, co?

Też mi się wydaje, że kicz to jednak coś innego. Wystarczy porównać ten film z jakimś bollywoodzkim romansidłem. Niby o tych samych wartościach mówią, ale w zupełnie inny sposób.

Nie ma się co sprzeczać o słowa, bo przecież przyznaję, że film jest genialny. Natomiast są w nim sceny, których nie pamiętałem, a które teraz po latach mnie nieco zaskoczyły, właśnie ze skaczącymi delfinami w tle. Troszeczkę w nich moim zdaniem Besson przeszarżował i stąd uwaga o "kiczu". Zasadniczo jednak jest to przede wszystkim piękny film o najważniejszych sprawach, czego przecież nijak nie neguję.

A tekst recenzji zmodyfikowałem, żeby nie wyglądało, że mi się nie podoba, skoro podoba się i to bardzo :)

Modyfikacja w pełni satysfakcjonująca ;)

sentymentalna "dziesiątka"... oglądałem (zachęcony innym zachwytem) w poznańskim kinie (prawdziwym, najprawdziwszym kinie) Malta..

Spokój morza, cisza głębin, harmonia natury... i na tym tle człowiek, mężczyzna. Tak, bo aby w pełni zrozumieć tą opowieść trzeba chyba jednak być facetem. Wybitne kino dla koneserów. Obraz, który zapada gdzieś głęboko w nas na całe życie.

Mikser
duzulek
RobinHa
milali
avrewska
JUMAN
GARN
Faalka
rafix11112
liongotie