Każdy myśli swoje | Burrowing (2009)

Man tänker sitt

Nieprzystosowani, znękani normami ludzie przytulają się do drzew, zanurzają się w rzece, resztką zachowanego instynktu poszukują jedynej siły, która sprawiedliwie rozdaje prawa i możliwości.

Narratorem filmu Man tänker sitt jest chłopiec, który obserwuje swój świat: osobliwych sąsiadów, boiska, łąki, ulice, okoliczne lasy. Woli on wyrzucić pamiątkowy zegarek matki, pić zamuloną wodę z rzeki i ubłocony chodzić po bagnach, niż ze wszystkimi śpiewać Sto lat na urodzinach.

Mottem filmu są słowa amerykańskiego filozofa i pisarza, Henry'ego Davida Thoreau, anarchistycznego transcendentalisty, który odrzucał cywilizację i społeczeństwo obywatelskie, wiodąc kontemplacyjne życie w leśnej chacie nad stawem. Każdy ma prawo do swojego rytmu, ma prawo się nudzić, snuć, robić rzeczy bez sensu, rzeczy kontrowersyjne czy ryzykowne. Nie trzeba nic udowadniać, kosić trawy, remontować, spełniać wymagań ojca. Wystarczy żyć. Bohaterowie filmu chcą poczuć zapach ziemi, jej fakturę, chcą przynależeć do natury, rzeczywistości, tak by nic więcej z tego nie wynikało, żadne obowiązki i zadania.

Poruszający film ze wspaniałą muzyką i pięknymi zdjęciami, całkowicie pozbawiony zbędnej ekwilibrystyki i ornamentacji. (ENH)

Obsada:

Zwiastun:

Bohaterowie filmu żyją w świecie czystym i uporządkowanym. I wszyscy, co do jednego, są nieszczęśliwi. Bo, jak zdają się nam mówić reżyserzy, piekło to świat porządnych ludzi. Szkoda jednak, że ponad tę dość oklepaną myśl w scenariuszu nie ma właściwie nic więcej. Intryguje tylko muzyka.

Nieszczęśliwi? To dopiero ciekawostka! Film widziałam rok temu, więc szczegóły mogły mi umknąć, ale jedno pamiętam bardzo dobrze: nie chodziło w tym filmie o ukazanie braku szczęśliwości. Ideą było zestawienie ludzkiej natury i jej pierwocin z betonowym światem cywilizacji. Reżyserzy wyraźnie wskazywali na inność bohaterów, tj. nieprzystawalność do obecnego kształtu i wyglądu rzeczywistości - stąd kryptokrytyka supermarketu i scena rozkosznego "nurzania się" w leśnym błocie - beton nie jest naturalnym środowiskiem życia człowieka - to twór sztuczny, a ograniczenie kontaktu z Naturą może być dla niektórych poważnym dyskomfortem. Poza tym ta inność była jak najbardziej urocza i w jakimś sensie pocieszająca! Bohaterowie wcale nie byli nieszczęśliwi - po prostu inni, oderwani od tzw. rzeczywistości. Motyw średnio rozgranietego ojca, który opiekował się swoim bobasem na łące i wszedł z nim po raz pierwszy do wody był ujmujący - natura ( także ludzka) zawsze zwycięża: niezależnie od inteligencji, przygotowania do roli rodzica itp. Pewne instynkty są po prostu... naturalne.
Jeśli zaś chodzi o przytoczoną przez Ciebie nieszczęśliwość, to, owszem, pamiętam, że najmniej szczęśliwy był najbogatszy z bohaterów - samotny facet, który MIAŁ, a nie czuł.
Wniosek: wg mnie chodziło o ukazanie triumfu Natury. Także ludzkiej. Potrzebne były kontrasty typu beton-las, żeby przypomnieć, skąd pochodzi człowiek ( za Thoreau, zresztą).

A muzyka piękna.

"Betonowy świat cywilizacji" bardziej rzuca się w oczy w dużych miastach, a nie w sennych osiedlach (na których domy raczej betonowe nie są). Chyba nie o beton więc chodzi. Żyjące na tego typu osiedlach społeczności są natomiast idealnym przykładem życia podporządkowanego normom i konwenansom, jak choćby te, że łokcie w czasie obiadu trzyma się na stole. Bohaterom filmu nie przeszkadza beton i brak zieleni (którą mają 5 metrów od domu), lecz brak życia.

Jeśli uda Ci się mnie przekonać, że reżyserzy chcieli nam powiedzieć, że sensem życia jest brodzenie po łydki w błocie, to z radością obniżę notę do 3 ;))

Oj, oj. Widzę, że mamy tu do czynienia z jawną profanacją nadwrażliwości! I reżyserzy i bohaterowie ich filmu to freaki - albo przez wzgląd na życiową niezaradność albo wspomnianą nieprzystawalność do współczesnego świata.

W Burrowing mamy dwie płaszczyzny: Naturę jako przyrodę ( i dla mnie ten beton to jednak symbol naszej cywilizacji) i naturę ludzką (w którą wpisana jest samotność - a skazani na nią jesteśmy z różnych względów, czasem jako dziwacy i aspołeczne dziki, a czasem jako ludzie, którzy myśleli, że posiadanie określa byt).

Mówiąc o naturalnym środowisku życia i naturze człowieka reżyserzy odwołali się do:
- konwenansów, które człowiek sam na siebie nakłada, tworząc jednocześnie ograniczenia (patrz: łokieć)
- cywilizacji (betonu): scena przebierania dzieciaka na betonie i kobieta, którą to zbulwersowało - no ale gdzie to zrobić, skoro zalaliśmy żywą ziemię kamieniem? i jakie ona ma prawo, by sądzić, że może zabrać czyjeś dziecko??
- materializmu - można mieć dom i auto i nie czuć miłości, a można nic nie mieć, ale być kochającym ojcem (nawet jeśli tej miłości nie potrafi się nazwać)

A propos błota:
To był symboliczny akt pojednania, powrotu do źródeł Natury (także ludzkiej, znowu dopowiem) po tym jak chłopak zwiał z imienin ciotki (pozostając wiernym swojej dzikiej naturze) - dowód np. na to, że człowiek z natury nie jest duszą towarzystwa

To, czy akcja rozgrywała się w mieście czy na wsi nie ma większego znaczenia (przypuszczam, że niski budżet zdeterminował przestrzeń) - bardziej chodzi o to, że udało się pokazać granicę między symbolicznym lasem/łąką a tzw. cywilizacją (bezdusznym betonem).

Ach, sporo tu było symboliki. Nawet jeśli miałam chwilowo mieszane uczucia, to spotkanie z reżyserami je skrystalizowało - jak dla mnie ich film (ich, czyli współczesnych freaków, aspołecznych dzików i nadwrażliwców) był hołdem złożonym ludzkiej naturze - może warto poczytać trochę Thoreau, zanim obśmieje się błoto? ;))

Cóż, na spotkaniu z reżyserami nie byłem. Skoro twierdzisz, m.in. na podstawie spotkania z nimi, że film jest wezwaniem do powrotu do natury (rozumianej dosłownie, czyli woda, błoto, las) to wierzę na słowo. Ale to jest moim zdaniem szalenie pretensjonalne. Odrzućmy domy, odrzućmy samochody, odrzućmy cywilizację? Taplajmy się w błocie, patrząc na zachód słońca? Tylko gdzie byśmy wtedy oglądali filmy na ten temat i jakbyśmy toczyli takie porywające dyskusje? ;)

Powołujesz się na Thoreau i film, owszem, cytuje go po wielokroć. Ale cytatem otwierającym jest ten:

Większość rzeczy, które moi sąsiedzi nazywają dobrymi, ja uważam za złe. I jeśli czegokolwiek żałuję, to właśnie swojego dobrego zachowania

w którym nie ma w nic o konflikcie betonu z błotem. No chyba, że rozumieć beton metaforycznie, jako beton w ludzkich głowach. Tego jest rzeczywiście za dużo ;))

P.S. A jeśli chodzi o scenę zmieniania pieluchy w nienaturalnym środowisku betonu, to trzeba by dodać, że sama pielucha jest już nienaturalna. W krajach, w których ludzie żyją bliżej natury, pieluch się nie używa. Dzieciaki mają wycięte dziury na tyłkach i srają gdzie zew natury nakaże ;))

Nie. nie. nie. Wcale nie uważam, że film jest wezwaniem do powrotu do natury. Myślę natomiast, że został stworzony po to, by ukazać, że natura ludzka bywa kłopotliwa i może determinować nieprzystawalność do rzeczywistości, powodować aspołeczność ( tu bym się zastanawiała, czy pojęcie aspołeczności w ogóle ma sens, biorąc pod uwagę, że samotność wpisana jest w naturę człowieka). Film tłumaczy, skąd u tzw. freaków-dzików niechęć do ludzi, do motłochu, do sztucznych przestrzeni.
Nie chodzi więc o odrzucenie cywilizacji, ale wskazanie, że niektórym, bardziej uzależnionym od Natury, może żyć się trudniej.

Zakładając, że reżyserzy reprezentują taki światek nieprzystosowanych (sądzę po spotkaniu, w trakcie którego głowy mieli spuszczone, a wzrok skierowany w podłogę :)) Burrowing może być właśnie wspomnianym hołdem złożonym ludzkiej naturze.

Ad. Thoreau - cytat jest niczym innym jak drwiną z konwenansów i podkreśleniem relatywności dobra i zła - to, co społecznie uznane jest za dobre nie musi oznaczać, że będzie dobre dla konkretnej jednostki czy dobre w ogóle. Każdy sam wie najlepiej, co jest dla niego najlepsze, myśląc 'swoje'. :)

Ad. dziur na tyłkach i nawożenia gleby. Nie popadajmy w skrajności, por favor! W filmie mieliśmy jednak krajobraz jakiejś cywilizacji, więc pieluchy są normalnym atrybutem. Wygląda na to, że Twoje "bliżej natury" zagalopowało się w okolice amazońskiej dżungli albo azjatyckich wiosek ;)) - kiedy do głosu dochodzi zew natury, argumentacja błądzi!

To co piszesz, brzmi całkiem sensownie, szczególnie w kontekście tytułu (Każdy myśli swoje). Jednym bardziej pasuje życie w cywilizacji, innym w dziczy. Ok. Ale mam parę wątpliwości.

Dlaczego nie widzimy w filmie nikogo, kto byłby szczerze szczęśliwy w świecie cywilizacji? Widać ludzi majętnych, ale nie widać szczęścia. Skoro jednym bardziej pasuje las, to powinno być i widać takich, którym bardziej pasuje beton. Ja ich nie zauważyłem. I dlatego napisałem, że w tym filmie wszyscy są nieszczęśliwi.

Wygląda mi na to, że twórcy filmu, którzy, jak sama piszesz, są "dzikami", mimo frazesów, że "każdy myśli swoje", nie są do końca obiektywni i jednak przekonują, że natura jest lepsza. Po co inaczej byłaby ta scena z atakiem wiosłem, o której wspominał lapsus? To nie było stwierdzenie "jesteśmy inni", to był jednak pewien atak na ten świat betonowej cywilizacji.

Po drugie jestem ciekaw, skąd teza, że "samotność jest wpisana w naturę człowieka". Wydaje mi się, że jest wręcz odwrotnie - większość ludzi ma odruch stadny, potrzebuje wspólnot; zresztą właśnie dzięki wspólnotom i współdziałaniu powstała nasza cywilizacja. Samotnicy to raczej wyjątki, a nie reguła.

Hm...
Film ukazany był oczami chłopca, który skutkiem swojej natury obawiał się świata. Nie utożsamiał się z tym, co społecznie uznane za właściwe lub nie. Był dziwakiem. Wielu takich stąpa po ziemskim padole i myślę, że to film o nich. Rzeczywiście, nie są to przypadki uniwersalne i dlatego przez 'normalnych' ludzi aspołeczne typy uznawane są za freaków. Burrowing miał wiec wyjaśnić, skąd ta dzikość w nich i może... trochę ich "rozgrzeszyć" albo pomóc w zrozumieniu ich?
A skoro są dzicy i nieprzystosowani, to widzą świat stworzony przez człowieka przez pryzmat wrogości, krytyki, nieufności - stąd może ta nieszczęśliwość, o której wspominasz.

Nie sądzę, żeby reżyserom chodziło o przekonanie widza, że natura jest lepsza - raczej o zasygnalizowanie, że freakom (czyli tym, kt. są uzależnieni od natury, może mimowolnie) żyje się trudniej, bo ich zdolności akomodacyjne są praktycznie zerowe.

A jeśli chodzi o samotność, to, oczywiście, zgadzam się, że człowiek to "zwierzę" stadne i bez innych ludzi żyć jest źle z wielu względów (towarzyskich, ale też intelektualnych - czyt. porywające dyskusje na Filmasterze czy emocjonalnych i przetrwalnikowych). Faktem jest jednak, że choć żyjemy wśród ludzi, to jesteśmy samotni (nikt nas nie zrozumie tak jak my siebie i nikt też nie będzie czuł tak jak my, co najwyżej podobnie). Druga sprawa, że samotności (bycia samemu) potrzebujemy tak samo jak innych ludzi! Są więc dwa aspekty samotności (alone i lonely) i zaryzykuję tezę, że jesteśmy z natury w takim samym stopniu samotnikami jak istotami stadnymi.

"Samotnicy to raczej wyjątki, nie reguła" - no właśnie - i o tych wyjątkach jest Burrowing :)

Tak chciałbym, żeby mi się ten film podobał, ale jeśli powrót do natury ma oznaczać walenie obcego człowieka wiosłem w łeb, to ja dziękuję.

Wiosłem w łeb to metaforycznie ten film dostał od Ciebie. No, ale... każdy myśli swoje!

Pozwolę sobie nie zgodzić się z Tobą - nie każdy myśli :(

I znowu te metafory... Każdy (człowiek) coś myśli i każdy też myśli swoje, tylko to 'swoje' rozsiada się na różnych poziomach inteligencji. :)

No właśnie - te metafory. Rozumiem, że twoje "swoje" rozsiadło się na jakichś nieosiągalnych dla mnie wyżynach. Tylko skoro dla Ciebie moja opinia to takie dno, to po co mi tu komentarze wpisujesz?
Dla mnie scena, w której jeden z bohaterów uderza przyglądającego mu się obcego (przedstawiciela cywilizacji) jest kluczowa, bo sankcjonuje przemoc jako upust dla naturalnych instynktów człowieka. Nie podoba mi się takie postawienie sprawy. Tak tę scenę interpretuję i interesuje mnie Twoja interpretacja. Jeśli chcesz być konstruktywna, to zaproponuj inne zrozumienie tej metafory, a nie tylko baw się w przedrzeźnianie.

Lapsus, obiecuję, że ustosunkuję się konstruktywnie. Najpierw jednak odświeżę sobie film, żeby nie palnąć metaforą.

A co do zabawy w przedrzeźnianie... zdaje się, że to Ty sprowadziłeś cały film do jednej sceny. Niesłusznie, moim zdaniem. Ale ukonstruktywizuję się po ponownym obejrzeniu Burrowing.

Moje 'swoje' nie zamierzało emancypować się na wyżynach. Twoje 'swoje' za to poczuło się dotknięte. A niepotrzebnie.

"Wiosłem w łeb to metaforycznie ten film dostał od Ciebie. No, ale... każdy myśli swoje! " - uważasz, że to grzecznie? Na pewno wystarczająco wieloznacznie. Chyba że chcesz być wierna mottu filmu: "Większość rzeczy, które moi sąsiedzi nazywają dobrymi, ja uważam za złe. I jeśli czegokolwiek żałuję, to właśnie swojego dobrego zachowania”. Przyznaję, że to kuszące, ale wiesz co, staram się jednak hamować, przynajmniej na ile mogę.
I masz rację - uczepiłem się tej jednej sceny, to ona spowodowała, że całość zmieniła dla mnie swój sens, że dla mnie ten film stał się obrazem o frustratach, którzy nie myślą o niczym innym, tylko chcą odegrać się przy pomocy drąga na społeczeństwie, które ich nie rozumie.
I jeszcze ta scena , gdzie ten koleś włazi z bobasem po szyję w bajoro. Ciekawe jakich oni efektów specjalnych użyli w trakcie filmowania, bo ja odwracałem głowę, nie mogłem na to patrzeć. Nie dziwię się, że po nakręceniu czegoś takiego twórcy gapili się w podłogę.
Myślę też, że w filmie chodzi o powrót do natury, bo o to chyba chodzi w filozofii Thoreau, na którego film powołuje się od początku. Dużo bardziej przemawia do mnie w tym aspekcie Alexander Supertramp (Into the Wild"), który oskarża społeczeństwo, ale się na nim nie mści.

Przyznaję, że były w filmie sceny, które i mnie napawały obawą - ta z bobasem w bajorze do nich należała, ale też zastanawia mnie, czy nie przesadzamy czasem z tym płaszczem ochronnym, wrażliwością? Społeczną odpowiedzialnością? Może własnie chodziło o to, żeby pokazać, że o ile ojciec nie był zbyt rozgarnięty, to z drugiej strony miał na tyle rozwinięty (czy raczej wrodzony) instynkt ochrony potomstwa, że dzieciak był w jego rękach bezpieczny - jak u kotów, które przenoszą swoje małe za skórę na grzbiecie, a nam się wydaje, że to je boli. Doszłaby do tego scena zmieniania pieluchy i zbulwersowana kobieta, która chciała odebrać ojcu jego własne dziecko czy scena ze staruszkiem, który nerwowo zareagował na gapienie się sąsiadki - może reżyserom chodziło o to, że zbyt jesteśmy interesowni, że zapędziliśmy się we wspomnianym poczuciu odpowiedzialności i zwracaniu uwagi na drugi byt - że człowiek sobie tego wielokrotnie nie życzy, bo takich aktów troski czy dociekliwości nie potrzebuje, zwłaszcza gdy jest dzikusem.
Co do wiosła, to mam swoją koncepcję - uważam, ze scena była symboliczna, ale wrócę do tego po filmie.

Jeśli chodzi o Into the Wild... cóż - morze dyskusji z tego by być mogło! (Lubię ten obraz wielce, a muzykę, aj!). Ale to zupełnie inna bajka. Inny rodzaj freaka. Supertramp był człowiekiem poszukującym, który pragnął skonfrontować się ze swoją naturą, poznać prawdę o sobie i siebie w ogóle, sprawdzić się w ekstremalnych sytuacjach. Żeby to zrobić, musiał uciec od ludzi - nie gardził nimi, tylko krytykował konwenanse i zasady funkcjonowania w społeczeństwie, które tłamsi indywidualizm. Burrowing natomiast przedstawia ciemniejszą stronę życia dziwaka, który nie jest eksploratorem, ale istotą pragnącą intymności i świętego spokoju, (może nawet z lenistwa). Z daleka od cywilizacji. Supertramp był odważny i przekraczał granice (fizyczne, intelektualne, duchowe), a bohaterowie Burrowing przeciwnie - przekraczać granic za nic nie chcieli.

Ja lekkim freakiem jestem, ale w tej dyskusji granic dobrych manier przekraczać nie zamierzałam. Jeśli jednak naruszyłam Twoją etyczną wycieraczkę, to przepraszam! Serdeczności, lapsusie! :)

Właśnie dlatego wolę Supertrampa. Oczywiście to inna bajka. Dla mnie lepsza. Ja zawsze jestem otwarty i uważam , że Twoja dyskusja z Doktorem bardzo interesująca. Nie wiem, co mam odpowiedzieć na etyczną wycieraczkę, ale brzmi dobrze;) Internet dla mnie to takie instrumentum, gdzie wszystko na wierzchu i dlatego wolę spokojniej dyskutować. Wszak każdy myśli swoje i to swoje rozsiada się na różnych poziomach inteligencji ;)

Lapsusie... AMEN. :)

Albo dobra, wyjaśnię jeszcze 'etyczną wycieraczkę' - skrót myślowy jest to - chodzi o wchodzenie z butami w czyjeś życie albo np. naruszenie systemu moralnego, w tym wyczucia taktu, kultury osobistej, uczuć itp. Wyobraziłam sobie więc, że ośmieliłam się wytrzeć buty na wycieraczce, która leżała przed domem etycznym Lapsusa. ;) Każdy myśli swoje, co? ;)

No - teraz brzmi jeszcze lepiej;) Amen.

Nie mogę się uwolnić od klimatu tego filmu. Niby nic, a gdzieś zapadł we mnie głęboko. Ten popołudniowy spokój podmiejskiej (?) dzielnicy (małego miasteczka?)... Dziwny film.

ScuMmy
psubrat
falkenberg
Slowianka
kojot
Uciekinier
yo
yo
lamijka
Tomv4
Magda