O północy w Paryżu (2011)

Midnight in Paris
Reżyseria: Woody Allen
Scenariusz:

W "O północy w Paryżu" śledzimy losy niedawno zaręczonej pary. Inez (Rachel McAdams) i Gil (Owen Wilson) przybywają do światowej stolicy romansu, by zaplanować ślub. Jednak wierność zakochanych zostanie wystawiona na próbę, gdy na ich drodze pojawią się wyrafinowany znawca sztuki Paul (Michael Sheen) oraz tajemnicza i zmysłowa muza Adriana (Marion Cotillard), a po czarujących zakątkach Paryża zacznie oprowadzać ich sama Carla Bruni! W gwiazdorskiej obsadzie magicznej komedii Woody’ego Allena znajdziemy także laureatów Oscara, Adriena Brody'ego oraz Kathy Bates w rolach miłosnych doradców Gila.

"O północy w Paryżu" to nie tylko najbardziej chwalony od lat obraz mistrza oraz jeden z pierwszych faworytów do przyszłorocznych Oscarów, ale także największy przebój Allena od 25 lat. Po pokonaniu historycznego wyniku "Vicky Cristina Barcelona", paryska fantazja miłosna reżysera pobije wkrótce kasowe rekordy, ustanowione przez klasyczne, nagrodzone przez Amerykańską Akademię Filmową komedie "Manhattan", "Annie Hall" i "Hannah i jej siostry"! (opis dystrybutora)

Obsada:

Pełna obsada

Zwiastuny:

Źle obcięty i stale osłupiały Owen Wilson w gabinecie figur woskowych. Paryż to wybór obleśnie standardowy i podobnie obleśnie standardowy jest przebieg przedmałżeńskich perypetii głównego bohatera. Plusy za trochę humoru na dobrym poziomie, karykaturalnego Hemingwaya i świetne rozmowy z surrealistami - czynią ten film tolerowalnym, ale mimo wszystko niesatysfakcjonującym.

Dobrze, że nie poszedłem ;)

Ale... jak to? Przecież wszystkim się podobał :)
Marion Cotillard była wszystko tylko nie woskowa! Rozmowy surrealistów faktycznie świetne, ale cała reszta filmu przecież również! Zarzut oklepanego schematu przyjmuję. Mnie on nie przeszkadzał zbyt mocno, bo humor i ogólna sympatyczność filmu nadrobiła to pójście na łatwiznę. W tym roku chyba na żadnym filmie nie śmiałem się tak długo i intensywnie jak na nowym Allenie.

Podobał się wszystkim? To może w sam raz moment na jakąś butelkę z benzyną. ;)

Może nie gabinet figur woskowych, tylko taki Disneyland - zamiast myszki Miki i psa Pluto można pogadać i uścisnąć łapę Gertrudzie Stein lub Hemingwayowi. Amerykanie gdzie się nie ruszą, tam zabierają ze sobą swoją way of life, czyli fastfood. Już nie wspominam o pensjonarskim pomyśle na fabułę, bo jak o tym pomyślę, to mnie trzęsie. Czterowymiarowa pocztówka z Paryża i tyle.

I jeszcze ten cholerny morał, że nie można żyć przeszłością. Facepalm.

Cotillard była OK i ciuchy ładne też. 5 to nie jest najniższa ocena na skali przecież.

@inheracil nie wierz jej - nie wie co mówi :)

A ja wierzą Esme. Tak czułem, że ta cała promocja w mediach trochę dęta, ale i tak muszę przekonać się naocznie i pewnie to kolejne rozczarowanie będzie jak zawsze w przypadku Allena przyjemne.

Żeby nie było, radzę faktycznie się przejść i spróbować. Skoro tyle osób dało 8, to szansa na satysfakcjonujące przeżycie jest spora.

@Lapsus, nie wierz Esme, bo na Allenie się po prostu nie zna ;)

Dodam, że scenariusz "O północy w Paryżu" bazuje głównie na pomysłach znanych z dwóch opowiadań rezysera: "Wspomnienie lat dwudziestych" oraz "Epizod z Kugelmassem". Sądzę, że można wydatnie zmniejszyć prawdopodobieństwo bycia nawiedzonym przez skojarzenia z Disneylandem i zminimalizować ryzyko dopuszczenia się do porównania Allena z "Amerykanami" zapoznając się z tymi opowiadaniami przed seansem (choć warto zapoznać się ze wszystkim co Allen napisał, bo raz, że jest to niebiańsko dowcipne i błyskotliwe, a dwa, że jest tego niewiele).
Powtórzę się...do kina marsz! :)

@Oferma, a orientujesz się, w którym wydanym w Polsce tomie jego opowiadań znajdują się te, o których piszesz?

Oba są na pewno w "Obronie szaleństwa" który to jest zbiorem wybranych opowiadań z trzech jego do tej pory wydanych tomików. Jestem prawie pewny, że "Epizod z Kugelmassem" pochodzi z "Bez piór".

"Epizod z Kugelsmanem" jest w "Skutkach ubocznych" - mam to przed sobą.

@Oferma, @Lapsus: Dzięki, znalazłam "Skutki uboczne" i "Bez piór" w mojej bibliotece. Poczytam w końcu Allena.. jakoś dotąd nie miałam odwagi na porównywanie Allena-reżysera z Allenem-pisarzem (za bardzo lubię jego wcześniejsze filmy), ale co mi tam, raz kozie śmierć!

o masz :)

@Oferma oczywiście z Disneylandem pojechałam i chociaż nie znam się na Allenie to jednak domyślam się, że takie podejście jest zupełnie nie w jego stylu. Być może przeczytanie opowiadań jakoś wzbogaca odbiór, czy raczej zakrywa wszystkie wady. Jeśli uda mi się znaleźć je w jakiejś bibliotece, to spróbuję, ale nie sądzę, by zmieniło to moje negatywne zdanie o tym filmie.

Chyba jednak zostanę przy wierze w to, co mówi Esme, tym bardziej, że Allen to nie moja bajka.

@Esme Moze to kwestia nastawienia. Ja spodziewalem sie glupawej komedii pokroju Vicky Christina Barcelona, a dostalem cos lepszego i bylem po seansie bardzo zadowolony. Plytkie? Malo odkrywcze? Oczywiscie. Ale zabawne.

Może i kwestia nastawienia. Ja np. spodziewałam się dobrego filmu. ;P

Po tej dyskusji widzę, że nie mam się co spieszyć. Jeśli ZNOWU wtórne i jedynie zabawne, to ja takiego Allena nie chcę. :( Filmy Allena bez Allena ostatnio mu nie wychodzą (w porównaniu oczywiście do czasów największej świetności).

Nie każdy film co się wszystkim podoba musi się wszystkim podobać. Avatar też się wszystkim podobał, a nie wszyscy mówili że się im podobał.

Avatar też mi się nie podobał. Jestem strasznym marudą. :)

Zgadzam się z Esme, mnie ten film też nie zachwycił. Marion Cotillard i owszem, ale reszta aktorów? No i nie uważam by był bardzo zabawny. Parę razy się uśmiechnęłam i to wszystko.
Ale wiecie, mi też się Avatar nie podobał ;)

Kino, w którym wszystko jest możliwe - przypomina "Purpurową różę z Kairu". Słabą stroną filmu jest zbyt nostalgiczny nastrój i brak lekkości w dialogach. Ale rzeczywiście - jeden z najlepszych Allenów ostatnio.

Cały czas miałam wrażenie, że oglądam studium schizofrenii.;)

Jeśli zawiedliście się ostatnimi filmami Allena, a jesteście jego fanami, wybierzcie się na "O półncy w Paryżu". Mistrz wrócił do formy - w tym filmie nie ma nudy, nie ma drętwego humoru, jest mnóstwo bezpretensjonalnego dowcipu, świetna, lekka historia i klimat. Dawno w kinie nie słyszałem jak cała sala wybucha śmiechem co kilka minut. Wprawdzie sala pełna dziennikarzy, ale zawsze :) Zdecydowanie najlepszy Allen od "Słodkiego drania" - polecam!

Ostatni, ocierający się o wybitność film Allena to Strzały na Broadwayu, a nie żaden Słodki Drań:) niemniej też bardzo oczekuję tego dzieła.

Słodki drań mi się bardzo. Strzały leżą na półce, trzeba obejrzeć w końcu. O wybitność żaden Allen się nawet nie otarł. Myślę, że po prostu nie miał czasu.

Annie Hall i Manhattan 10/10, było też kilka dziewiątkowych filmów, ale ja w sumie chyba jestem fanką.

Michuk, oczywiście bywało z Allenem różnie, ale "drętwego humoru" to sobie nie przypominam w żadnym z jego filmów. Bywało po prostu tak, że humoru nie było wcale jak np. w dramacie "Inna kobieta" lub sąsiadował z arcynudną fabułą jak w "Cieniach we mgle".
Co do wybitnych filmów to w przypadku Allena wolę operować parametrem"lubienia". Ostatnim i jednym z moich ukochanych jest Przejrzeć Harry'ego. Po tym było jeszcze kilka świetnych filmów (np. Melinda..., Celebrity) , ale to już nie ten poziom przyjemności z seansu.
Oczywiście wielbię twórczość Allena i z pewnością to mój ulubiony reżyser.

Melinda zupełnie mi się nie podobała, nie kupiłem tej fabuły. Dwa ostatnie filmy podobno drętwawe były dialogowo - tak przynajmniej pisali recenzenci, sam się nie wybrałem.

Bruneta jeszcze nie widziałem, a Co nas... miało dialogi na wysokim poziomie (scenariusz napisany był w latach 70tych, kiedy Allen był w boskiej formie), recenzenci zapewne byli na innym filmie ;)

Co nie zmienia faktu, że "Co nas kręci, co nas podnieca", czy "Melinda, Melinda" są słabe (jak na Allena). Główny zarzut to nie drętwe dialogi, tylko wtórność. To już wszystko było i było podane lepiej. Wolę obejrzeć kolejny raz stary, dobry film Allena, niż nową, mniej udaną, wariację na ten sam temat.

Dla mnie epoka wielkości i świetności Allena kończy się wraz z Manhattan Murder Mystery (7/10) i Husbands and Wives (8/10) . Bullets Over Broadway (8.5/10) były takim trochę ostatnim tchnieniem jego wielkości. Potem robił filmy z przedziału głównie 5-6 z małymi, siódemkowymi wyjątkami (Match Point, VCB) i liczę na to, że Midnight in Paris będzie takim właśnie uroczym wyjątkiem.

No, jest świeży według mnie. Co nie znaczy że nie gra na tych samych nutach co inne filmy Allena. Ale jest tu jakiś pomysł, którego wcześniej u Woodiego nie widziałem. Na pewno najbliżej mu z ostatnich filmów do VCB, ale IMHO jest dużo ciekawszy i ma więcej smaczków.

To co mnie najbardziej zniechęca do "Midnight in Paris", to plakaty, krzyczące, że to najbardziej kasowy film Allena w historii. Bo kasowy = masowy, a to rzadko oznacza dobry. Bardzo rzadko :-/

Oszukują mocno. Jest zdecydowanie mniej masowy niż VCB - połowa ludzi wyjdzie zdegustowana, bo nie zrozumie żadnego żartu. Zresztą nie ma tu żartów samych w sobie, jest typowy allenowski słowotok, z tym że niesamowicie zabawny.

No, ale znając życie, zupełnie Ci się nie spodoba, bo w komediach gusty mamy odwrotne.

No właśnie, zapomniałem, że Ty przecież nie masz poczucia humoru ;)

Allen wrócił do formy, choć w moim przypadku wraca do niej mniej więcej w co 3 filmie, bo reszta nie przypada mi do gustu.

Conajmniej najlepszy film Allena od czasu "Jej wysokości Afrodyty", wróć, od "Przejrzeć Harry'ego". Bosko!

Słyszałam, że to najlepszy 'nowy' film Allena, uwierzyłam, bo ciężko mi było wyobrazić sobie rzecz gorszą od 'Poznasz przystojnego bruneta', ale jednak - choć na swój sposób mniej sztampowe, niż produkcje ostatniego dziesięciolecia - 'O północy w Paryżu' jest tak złe, że włos się jeży. Wierzę, że ten nienaturalnie płytki obraz lat 20 jest kpiną z utopii, jaką roją sobie o tym okresie niektórzy, jednak mało mnie ta parodia przekonała i częściej obawiałam się, że w zamierzeniu reżysera ten nostalgiczny kretyn płodzący godny Paulo Coehlo morał 'każda epoka tęskni za złotym wiekiem', ma się jawić jako przyjemny, zabawny i inteligentny facet. Może czegoś nie zrozumiałam.

Przekonywać to Ciebie chyba nie ma sensu i dużo w tym racji, ale moim zdaniem to niezły film, chyba najśmieszniejszy z ostatnio nakręconych. Tak - te sztampowe klisze są satyrą na przesłodzoną nostalgiczność. Jest miło i jest kino, które nie zna ograniczeń, może się zmienić w wehikuł czasu albo projekcję marzeń. Co wy z tym Coelho? Ja nie widzę tam żadnych mielizn. Po prostu - ładny, urokliwy film o marzycielu.

Wierzę, że w zamierzeniu była satyra, jednak dla mnie całość wyszła i jak przesłodzony zbiór marzeń bez głębi i polotu. Stary Allen przynajmniej był jaskrawiej autoironiczny, tu więcej marzycielstwa niż pazura i film mnie wymęczył. Jesli dostrzegasz tam parodię, rozumiem dlaczego może Ci się podobać.

Owen Wilson świetnie zagrał Woody'iego Allena! A Paryż świetnie zagrał Nowy York! Szkoda, że puenta filmu tak banalna, a pomysł choć fajny to nie wyciśnięty do ostatniej kropelki.

A mnie "granie Allena" potwornie irytowało, czemu on to robił;P

Nie wiem, dlaczego. Ale mu się udało. Mnie się podobało.

Magiczny Paryż. Jako fanka lat dwudziestych jestem uwiedziona tym filmem.

Film mnie porwał. Początkowa sekwencja dla wielbicielki Paryża, jaką jestem (choć na razie tylko filmowo) zrobiła znakomite wrażenie. A później było tylko lepiej... Świetna rola Wilsona i znakomity magiczny scenariusz! Chcę więcej takich filmów Woody'ego!

Dla mnie film jest rewelacyjny. Woody bawi przez cały czas trwania filmu, a widzowi nie chce się wychodzić z kina, bo i widoki i muzyka i aktorzy umilają nam czas. Owen Wilson zagrał jak młody Allen. Nocny Paryż jest przedstawiony w magiczny sposób (być może jest taki naprawdę, sprawdzę to dopiero wiosną). Polecam każdemu na poprawę humoru oraz tym, którzy nie wiedzą, co zrobić w jesienne popołudnie.

Prześliczny obraz! Allen znowu w najwyższej formie. Ten film jest zdecydowanie lepszy niż jego stare produkcje, o nowych nie wspominając. Piękne widoki, zdjęcia, muzyka, stroje, piękna pocztówka literacka. Zachwyci się nawet ten, kto nie lubi Fitzgeralda, Hemingwaya i Stein. :)

Lepsze od Annie Hall?. Niemożliwe.

Jasne, że niemożliwe. W ogóle, to film taki sobie, jak na Allena to kiepski. :> Następny ładny i fajny film, którym nie umiem się zachwycać. Może dlatego, że pusty jak wydmuszka z banalną puentą. No i ten Paryż, który wygląda jak Nowy York (identycznie filmowany jak w starych Allenach!). Innymi słowy, pomyje po Allenie.

Dobry scenariusz zmieszany z dużą dawka inteligentnego humoru dał przewidywany efekt. Paryż Allena odurza i uderza do głowy. Aż chce się więcej...

Niedobrze się robi od kolejnego najlepszego z dotychczasowych i najbardziej allenowskich filmów Allena. Jeśli dodać do tego colę i popcorn, to faktycznie czeka nas całe wiadro zaskakujących zwrotów akcji. Ale co tam, wódka z pieprzem i do kina. Mi zrobiło się lepiej od pierwszej sceny z Hemingwayem, i robił mi ten Hemingway dobrze ilekroć się pojawiał. Najlepsza z najbardziej dotychczasowych postaci allenowskich!

Jedna gwiazdka więcej za Brody widzącego nosorożce.

Urocza ucieczka od teraźniejszości. Strasznie mi się podoba ta już chyba seria europejskich stolic wg Allena. Ciekawe, która będzie następna :)

Kręcenie filmów w Europie służy Allenowi, ale służy też Europejskim miastom, które filmy Allena promują. Bardzo udany obraz Viki Cristina Barcelona jest wizytówką tego miasta i podobnie "O północy w Paryżu" jest piękną pocztówką z tego miasta.
Historia opowiedziana w tym filmie przenosi nas w czasy Belle Epoque, Paryża poetów, malarzy, dandysów. Jest to podróż w przeszłość i nawiązanie do odwiecznych marzeń Europejczyków- kiedyś to było życie! Historia roztrzepanego naukowca, którego zagrał brawurowo C. Owen, podróżującego w przeszłość przyciągnęła do kin miliony ludzi- wszak nie ma nic piękniejszego niż podróżowanie za marzeniami. Zresztą czy nie zdarzyło się Wam, zwiedzając zabytkowe miasto wyobrażać sobie jakie życie toczyli na jego ulicach dawni mieszkańcy?
Życie pisarzy -Hemingwaya, malarzy, którzy wywarli na niego wpływ- Braque'a, czy innych przedstawicieli francuskiej bohemy. Czapki z głów, wielki film!

Zdarzyło się nie raz. Chętnie bym zobaczył Kraków w wykonaniu Allena.

Po tym jak Lynch nakręcił film w Łodzi może i kolejny z filmowców się skusi. Nie ma chyba bardziej "fotogenicznego" i filmowego miasta w Polsce niż Kraków.

Nudne to, nieodkrywcze i mało śmieszne. Gdyby nie charm Hemingwaya i nosorożec, dałabym jeszcze niższą notę.

Dla mnie też ten film jest przeciętny i tylko postać Hemingway'a się broni. Sam pomysł uważam za ciekawy, ale wykonanie jakoś mnie nie wciągnęło.

Po prostu dobry film, którego promocja rozbuchała do nie wiadomo czego.

: )

Czułem się jak na występie gimnazjalisty, który popisuje się, ile nazwisk zapamiętał z lekcji. Miało być magicznie, a było infantylnie. Miało być zabawnie, a było nudno i przerażająco sztampowo. Film ma jedną zaletę - szybko się kończy. Przez szacunek do Allena nie obejrzę już chyba żadnego jego nowego filmu.

Nareszcie jakiś porządny dis;)
Wiesz - to taka odmóżdżająca rozrywka dla nieskomplikowanych umysłów.

Dla mnie to właśnie niestety nie za bardzo była rozrywka. Cały problem z tym filmem polega dla mnie na tym, co trafnie podsumował w swojej notce kocio, że opiera się on na jednym pomyśle (że każdemu się wydaje, że dawniej było lepiej) i nie ma niestety nic więcej. Ten jeden pomysł jest podstawą całego filmu. Czytałem tu zachwyty ludzi nad postaciami Hemingwaya, czy Dalego, ale ja się zachwycić nie potrafię, bo to było takie strasznie oczywiste. Jak Hemingway to będzie o odwadze i bijatykach, jak Dali to musi być coś dziwnego. Sztampa, sztampa, sztampa. Wszystkie te żarty były wymuszone, przez cały film uśmiechnąłem się bodajże raz. Kiedyś Allen miał błysk, potrafił zaskakiwać, a teraz opowiada kawały z brodą, do bólu przewidywalne.

A może ta prostacka lekcja literatury jest kpiną z tępoty jankeskich pseudo-mądrali? Pokazanie jak bardzo ta pseudo kultura jest w tyłku? Moż ta cała banalność ma sens?

Jeśli chodzi o jankeskie podejście do europejskiej kultury, to do mnie bardziej przemawia ten filmik: http://www.youtube.com/watch?v=NPH1N6V82pk

Takie jest właśnie podejście Amerkanów do Europy :)

Poprawiłem link na wersję z polskimi napisami. Jak ktoś nie widział, to polecam. Najbardziej mnie mimo wszystko rozczula błyskotliwa riposta tej pani na koniec ;)

Ale gupi ci amerykanie ;P

@lapsus przecież w tym filmie pojawia się bardzo jaskrawa postać pseudo-mądrali - Paul, i do tego jeszcze prymitywna Jankeska, czyli narzeczona głównego bohatera. Oni by w pełni wystarczyli do kpiny z Amerykanów, która zresztą jako temat filmowy jest mocno nieświeża. Gil jest pokazany jako wtajemniczony miłośnik kultury i wrażliwiec. Dorabiasz ideologię.

Ale dla wtajemniczonych nawet ten wrażliwiec i miłośnik jest gupkiem - jego wyobrażenia o kulturze sa prymitywne, ergo skoro nawet gil nie, to już nikt. Nie ma ratunku, ten Titanic , zwany ameryka, pójdzie na dno.

Mimo wszystko uważam, że opowiadanie historii o tajemniczych muzach i podróżach w czasie tylko po to, żeby nazwać Amerykanów gupkami to byłby overkill. Gdybym przypuszczała, że o to chodziło, to pewnie oceniłabym jeszcze niżej za nadstawianie szyi pod brzytwę Ockhama.

Dla jednych jest to bardzo prymitywna rozrywka rodem z pseudo-intelektualnego American Pie, z drugiej powiedzenie - mam was w nosie wy gupki. Tak to działa.

Też nie sądzę, żeby takie były intencje Allena. Zresztą, nie przesadzajmy, wiedza Gila o tych czasach jest zdecydowanie ponad średnią europejską, więc nie sposób uznać, że jest on przedstawiony jako głupek. Jestem pewien, że nawet widz europejski nie wyłapuje wielu nawiązań. Tyle tylko, że co z tego. To jest wszystko mało pasjonujące i po prostu wtórne. Nie chodzi tu w ogóle o to, czy ktoś jest głupi, czy nie, tylko, że wszystkie żarty już gdzieś były - naśmiewanie się z głupoty Amerykanów, no, dajcie spokój, to ci dopiero oryginalny pomysł. A pomysł na pokazanie relacji damsko-męskich, to Allen ma od lat w kółko ten sam - wiadomo, że jak do siebie pasują, to nie pasują, a jak nie pasują, to pasują, a jak się rozstaną, to znajdą inną, albo nie znajdą. Ojej, ile można.

napierw piszesz, że sposób pokazania Hemingwaya jest uproszczony, potem że widz europejski nie jest w stanie wyłapać nawiązań... Ty cwaniaku ;)

A jesteś pewien, że każdy widz europejski wie, kto to była Gertruda Stein? ;P

w jednej z polskich zawodówek wiedzą ;P

Ależ OCZYWIŚCIE, że wiemy, kto to była Gertruda Stein. To ta, co miała potulną przyjaciółkę, Alicję:
http://www.youtube.com/watch?v=lvNli2mhEGY
http://www.youtube.com/watch?v=trS-BEUnaUg

No bo cały problem dla mnie lapsus w tym, że ja nie wiem, dla kogo to jest. Jeśli ktoś myśli, że Dali to twórca perfum, a Bunuel to jakiś jego nieznany kumpel, to nie ma się z czego śmiać. A jak ktoś wie, kim był Dali, Stein, Hemingway itp to też się nie ma z czego śmiać, bo film powtarza obiegowe prawdy. Więc ja się, pytam, po cholerę ten film (oczywiście po cholerę w sensie artystycznym, bo w sensie finansowym, to świetnie wiem po co).

Tak coś widzę, że chyba sam wpadłem we własne sidła, bo piszę, że film dla nikogo, a tymczasem wszystkim się podoba :)

Postawię tezę, że to dlatego, że to jest bardzo prosty i sztampowy film, który udaje mądry, więc łączy dwie cechy ukochane przez widzów: wtórność oraz złudzenie obcowania z czymś z górnej półki. Takie mydełko Fa ;)

Ciekawszym wobec tego pytaniem jest: komu się ten film nie podoba, skoro wszystkim się podoba?
Nie lubię myśleć o sobie jako o kimś przenikliwym i wymagającym, bo takim osobom nie podobają się filmy pokroju ultrawtórnego "Drive"...

O - i tu się zgadzam z szanownym Doktorem :)

@ doktor Bo ty za inteligentny jesteś, dlatego Ci się nie podobał. To film dla głupków o głupkach.

Doktorze, u mnie wygra ciekawość, ale interesujące, czy Ty będziesz konsekwentny w swoim postanowieniu.

No cóż, zachowawczo napisałem "chyba" :)

Ale zacząłem dostrzegać, że przez te kolejne średnie filmy Allena jakby mniej lubię jego stare dzieła, jakby mi się Allen rozwadnia. I dlatego może lepiej już nic nowego nie oglądać i zachować dobre wspomnienia?

Ja sobie rozdzielam 'starego' Allena od 'nowego', a jak zaczynam wątpić w 'starego' oglądając 'nowego, to sobie włączam coś z jego najlepszych czasów i się uspokajam. ;-)

Doktorze, masz moje pełne poparcie. Z wyjątkiem Brody'ego jako Dali, bo to mi się szalenie podobało.

To raczej Ty masz moje pełne poparcie, bo byłaś pierwsza :)

Jeśli o mnie chodzi, to nie zachwycałam się samą (mocno przerysowaną) postacią Hemingwaya, lecz urokiem osobistym Coreya Stolla. ;) Z filmowych postaci pasował mi tylko Dali. Chyba jednak zmniejszę ocenę z 6 do wyjściowej 5, bo jak teraz na to patrzę, to fakt iż spodobało mi się dwóch epizodycznych bohaterów, w tym jeden wizualnie, to jednak za mało by dorzucić dodatkową gwiazdkę.

A jak Wam się podobał Owen Wilson naśladujący manierę mówienia Allena? Muszę powiedzieć, że nawet mu to wychodziło, tylko za cholerę nie rozumiem, po co to było. Mnie to irytowało.

Po co to było? Pewnie po to, żeby wejść w rolę. Metoda Stanisławskiego? Grunt, że całkiem nieźle wyszło, bo naprawdę były takie momenty, w których Wilson przypominał mi Allena. Ten sposób mówienia irytował mnie przez chwilę, potem się przyzwyczaiłam.

Mnie ogólna wilsonowatość Owena Wilsona, w tym ciągłe składanie ust w zdziwioną trąbkę, przysłoniła jego wszelkie wysiłki, by naśladować kogokolwiek.

Mnie się własnie Owen podobał, bo świetnie zagrał Allena. Ciekawie to musiało na planie wyglądać... Może po prostu Allen napisał tę rolę dla siebie (nie znam historii scenariusza...).

Jest trochę przewrotności, jest interesująca otwarta kompozycja, na która ostatnio notorycznie trafiam, ale ten film jest albo za długo na ten scenariusz albo za mało jest w nim akcji. Spodziewałem się czegoś trochę lepszego. Allen dostaje oceny chyba już za samo nazwisko. Sympatyczny film, ale wątpię, bym z entuzjazmem krzyczał tytuł tego filmu, gdy mnie ktoś zapyta za jakiś czas, co chciałbym obejrzeć.

Film naprawdę niezły. Nie jest to arcydzieło, ale też Allen nigdy tak wysoko nie celował - jego filmy to przede wszystkim inteligenckie poczucie humoru. I
„O północy w Paryżu” bez wątpienia je ma. A do tego naprawdę pięknie pokazany Paryż. Jak dla mnie w sam raz.

Jak mawiają Rosjanie, "z piwkom pojdziot". Choć główny aktor miał zagrać niedoszłego pana młodego, a - jak ktoś słusznie zauważył - zagrał Woody'ego Allena, co było trochę scary...

redo123
Konfucjusz70
JussieHellstroem
MRZVA
Distaffhfc
Eurymedusa
bartje
xoxxos
MaciejO
tzr
tzr