Moon (2009)

Reżyseria: Duncan Jones

Rzecz dzieje się w niedalekiej przyszłości na księżycu. Astronauta Sam Bell kończy wypełnianie trzyletniego kontraktu z Lunar Industries, w ramach którego wydobywał Helium-3, cenne źródło energii...

Obsada:

Pełna obsada

Zwiastun:

Bardzo prosty i ładnie zrobiony film, ale w moim odczuciu nie do końca udany. Zaczęło się obiecująco, ale od kiedy na ekranie pojawiło się kilerów 2-óch straciłem zainteresowanie dalszym rozwojem wypadków. Jeśli ktoś nie przepada za tym gatunkiem to ten film też raczej nie zapisze mu się w pamięci.

Ale jeśli ktoś lubi ten gatunek i filmy takie jak Alien czy Space odyssey, to jest to dla niego pozycja. Ja byłem zachwycony, że zrobiono film, o którym marzyłem. Przeżyć samotną wycieczkę po Księżycu - coś pięknego.

dlatego dałem neutralne 5 bo jestem laikiem w tej tematyce - aczkolwiek moja odczucia po pierwszych 15 minutach były bardzo pozytywne, szkoda, że potem wyszła z tego taka papka. Chociaż byłem też zmęczony a film oglądałem bardzo późno. Może kiedyś do niego wrócę? ;-)

Popłuczyny po Odysei Kosmicznej. Duncan Jones obejrzał Kubricka, poczytał Lema, nie zrozumiał i zrobił film o strasznej korporacji. Ani to oryginalne, ani ciekawe, za to bardzo dosłowne i łopatologiczne. Po seansie nie zostaje nic, żadnego pytania, żadnego miejsca na dyskusję. Jeśli taki film wygrywa Edynburg to raczej nie ma sensu jechać tam za rok, lepiej się poopalać na plaży.

Dyskusja na IMDB zaczęta przez samego reżysera: http://www.imdb.com/title/tt1182345/board/thread/142863140?p=1 (nie czytajcie jednak przed obejrzeniem -- jeśli zamierzacie to zrobić -- bo zabierze was resztkę frajdy).

Szkoda. Nie wpisałam tego filmu na wishlistę, ale byłam blisko. :(

Tzn możliwe jest, że wielu się będzie podobał. Na IMDB ma zaskakująco wysoki ranking, sporo ludzi którzy napisali recenzje dali mu dziesiątki. Pomysł na film jest ciekawy. Na pewno imponujące jest że z budżetem 5 mln dolarów udało się zrobić film science fiction pełną gębą.

Niestety to tyle plusów. Mniej więcej w 1/3 filmu spadło napięcie (co się zdarzy za chwilę), cała akcja wydała mi się sztuczna, wydumana, nieprawdopodobna i średnio zagrana, a tłumaczenie widzowi po kolei wszystkiego co dzieje się na ekranie i poza nim -- żenujące.

Z tego powodu nie zdziwiłbym się jakby np. "Moon" dostał Oskara.

IMDb to IMDb, tam się różne rzeczy dzieją, natomiast średnia pozytywny recenzji krytyków na Rotten Tomatoes to 90%. Dlatego zaskoczyła mnie Twoja opinia, ale cóż, przyjdzie czas, to się przekonam... W sumie chyba na żaden inny film w najbliższym czasie tak bardzo nie czekam (po części ze względu na brak informacji o dystrybucji :) ).

Jak jesteś niecierpliwy to możesz przeczytać moją angielską recenzję, którą właśnie z siebie wyrzuciłem, mocno sfrustrowany tym co widziałem wczoraj: http://michuk.filmaster.com/review/moon-a-big-disappointment/

Fajny tekst, ale... no cóż, co prawda trochę podciąłeś skrzydła moim oczekiwaniom, ale możliwe, że dzięki temu film mi się kiedyś tam bardziej spodoba ;) We shall see, we shall see...

Ogólnie to po prostu miałem zbyt duże oczekiwania. W głowie urósł mi jakiś mit nowej Odysei Kosmicznej :) a to tylko dość ciekawy debiut początkującego reżysera, który nieco się pogubił, nie dopracował fabuły, trochę za szybko poprowadził narrację, przez co miodność mocno spadła. Ale będą z niego ludzie mniemam -- zwłaszcza, że już kręci nowy film sci-fi za większe pieniądze.

A Tobie Negrin może się spodobać bo jesteś zawsze nieco bardziej tolerancyjny ode mnie oceniając filmy (zazdroszczę, bo to pewnie znaczy, że masz większą frajdę z kina :P), a poza tym bez dużych oczekiwań możesz się rozczarować pozytywnie (uwielbiam to sformułowanie).

A ja go z chęcią obejrzę. Ma w większości pozytywne recenzje. Sam fakt, że akcja rozgrywa się na księżycu niezwykle mnie kręci. Fan gatunku na pewno znajdzie w nim coś ciekawego. Scenografia i pojazdy wyglądają znakomicie.

I nawet możliwe że Ci się spodoba, a na pewno bardziej Ci się spodoba niż mi bo z natury jesteś bardziej tolerancyjny dla tego rodzaju filmów.

Ale nie licz na wielkie dzieło, które zachwieje historią science-fiction, bo możesz się przeliczyć :)

Na WWF film odebrano entuzjastycznie owacją na stojąco. Wygrał też tegoroczny festiwal filmów science fiction w Sitges. Trzeba zobaczyć.

! SPOILER ! - main plot !
Przeczytałem Twoją recenzję Moon (eng) michuk. Częściowo Cię rozumiem bo zapożyczeń faktycznie jest sporo ale całość tworzy niesamowicie klimatyczną i (mimo wszystko) oryginalną całość. Niemal całkowicie zgadzam się z komentarzem/recenzją ChrisKnippa. Ten film nie jest o kosmosie, księżycu a nawet częściowo tylko o AI - ten film jest o człowieku i jego psychicznej kondycji. O tym jak odbiera świat, jak reaguje w określonych warunkach, kiedy decyduje się na z pozoru irracjonalne zachowania (vide scana poświęcenia 3-letniego podupadającego już na zdrowiu Sama na rzecz swojego nowszego odpowiednika - nie chciał aby żona zobaczyła go w takim stanie <-- gorzki żart (ponieważ ten klon wiedział już, że osoba którą tak bardzo kochał nie żyje). Porównanie paranoii towarzyszącej Samowi (ChrisKnippa) do twórczości Kafki jest niezwykle trafne.

Nie wiem czy czytałeś wywiady z reżyserem Michuk... tłumaczy w nich, że bardzo brakowało mu filmów s/f w stylu lat 70ych i 80ych. Postanowił więc stworzyć taki samemu - dzieło, w którym to człowiek byłby na pierwszym miejscu a nie kosmos.

Zapraszam do przeczytania mojej recenzji Moon: http://kinomania.wordpress.com/2009/10/13/moon/

Powtorze tu moj komentarz z recenzji Negrina opublikowanej na http://www.ofilmie.pl/wff/moon/

Mi jednak ta wtórność przeszkadzała. Ale może bym ją przełknął, gdyby nie inna wada “Moona” — zupełny brak wyczucia narracyjnego, szczególnie tak od 1/3 filmu, kiedy zaczyna wszystko dziać się szybciej. Dla mnie za szybko. Nie zdążyłem jeszcze przełknąć początkowego zachwytu nad świetną scenografią fajnym wyciszonym klimatem filmu, a nagle zostałem zaskoczony rozwiązaniem całej akcji (mniej więcej w połowie filmu), tylko po to, aby w dalszej części śledzić zupełnie przewidywalne już losy “bohaterów”, bez napięcia, z coraz większym zniecierpliwieniem Może na zbyt dużo się nastawiałem bo zachwytach krytyków i nagrodą w Edynburgu (a film widziałem tuż po Nowych Horyzontach, czyli naszpikowany oryginalnością we wszystkich możliwych barwach), ale niestety film oceniam jako kiepski, dając mu ledwo 4/10 głównie za realizację techniczną przy tak małym budżecie (chyba 3 mln USD) Zdecydowanie wolę już Dystrykt 9, który nie pretenduje do ambitnego kina, a więcej po nim miałem refleksji, a już na pewno frajdy

"Zdecydowanie wolę już Dystrykt 9, który nie pretenduje do ambitnego kina, a więcej po nim miałem refleksji, a już na pewno frajdy"

I tu dochodzimy do clou różnic w ocenie filmu. Każdy szuka w filmach czego innego, preferuje inne środki wyrazu, odbiera inaczej warstwę graficzną, grę aktorską, tempo wydarzeń. Mi na przykład wydawało się że w Dystrykcie 9 jest tak, że na poczatku jest wielkie bum a potem akcja caly czas zwiększa swoje tempo. Znajomy natomiast twierdził, że miejscami bardzo zwalnia - jest nierówna. Każdy w kinie szuka czego innego i preferuje inne środki wyrazu/tematy. Ty Michuk widocznie nie gustujesz w tego "sortu" filmach co Moon.

A jaki to sort filmów? Taki z nierówną narracją, w której po połowie już wszystko wiem i zaczyna mnie nudzić? :>
Ewidentnie nie gustuję w takich filmach, to fakt.

Przejrzyj moje oceny albo lepiej moje oceny filmów sci-fi, to dowiesz się jakie filmy lubię. Są wśród nich i bardzo wyciszone, powolne i z założenia obrazy z mnóstwem dłużyzn, są też szybkie filmy akcji. "Moon" skojarzył mi się trochę ze Slumdogiem z początku roku -- chciał być chyba trochę tym trochę tym i wyszło takie niewiadomoco. Przynajmniej ja to tak odebrałem.

"Przynajmniej ja to tak odebrałem." Dokładnie! Faktycznie może trochę drażnić, że największa "tajemnica" - punkt kulminacyjny został przeniesiony z tradycyjnej końcówki filmu na mniej więcej początek. Ale moim zdaniem to jest, nie dosyć że oryginalny zabieg, ale i trik umożliwiający skupienie się na relacjach psychologicznych bohaterów. Moim zdaniem "akcja" w tym kluczowym momencie siada na moment minimalnie. Później robi się coraz ciekawiej (świetny kawałek Mansella: http://eidesis.tumblr.com/post/211757158/clint-mansell-moon-ost-10-sacrifice)

Pierwsza część dzienników gwiazdowych Lema zmiksowana z teorią "za tym stoi system". Pozostaję zmieszna bardziej niż wstrząsnięta.

Spodziewałem się więcej, znacznie więcej. Muzyka Mansella wprawia w stan hipnozy, nie mniej jednak sam film nie jest już tak świetny. Trudno mi zresztą pojąć, na czym polega jego fenomen( już któryś raz z rzędu słyszę, że zdobywa kolejno nagrody na festiwalach), ale w sumie nie ma też co narzekać.
Jones zrealizowałem poprawne s-f, a miał szansę na arcydzieło.
Podsumowując- nie powala, ale warto zobaczyć.

Zmiana oceny dosyć spora, spowodowana kolejnymi seansami ;)

Klimat najlepszych produkcji s/f został osiągnięty. Sam Rockwell zagrał olśniewająco Sama Bella 8) Pytania o kondycję człowieka są aktualne i dziś w dobie zbliżającego się kryzysu energetycznego i klimatycznego (nie mówiąc o niedawnym finansowym). Mistrzowski popis Clinta Mansella w ścieżce dźwiękowej tworzy "kosmiczną" jakość dzieła Duncana Jonesa.

Pomysł na film niestety o wiele lepszy od realizacji. Sporej ilości rzeczy w tym obrazie brakuje. Nie brakuje za to muzyki, której jest aż za dużo i która czasami naprawdę przeszkadza (przynajmniej mnie przeszkadzała).
Szkoda, bo mogło być naprawdę znacznie, znacznie lepiej.

Muzyki za duzo? Muzyki Clinta Mansella za duzo? To tak jakby powiedziec, z w Requiem dla Snu bylo za duzo muzyki

W Requiem dla Snu zdecydowanie bardziej pasowała mi ta muzyka, choć i w Moonie oprócz realizacji technicznej (wiedząc o wielkości budżetu) to główna zaleta filmu.
To co mnie najbardziej irytowało w Moon to chyba to samo co ludzi irytuje w Dystrykcie 9 -- spłaszczenie fabuły, nie wykorzystanie szansy. Film trzymał mnie w napięciu przez pierwsze pół godziny. Następnie dowiedzieliśmy się wszystkiego i napięcie padło. Pozostałe 2/3 to już zwykły film akcji, tylko że w zwolnionym tempie. Nic nowego się nie dowiadujemy. Reżyser nie stawia też żadnych nowych pytań. Szczerze się wynudziłem, ale nie z powodu wolnego tempa (od "Los Muertos" Alonso żaden film mnie tu nie zagnie) ale z powodu zupełnego braku zainteresowania jak bohaterowie rozwiążą swój problem.

Queerdelys, dla mnie zdecydowanie za dużo, kilka scen mogłoby się swobodnie rozegrać w ciszy. Aczkolwiek ja po prostu nie jestem fanką Clinta Mansella. I w "Requeim" rzeczywiście dużo bardziej muzyka pasowała do nastroju filmu.
Faktycznie, też miałam poczucie, że mnie guzik obchodzi, jak bohaterowie ze swojej sytuacji wybrną, za to też wielki minus.
Natomiast piastuję w sobie cichą nadzieję, że skoro pan Duncan Jones ma w sobie takie, a nie inne geny, to jeszcze nas pozytywnie zaskoczy.

Kocham ten film, bylam na nim juz dwa razy, uwazam, z jest doskonaly pod kazdym wzgledem (ok, jest jeden logiczny problem, ktory mam, ale jest tylko jeden), Muzyka Clinta Mansella jak zawsze robi swoje, a Sam Rockwell zasluguje conajmniej na nominacje

Pod względem fabuły również? Porównując do klasyków science-fiction? Wykaż mi proszę tę doskonałość jakoś łopatologicznie, bo niestety umknęła mi całkowicie :>

Coś w tym musi być, bo trailer mnie zachwycił.

Zaskakująco dobry - muzyka, klimat, sam pomysł. Aż chciało się oglądać i chłonąć ten film. Ciekawe zakończenie.

Troszkę lepiej niż średni, niestety nie powala... Nie jest nawet dobry. Szkoda, bo zapowiadało się coś świetnego (z opinii i opisów)...

Przemyslalam to. Moon jest filmem doskonalym. Jest kameralny, muzyka jest niezwykla, gra aktorska powalajaca i stawia wiele pytan dotyczacych samotnosci i czlowieczenstwa.

Tyle, że te same pytania 40 lat temu postawił Lem Stanisław...

Jeśli film jest świetnie nakręcony to co to szkodzi?.

Odbieram Moon jak próbę zaadaptowania strzępów filozofii egzystencjalnej do możliwości masowego odbiorcy. Próbę z wiadomych względów obwarowaną licznymi ograniczeniami. W efekcie powstał , film który oglądało mi się właściwie bardzo przyjemnie, ale absolutnie nie zapisał się w mojej pamięci.

Jakie strzępy filozofii egzystencjalnej masz na myśli?

Przede wszystkim podstawowe pytania czym jest człowiek i co stanowi o jego indywidualności. Dla mnie ten film obrazuje hipotetyczną sytuacje konfliktu, sprzeczności, która podważa autentyczność tożsamości opartej, na zapisanych w pomięci doświadczeniach. Wyprzedzając twoje ewentualne wątpliwości: pisząc o filozofii miałem na myśli ogół przemyśleń na temat egzystencji, a nie konkretnie sam egzystencjalizm, z którego sam znam „strzępy”:)

Już w pierwszym zdaniu rozwiałeś moje wątpliwości. :-) Dzięki za odpowiedź.

A ten temat to chyba najlepiej - wszerz i wzdłuż - na gruncie kultury popularnej przerobił PKD (Philip Kindred Dick). W książkach i pośrednio filmach. Z filozoficznego punktu widzenia miał trochę więcej do powiedzenia w tym temacie niż twórcy filmu Moon. Co sądzisz na ten temat? Interesują Cię te zagadnienia? Znasz prozę PKD/filmy na jej postawie ?

Nie czytałem niczego autorstwa PKD. Nosiłem się z zamiarem sięgnięcia po coś, zaraz po obejrzeniu „Przez ciemne zwierciadło”, ale minęło kilka lat i jak na razie się nie udało. Jeśli chodzi o filmy, to kilka widział. Na tej podstawie mogę powiedzieć, że fantastyka poruszająca tego rodzaju tematykę przemawia do mnie, pozostawia jakiś ślad w głowie. Nigdy jednak nie próbowałem grzebać w tym temacie, w jakiś bardziej systematyczny sposób.

"Przez ciemne zwierciadło" to drugi najlepszy film na podstawie Dicka. Choć nie rozpoczynałabym czytania Dicka od tej powieści.

Co byś, w takim razie, poleciła na początek? Mam ostatnio więcej czasu, może coś się uda przyswoić.

Od najlepszych rzeczy najlepiej zacząć. ;-) Czyli wg mnie albo od najlepszych powieści, czyli np. "Ubik", "Trzy stygmaty Palmera Eldritcha" albo od najlepszych opowiadań, wg mnie to te ze zbiorów "Oko Sybilli", "Czysta gra" (są to opowiadania chronologicznie późniejsze). Wątki z opowiadań były często przez PKD rozwijane w powieściach, zafiksowywał się na pewnych motywach, tematach. Jego książki to zapis szaleństwa. Tzn. zgłębiał tematy, o których lepiej nie myśleć, jeśli chce się pozostać przy zdrowych zmysłach. Był nieprzystosowany i jego książki dobrze ilustrują, co się działo w jego głowie. Po prostu odpuścił sobie "normalność". Jak każdy szanujący się filozof. ;-)

z tego co można wyczytać w jego biografii pióra Sutina Dick był chory psychicznie (miał depresję maniakalno prześladowczą czy jakoś tak), a do tego szprycował się dużą ilością chemikaliów (narkotyki różnej maści, czy psychotropy nie były mu obce).
Co do polecanych powieści to ja podpisuję się pod postem Lamijki (Trzy stygmaty to moja ulubiona pisanina Dicka).

On miał zdiagnozowany szereg chorób psychicznych, ale na ile z nich faktycznie cierpiał... Choroba psychiczna to skomplikowana sprawa. I w dodatku narkotyki. Taki a nie inny sposób życia to częściowo jego wybór. Trudno powiedzieć na ile. Tak samo jak w przypadku każdego człowieka. Oczywiście czytałam książkę Sutina. Chociaż i bez niej widać po tym, co pisał PKD, że musiał brać narkotyki i zgłębiał temat chorób psychicznych. Ale jego prozy nie nazwałabym 'pisaniną' (nie wiem, czy użyłeś tego słowa w celu deprecjacji wartości książek PKD, ale tak to brzmi). To ciekawa literatura.

oj, tak, ta "pisanina" to przypadek, niegdyś zaczytywałem się w twórczości Dicka i zaraz po Lemie to mój najulubieńszy pisarz s-f :)

No to pięknie. Też jestem wielbicielką prozy Lema. Chociaż.. muszę Ci się przyznać, że kilka miesięcy temu próbowałam przeczytać "Opowieści o pilocie Pirxie" i... nie dałam rady! Znudziły mnie potwornie. Cieszę się, że ta książka nie była moją lekturą w szkole, bo bym długo pewnie po Lema po tym doświadczeniu nie sięgnęła.

A Dick u mnie był przez długi czas na pierwszym miejscu. Dawno nic spod jego pióra nie czytałam. Niedawno przeszłam na ciemną stronę mocy i czytam fantasy. ;-) Ale pewnie niedługo mi minie. ;-)

No proszę :)
Co do Pirxa to nie czytałem go od liceum. Natomiast ostatnio wchłonąłem po raz nie wiem już któy Solaris i Niezwyciężonego i znowu miałem sporo przyjemności z lektury.
A czytywałaś jakiś innych klasyków s-f? Clarke'a, Heinleina, SiImaka? Może jakiś innych, może mogłabyś coś polecić?
Ja jakiś czas temu wróciłem, również po długiej przerwie do "Robota" Wiśniewskiego-Snerga i znowu wbił mnie w fotel. Miałaś okazje czytać tą powieść?

Źle odpisałam na Twój post. Patrz niżej, komentarz z godz. 20:54.

Wstyd się przyznać, ale "Robot" od kilku lat stoi u mnie na półce i nawet zaczęłam go kiedyś czytać, coś mi przerwało i nigdy nie wróciłam do lektury. Na Biblionetce mówimy często ze śmiechem, że swoich książek nie czytamy, bo po pierwsze trzeba przeczytać pożyczone. Niestety, często zaniedbuję książki, które mam na wyciągnięcie ręki. Z tego też powodu słabo znam Dukaja. Zalega mi na półce. Ale sobie obiecuję, że jak pooddaję wszystkie napożyczane książki, to Dukaj będzie pierwszy w kolejce..

Znam tylko pojedyncze książki wymienionych przez Ciebie autorów. Heinleina znam ze słyszenia. Co polecasz na początek?

Ja lubię fantastykę filozofującą, stąd, jeśli nie czytałeś przyjrzyj się tej książce: "Historia twojego życia" Ted Chiang (http://www.biblionetka.pl/book.aspx?id=61137). Uwielbiam też Marka Huberatha: http://www.biblionetka.pl/author.aspx?id=542 Jestem też wielbicielką prozy Ursuli le Guin: http://www.biblionetka.pl/author.aspx?id=245 i Strugackich: http://www.biblionetka.pl/author.aspx?id=45250 A z takich autorów na pograniczu fantastyki i literatury głównego nurtu, to Sorokin (http://www.biblionetka.pl/author.aspx?id=10706) i Pielewin. Oczywiście uwielbiam Zajdla i dodatkowo zachwyciły mnie jakiś czas temu opowiadania Zimniaka. A poza tym, jeśli jeszcze nie miałeś przyjemności - zapraszam do Biblionetki! :-)

Z tym nieczytaniem własnych książek to jest coś na rzeczy. Mam i ja sporo takich na półce, nawet kilka Dicka (np. Valis (!) czy Dr. Futurity).
Co do Heinleina to prawdę mówiąc czytałem chyba tylko 3 pozycje, z czego całkiem całkiem jest "Obcy w obcym kraju" (zdaje się że najsłynniejsza jego powieść ) czy "Hiob - komedia sprawiedliwości". Jeśli chodzi o Simaka to dość nierówny pisarz, ale "Miasto", pamiętam, robiło wrażenie. Co do Clarke'a to na pewno, o ile jeszcze nie czytałaś, warto zaliczyć przynajmniej Odyseję :) i zbiór opowiadań "Spotkania z meduzą", jest w nim sporo bardzo pomysłowych tekstów, choć przeciętnych stylem.
W Strugackich też się kiedyś zaczytywałem, połknąłem większość ich najpopularniejszych powieści, bardzo dobre.
Z pozostałych które wymieniłaś znam tylko Le Guin i akurat za nią nie przepadam. Chętnie rzucę okiem na resztę. Dzięki :)
A Biblionetkę znam, mam tam nawet konto, choć krótko i jeszcze nie zdążyłem się tam porządnie rozgościć ;)

Zdjęcia z powierzchni księżyca są wspa-nia-łe, Mansell jak zwykle pokazał klasę, klimat osamotnionej bazy dość udatny. Ale scenariusz jest mało nowatorski, pomysł z "chcę-ci-pomóc" komputerem naiwny. W dodatku zmarnowano potencjalną zagadkę (czyt. okazję do wpędzenia widza w paranoję), co zawsze powoduje, że człowiekowi opadają ręce. No... ale jednak ładny ten "Moon", ładny. Więc na plus.

ja też myślałam że to będzie bardziej film o szaleństwie, ale mimo wszystko zaakceptowałam alternatywę;p pewnie i na niekorzyść ta zmiana, ale chyba byłby dla mnie jeszcze smutniejszy, gdyby Sam po prostu oszalał. chociaż nie wiem, przynajmniej SPOILER miałby naprawdę rodzinę i przeszłość

Nie przeszkadzałoby mi, gdyby film był i o jednym i o drugim.

Dla mnie brak szaleństwa był dużą zaletą, bo od początku spodziewałem się właśnie, że wszystko w mniejszym lub większym stopniu dzieje się w głowie Rockwella. Tymczasem prawda nieźle mnie zaskoczyła i nie żałowałem, że skusiłem się na "Moon" z praktycznie zerową wiedzą na temat jego fabuły. Podobnie zresztą było z komputerem, na który jako sierota po Kubricku patrzyłem cały czas przez pryzmat HALa i ciągle wydawało mi się, że zaraz coś wywinie, a tu nie, niespodzianka, i w dodatku bardzo ładna.

Klimat i piękno totalne "Moon" to osobna historia, na palcach dwóch rąk, a może i jednej, mógłbym policzyć filmy, które aż tak mnie urzekły.

W zasadzie nawet nie chodziło mi o jakąś jednoosobową psychozę, tylko np przerzucanie narracji z jednego klona na drugiego, tak by widz nigdy nie był pewien, z kim ma akurat do czynienia. Tak było na początku i pociągnięcie tego nieco dalej mogłoby dać ciekawy efekt. Ale to takie moje wishful thinking, ostatecznie to Jonesa film, nie mój.

Tak, ja też się spodziewałam, że komputer zaraz zrobi coś strasznego, ale przestałam w chwili gdy stało się oczywiste, że GERTIE współpracuje z klonami przeciwko korporacji (stało się to stosunkowo wcześnie). Już prędzej spodziewałam się szalonych czynów ze strony któregoś z Rockwellów.

Gertie nie współpracował z klonami PRZECIWKO korporacji. Korporacji zupełnie nie robiło przecież czy klon dowie się prawdy czy nie. I tak będzie zawsz kolejny klon i kolejny, który znów urodzi się nieświadomy. Gertie współpracował po prostu z klonami - był zaprogramowany by im pomagać (naiwne to oczywiście bo długo jeszcze, albo i wcale, nie będzie możliwości zaprogramować w ten sposób komputera, ale tak stało w scenariuszu).

Zgadzam się za to, że pociągnięcie dłużej tajemnicy i tego przeskakiwania między kolejnymi klonami bez informowania o tym, że obcujemy już z nowszym modelem, dodałoby dramaturgii i podtrzymało zainteresowanie fabułą. Od czasu kiedy pojawiły się na jednym planie dwa klony, napięcie (ale i -- co gorsza -- zainteresowanie) u mnie siadło. Zaczął się jakiś sensacyjniak z przewidywalnym zakończeniem, czyli zupełnie co innego niż to co sugerował film po pierwszych, przyznam -- znakomitych -- scenach.

No tak, Gertie był ogólnie pro, a nie kontra. Ale uważam, że korporacji powinno zależeć na utrzymaniu przed klonami tajemnicy - klon poinformowany zaczyna się robić nieprzewidywalny, czyli potencjalnie niebezpieczny, nawet jeśli ma się wynajętych kilerów. Inna rzecz, że taki sympatyczny i milutki komputer w filmie to jakaś anomalia. :)

No właśnie. W filmie jest moment konfrontacji dwóch Rockwellów, uwidacznia się oczywista sprzeczność, światopoglądy jednego i drugiego zostają podważone. Najpierw się wzajemnie ignorują, potem przez chwile przepychają,... po czym nagle mówią: ok nic do ciebie nie mam, współpracujmy... Nie kupuje tego:) Na bazie tego pomysłu można było zrobić zupełnie inny film. Autor chyba wolał coś bardziej zjadliwego.

[Spojlery!] Z drugiej strony - co innego mieli zrobić. Współpraca to najlepsza strategia przetrwania w tym wypadku. Z chwilą gdy okazało się, że obaj są tylko klonami, rozpoczęli jazdę na wspólnym wózku. Mogliby się jeszcze zdecydować na walkę o tożsamość i to ewentualnie mogłoby być ciekawe. Ale ostatecznie wyszło na to samo - jeden wrócił na Ziemię jako "prawdziwy" Sam, drugi mu to umożliwił.

[Duży zły spoiler, duży zły spoiler i długie zdanie w nawiasie, żeby na głównej nie spoilerować] Eee... Może źle Cię zrozumiałem, ale on nie wrócił jako prawdziwy Sam, na Ziemi wiedzieli, że to klon. Nawet w zakończeniu w tle było słychać transmisje telewizyjne mówiące o skandalu i oskarżeniach w stronę korporacji, która prowadziła stację na Księżycu.

[spojlery makabryczne, absolutnie omijać jak się nie widziało!] Nie no, nikt nie mógł mieć wątpliwości, że coś jest nietak, skoro gość wraca po kilkunastu latach nieobecności zupełnie się nie postarzawszy. Chodziło mi o to, który z dwóch klonów stanie się "właściwym Samem", czyli tym, który wróci na Ziemię do rodziny itd. Dam cudzysłów, bo faktycznie niejasno się wyraziłam. :-/

(SPOILER) Na ziemi wiedzieli, że to klon, ja też jestem tego pewna. Walki o tożsamość nie było, bo łatwiej chyba jest przyswoić sobie, że jest się klonem po paru dniach życia na jakiejś stacji na księżycu niż spędzając tam trzy lata, dlatego moim zdaniem wyjaśnienie było przekonywujące.

@queerdelys odpowiadaj proszę pod konkretnym komentarzem, w wątku - inaczej burdel się w dyskusji robi.

Rockwell 2 był na stacji krótko, ale miał przecież zaprogramowane (na oko) trzydzieścikilka lat życia oryginału:) Można w sumie przyjąć, że dłuższy czas odgrywania roli, sprzyja silniejszej z nią integracji, ale jeśli mówimy o klonach i programowaniu osobowości to tylko gdybanie:) Właściwie chodzi mi o jakiegoś rodzaju uproszenie. Do samego upraszczania nic nie mam, ale w Moon poszło to chyba odrobinę za daleko. Na gruncie poważnego problemu powstała, dosyć banalna historia.

SPOILER! No, raczej żaden z nich nie miał wrócić do rodziny Sama, bo z konwersacji jaką ten chory odbył z ziemią, można wywnioskować, że
a) jego żona nie żyje
b) jego córka, którą widział w wiadomościach od firmy jako niemowlę już ma 15 lat, więc minęło 15 lat
c) w tle słychać oryginalnego Sama.

[Spojler straszliwy, chociaż może i nie, bo wygląda na to, że czegoś nie zaczaiłam] Kurczę, wydawało mi się, że żona znalazła sobie kogoś innego, a oryginalny Sam zmarł na księżycu. Widocznie nie rozpoznałam głosu. Wrócić do rodziny = zobaczyć córkę, 15-letnią to już trudno.

To w takim razie cały wątek egzystencjalny diabli wzięli. :)

[spoiler, bu! jeśli nie widziałeś/aś filmu, wyrosną Ci włosy między palcami, jak tu zajrzysz] I dobrze, że wzięli, bo tak jest lepiej :) Pierwszy Sam chce uciekać, potem ucieka drugiego, chociaż tak naprawdę perspektywy są średnie - z "powrotu" na łono "rodziny" raczej nici, życia nie zostało mu za wiele, bo i tak za 3 lata się zdegraduje (chyba, że coś pokręciłem, akurat tutaj mam nie wiedzieć czemu przymgloną pamięć). Jest w tym tyle chęci życia i takiego buntu dla samego buntu, że nie wiem, piękne to.

[faktycznie przyda się rozbudowany tag: spolier, żeby nie trzeba było pisać absurdalnych tekstów w nawiasach] Nie, oryginalny wrócił po dwóch latach misji do żony, a na stacji od tego czasu robiono jego klony (nie wiem czy za zgodą oryginału czy bez). Wrócił więc klon aby rozpocząć nowe życie.

Teraz z kolei na mnie przyszła pora, żeby niejasno się wyrazić, ale to chyba specyfika dyskusji o tym filmie. Oczywiście z tym "pierwszym Samem" chodziło mi o tego klona, który już był bliski śmierci, nie oryginalnego Sama.

Nie oglądałam jeszcze filmu, toteż przeleciałam tylko ostrożnie wzrokiem Wasze spoilery i się popłakałam ze śmiechu :)

Prosta historia w kosmosie. Nic mądrego, ale ogląda się całkiem nieźle. Zaskakująca rola Kevina Spacey. Do HAL'a mu daleko ;)

Jako fan kina s-f zostałem powalony geniuszem tej produkcji. Podobało mi się w nim absolutnie wszystko.

Nie powiem, żeby podobało mi się tak bardzo jak Tobie, ale owszem, potrafi powalić tym i owym :)

Bardzo, bardzo, bardzo fajna produkcja. Wciąga, przyciąga, nie daje nawet przez moment zająć się czymś innym. Takie kino s-f lubię!

Nie podchodziłem do tego filmu jak do arcydzieła, ostrzeżony na filmasterze i dobrze, bo szansę na zapisanie się w dziejach kina sf Moon ma małą szansę. Historia nie powala, głównie dlatego, że to już gdzieś było. Broni się względami technicznymi- dobra muzyka, zdjęcia, wspaniałe kadry z powierzchni księżyca, klimatyczna scenografia, chociaż tyle kątów prostych i załamań chyba nie jest najlepszym pomysłem. Pomocny i jednocześnie inteligentny komputer to straszny anachronizm.

Właśnie nie! Właśnie, że tradycją jest komputer a la evil genius. Od początku spodziewałam się, że GERTY będzie wredny i byłam trochę zawiedziona, że nie był. :)

Może jest tradycją filmową, ale literatura w swoim czasie zachłyśnięta była możliwościami techniki, która miała iść ramię w ramię ku poznaniu ostatecznych tajemnic. Na swój sposób "Moon" nawiązuje do takiego modelu- szczęśliwi ludzie, pokój, rozwiązane wszystkie problemy i do takiego obrazu pasuje komputer- pomocnik. GERTY jest bez wątpienia inteligentny, a jednak poświęca się- kasuje swoją pamięć. Skąd takie zachowanie? Przecież nie z altruizmu, skoro nie ma uczuć (interfejs z buzią to kiepski pomysł).

Faktycznie był i taki trend w literaturze SF.
A GERTY... Co poniektórzy twierdzą, że GERTY spełnia prawa robotyki Asimova. Priorytetem było dla niego chronienie człowieka zamieszkującego stację, dlatego skasował pamięć. Oczywiście nie chodzi tu o altruizm, ale o to, jak GERTY był zaprogramowany.
Buźka wg mnie jest cool. Wyobraź sobie parę lat samotnie na księżycu - widok ludzkiej twarzy, nawet rysunkowej, to zawsze jakaś drobna radość.

To jeden z najbardziej oryginalnych i interesujących filmów science fiction minionej dekady. Produkcja w reżyserii Duncana Jonesa z niemalże monodramatyczną rolą Sama Rockwella, pozbawiona futurystycznych, zapierających dech w piersiach efektów specjalnych poraża minimalizmem, znakomitymi odwołaniami do literackiej klasyki (Dick, Lem, Asimov), silnym zakorzenieniem w schemacie thrillera psychologicznego z tajemnicą, która, co we współczesnym kinie jest jednak rzadkością – zaskakuje.

co dobitnie świadczy że z kinem science-fiction jest bardzo źle...

Pewnie i jest źle, ale mimo wszystko w konfrontacji Księżyc vs Dystrykt 9 moim zdaniem Księżyc wygrywa o dwie długości.

To inny typ filmu. Moon to nieudane kino egzystencjalne, Dystrykt to udana sensacja z kosmitami :)

Moim zdaniem wygrywa o cztery długości. Z następujących powodów:
a) Moon ma jakieś ambicje, tylko nie do końca spełnia oczekiwania. Dystrykt 9 jest totalnie bezmózgą strzelaniną przypominającą grę komputerową. Gatunkizm to oczywista oczywistość. Dlaczego obcy to humanoidalne istoty o układzie trawiennym ssaków (sądząc po upodobaniach)? Przecież to najbardziej zgrana forma.
b) W Księżycu zadbano o realia, baza, łaziki wszystko w miarę rzeczywiste. W Dystrykcie statek unosi się nad miastem, oczywiście żadna dzielnica ie została ewakuowana. Jeden z kosmitów przez lata zbiera paliwo, które ma mu pozwolić dolecieć do domu. Pytam się, jakim cudem statek bez paliwa, ani innego (jak jest sugerowane) źródła energii unosi się przez 20 lat nad powierzchnią ziemi? Przecież to idiotyzm czystej wody (mam na dzieję, że nie ma tu fizyków, którzy uświadomią mi, że przez jakieś zjawisko kwantowe jest to możliwe :P).
c) Pierwszy film nie stara pogwałcić mojego poczucia estetyki. Oderwane głowy nie latają, jucha nie wali w ekran. Nikt sobie nie obcina palców.
d) Tempo, Dytrykt 9 to gra akcji nie film. Nie ma nawet chwili by odpocząć od rozbryzgów. Moon jest powolny, pozwala na kontemplację krajobrazów księżyca, wnętrz stacji. Estetycznie dużo wyżej.

Widzisz, ja jestem odmiennego zdania. Wolę bezmózgą strzelankę (choć Dystryktu 9 za taką nie uważam) z klimatem niż nieudany film do kontemplowania.

Dodatkowo, zupełnie nie zgodzę się, że w Moon zadbano o realia. Wystrój statku, sam księżyc - jasne, fajnie oldschoolowo zrobiony, zwłaszcza, że nie było kasy na CGI. Ale już realizm zabezpieczeń (umożliwiający klonom łatwo zorientować się w swojej sytuacji) przykładowo pozostawia wiele do życzenia.

Więcej pomyj na Moon wylałem w recenzji: Moon: Popłuczyny po Lemie i Kubricku, a Dystrykt 9 chwalę w notce Obcy bardziej ludzcy od ludzi.

"Moon" to hiperbomba jeśli chodzi o science fiction. Zahipnotyzował mnie i wgniótł w fotel. Polecam.

Największą wadą Moon jest swoista literackość tego filmu. Mam wrażenie, że lepiej by się to czytało niż się ogląda. Inna sprawa, że film ma ewidentne braki wynikające z niewielkiego budżetu - w pewnych momentach czuje się, że reżyser niespecjalnie mógł rozwinąć skrzydła.

Porządny film SF, czerpiący z najlepszych utworów gatunku. Nie przełom, nie wielkie dzieło, ale dobry film wart poświęconego czasu. Polecam.

Film jednego aktora z fenomenalna muzyka Mansella.

Jeszcze jest drugi, tylko że z offu.

no tak, chodzi o to, że Rockwell dominuje :)
Jest jeszcze przecież głos Spacey, Overmeyers (Reynholm z IT Crowd) i jeszcze parę innych postaci :)

Przesłanie Moon, jak już zauważył michuk, nie jest specjalnie nowatorskie, ale warto go obejrzeć dla Sama Rockwella i Kevina Spacey (grającego tutaj tylko głosem). Atmosfera stworzona w filmie jest fenomenalna. Oglądając go czułem się jak podczas pierwszego czytania opowiadania Odruch warunkowy z cyklu Opowieści o pilocie Pirxie, jeszcze w podstawówce. Dodatkowe punkty za Robota, który przestrzega 3 praw robotyki Asimova, przez co różni się zdecydowanie od kinowych pierwowzorów takich jak HAL.

Całe szczęście, że o klonowaniu mówi się jeszcze w kategoriach s-f i do masowości temu zjawisku daleko. Przyjemny film: ciepły i emocjonalny. Dość naiwny, może nawet banalny, ale dobrze się ogląda. (Jeśli dobrym nazwać można 2godzinne napięcie). A, i zdjęcia. Piękne.

Temat został potraktowany w kategoriach nieco dalszych od SF w świeżutkim "Never let me go" - i zdaje się, że to nawet dobry film jest. Ciekawe czy będzie u nas w kinach.

Będę polować, Esme. Dzięki :-)

Polska premiera kinowa planowana na 4 marca 2011.

Pójdziem i zobaczym. Obrigada.

Chyba nie powinnaś spoliować w pierwszym zdaniu :P
No i jak mogłaś nie napisaś o muzyce?!

Spoiler? Przecież to fakt z życia, a nie zdrada fabuły. Poza tym po projekcji "Hair" chwilowo mało mnie obchodzi, co powinnam, a czego nie ;)
A muzyka... hmm... dziwne, ale kompletnie jej nie pamiętam! Poniewóż jednak zareagowałeś bulwersem, to sprawdzę dzisiaj, skąd moja amnezja.

Pewnie że bulwers, muzykę napisał Clint Mansell i więcej nie muszę mówić chyba? :)

Jakąż pokutę nam na się nałożyć? To wszystko przez zaćmienie Księżyca. ;))

Nie wiedziałem, że masz na imię Księżyc ;))

................. Leżę. ;))

No to zerknęłam jeszcze raz w Księżyc i już wiem. Ta muzyka mnie nie zachwyciła po prostu. Możliwe, że tak genialnie dopasowała się do klimatu filmu, że stanowiła jego nierozerwalną część w odbiorze i stąd moja "nieuwaga". Jednak prawdę mówiąc, nie uważam, żeby była wybitna. Pamiętam doskonale dźwięki z Requiem dla snu czy Źródła, w Księżycu mnie aż tak nie ujęły. A przynajmniej nie na tyle, żeby wspominać o nich w recenzji.

Nie jest trochę tak, że będąc nieświadomym autora soundtracku, muzykę odbiera się bardziej obiektywnie? Weźmy takie Social Network - marka Reznora robi swoje. Nie wiem, czy gdyby autor ścieżki dźwiękowej nie był Trentem, odbiór byłby tak samo entuzjastyczny. Podobnie chyba z Mansellem.
Tak więc bulwersowi w przypadku Księżyca się dziwię.

Dziwisz się, bo nie rozumiesz czym jest prawdziwe miszczostwo powiadam Ci. Muzyka jest minimalistyczna, bo i film nie atakuje zmysłów. Nie ma w tej ścieżce dźwiękowej żadnych oczywistych szlagierów, tak jak w dwóch pozostałych wymienionych, ale ona robi połowę klimatu. Drugą połowę zdjęcia. Trzecią połowę dekoracje... coś się zagalopowałam. ;)

Gdybym nie wiedziała, kto jest autorem muzyki do Social Network, po powrocie z kina natychmiast zajrzałabym do IMDB, żeby się tego dowiedzieć. Podobnie jak w Moon - z inną muzyką to byłby zupełnie inny film.

Heh, może i nie kumam miszczostwa. A może na odbiór wpływają supergłośniki w laptopie i jego ogromny ekran.
Zgadzam się, że bez muzyki ten film (jak wiele innych) nie byłby tym, czym jest (wspomniałam o integralności tej części), ale to nie zmienia faktu, że zwyczajnie mnie ta muzyka nie porwała (i nie chodzi tu o jej minimalizm; uważam, że jest piękna, ale bez przesady). Może po powrocie z kina byłabym urzeczona; po seansie w domu, pod kocem, w pozycji wieczornej wegetacji i z przymulająco ciepłą herbatą wrażenia były mniej spektakularne.

No ja też nie napisałem, że jest genialna, przy czym ja nie jestem fanem muzyki filmowej tak w ogóle. Ale zapamiętałem, że tworzyła (wraz ze zdjęciami) niezły klimat, więc skoro już wspomniałaś o zdjęciach (które przecież też nie były "genialne" tylko po prostu dobre), to można było i o muzyce.

Aha, i rozumiem, że muzyka do Social Network Ci się w sumie średnio podoba? No ja nie znam filmu, tylko muzykę i mogę powiedzieć, że na pewno jest świetna. Jak wszystko (prawie) co Reznor tworzy.

Muzyka do Social Network podoba mi się na tyle, że słucham jej w samochodzie z duchową frajdą - bycza przyjemność na szybszej niż miejska szosie. Sam fakt, że słucham jej poza filmem oznacza więc, że podoba mi się BARDZIEJ niż trochę (pisałam Ci zresztą, że lubię). Trudno powiedzieć, jakbym do niej podeszła, gdybym nie wiedziała, że to Reznor, ale wiem, że zanim moi znajomi usłyszeli soundtrack i zobaczyli fim już mówili, że w Social Network jest świetna muza. Bo Reznora. Się wszyscy nakręcają i stąd moje dumanie, czy nie jest tak, że marka przemawia za percepcją w tym przypadku. I w przypadku Księżyca też.

Idąc na kompromis, powiem tak: wypadało wspomnieć o muzyce (choć zdjęcia trafiły do mnie bardziej jednak), ale nie mam większej ochoty, by ją po seansie zgłębić.

A Social Network polecam! Również przez wzgląd na muzykę.

Tak, słyszałem Wasze zachwyty nad Social Network i mam wielką ochotę go obejrzeć, a następnie zjechać ;) Jakieś powody się na pewno znajdą.
Muzykę z "Moona" też słyszałem tylko raz i mi wystarczy. Podobnie jak w przypadku 99,9% ścieżek dźwiękowych z filmów.

Zjechać? Tylko dlatego, że bohaterem drugoplanowym jest Fb? Jesteś przewrażliwiony ;) I zapewniam - rozczarujesz się, bo to naprawdę dobry film. I wcale nie o Fb wbrew pozorom.
A co do ścieżek dźwiękowych... ja je toleruję w praniu pod warunkiem, że nie zawierają tylko muzyki instrumentalnej. Reznor jest wyjątkiem!

Akcja dość szybko staje się przewidywalna, ale efekty są tak fajne i nienachlane, że przyjemnie się ogląda. Kevin Spacey ma w tym filmie najlepszą rolę. :)

Bardzo dobra realizacja niezbyt nowego pomysłu. Świetny nastrój filmu.

Film jest naprawdę dobry i wciągający. Niski budżet widać w efektach specjalnych. Ale sztuka utrzymania widza w jednej likalizacji, z jednym aktorem przez cały film nie jest łatwa, a tu się to udało!

"Oldschoolowy" nastrój, pasująca muzyka, estetyczne zdjęcia, fabuła interesująca do pewnego momentu. Podobał mi się Robot - lubię takie "naiwne" podejście do technologii.

na +: klimat, zdjęcia.
fabuła nie powala, ale nie razi.
mimo to, ogląda się nieźle.

No nawet fajny ten film, ale co z tego. Kiedy widzę statek kosmiczny na ekranie, to od razu zasypiam.

Te kadry z księżyca to majstersztyk, przytłaczający i przepiękny ogrom samotności.

z0rin
patryck
patrycja76
slowcheetah
RobinHa
jumolugig
KrystianO
zann123x
Blue2012
emerenc