Pi (1998)

Reżyseria: Darren Aronofsky

Genialny matematyk Max Cohen (Sean Gullette) znajduje się o krok od rozszyfrowania tajnego kodu, dającego władzę nad materialnym i duchowym światem. Wkrótce orientuje się, że jest śledzony przez agentów potężnego koncernu giełdowego i ultraortodoksyjną sektę religijną. Musi wybierać między zdrowym rozsądkiem a szaleństwem, świętością a bluźnierstwem, wiedzą a ignorancją, a przede wszystkim zdecydować, czy jest w stanie udźwignąć śmiertelny ciężar swojego odkrycia... Przez ostatnie dziesięć lat konstruowań ogromny komputer - Euklidesa, którego rozbudowane układy zajęły prawie całe jego skromne mieszkanie. Przy użyciu Euklidesa prowadził obliczenia, które miały go doprowadzić do odszyfrowania numerycznego wzoru sterującego prawidłowościami wzrostu i spadku notowań na giełdzie. Tę wiedzę pragną od niego wydobyć biznesmeni z Wall Street. Z drugiej strony liczba absolutna, do której poznania zbliża się Max, jest według Kabały prawdziwym imieniem Boga i jej wyjawienia żądają od matematyka tajemniczy kabaliści pod wodzą rabina Cohena. Na dodatek Max cierpi na jakąś straszną chorobę, której ataki wprost powalają młodego człowieka i uniemożliwiają pracę. Tylko coraz większe dawki leków, aplikowanych za pomocą niezwykłego urządzenia wprost do krwiobiegu, pozwalają mu na w miarę możliwe funkcjonowanie. Max ściga się z czasem, by dokończyć obliczenia, mając jednocześnie nadzieję, że w ten sposób opanuje również swoją chorobę. Euklides nie jest już dostatecznie szybki, by sprostać tempu obliczeń, więc zostaje zniszczony. Max znajduje się o krok od odkrycia najgłębszej tajemnicy. Wkrótce leki przestają jednak działać, piekielna migrena doprowadzi go do ostateczności...

Obsada:

Pełna obsada

Zwiastun:

Film reżysera, który - o dziwo - po następnym w kolejności filmie, rozpoczął jakościowy lot koszący w dół. "Pi"? Rewelacja! Skojarzenia wizualne z "Tetsuo The Iron Man" - uzasadnione.

Dziwna, sztuczna i offowa wizja. Męcząca, to fakt, ale ten typ tak ma i mimo wszystko trochę na plus.

Dobry debiut pana Aronofsky

Nie przemówił do mnie ten film, ale jest w pewnym sensie zapowiedzią kolejnych, bardziej udanych dzieł Aronofskiego.

Gęsta atmosfera paranoi rodem z książek Philipa K. Dicka i czarno-białe zdjęcia. "Pi" jest niewątpliwie dość niszowy, nie spodoba się każdemu. Jak dla mnie - kultowy.

Do rozpatrywania w kategoriach debiutu: bardzo wiele dobrego i wyraźny potencjał, ale całość niestety pretensjonalna. W szczególności bardzo trudny dla oglądania dla każdego, kto miał do czynienia z matematyką.

Z ciężkim sercem, ale jednak 8. Momentami dusząca atmosfera szaleństwa i świetne czarno-białe zdjęcia to niewątpliwe atuty tego filmu. Moment w którym główny bohater zaczyna sobie uświadamiać z jaką tajemnicą ma do czynienia jest momentem kulminacyjnym. Gdy, chociaż trochę, sprawa zaczyna się wyjaśniać, napięcie opada. Osiłki z giełdy i brodaci Żydzi? To chyba nieco zbyt egzotyczne jak dla mnie.

A mnie się całkiem podoba ta domieszka klasycznych teorii spiskowych - Żydów i drapieżnych korporacji. Szczególnie, że Aronofsky sam jest z pochodzenia Żydem. Ten film jest koktajlem różnych dziwacznych motywów, taki jego urok.

Pi jest dziwne to fakt, ale dla mnie to lemowskie zetknięcie się z tajemnicą było najważniejsze. Gdybym miał odnosić do literatury sf, to można powiedzieć, że ten film jest mieszanką Lema (tajemnica, szeroko rozumiana naukowość) z Dickiem (paranoja, atmosfera). Spotkanie z nierozwiązywalnym problemem zostało tak sugestywnie pokazane, że późniejsze bieganie i zatrzymywanie przez kabalistów i giełdowych zbirów jakoś niespecjalnie mnie ruszyło.

Dla mnie już ta naukowość niekoniecznie działa - jest powierzchowna. Aronofsky nawrzucał tu fraktali, teorii chaosu, teorii liczb i nie wiadomo czego jeszcze, żeby nadać temu filmowi naukowy "look". Może i jest tu lemowska metafizyka, ale nie ma tej charakterystycznej naukowej solidności. Więc dla mnie tajemnicze mrówki biegające po ekranie wcale tak mocno nie kontrastują z chasydami.

Dick to było moje pierwsze skojarzenie - paradoksalnie to jeden z nielicznych filmów, gdzie udało się uzyskać dickowski klimat, a w ogóle nie oparty na Dicku.

Z tą solidnością u Lema to też różnie bywało. Np. w jednej z jego najlepszych powieści (to oczywiście tylko moja subiektywna ocena) - "Niezwyciężonym" tytułowy statek nie miał prawa bezpiecznie przemieścić się nad powierzchnią planety, oraz miał bardzo małe szanse na bezpieczne lądowanie itd. Z czasem błędów było coraz mniej, do późniejszych tekstów chyba nie sposób się przyczepić. Oczywiście są to marginalia, zupełnie nieistotne przy filozoficznym wymiarze takich powieści jak "Niezwyciężony".

Skorzystam z okazji i zapytam czy nasza redaktor będzie w tym roku brała udział w konkursie na blog roku?

W tym roku wystawiamy to, co mamy najlepszego - BAD HORROR CLUB :)

wypełnienie jest zabiciem. zrozumienie jest śmiercią i końcem. życie polega na balansie i niedopowiedzeniu

Full wypas. Mansell to maestro.

filmsterka
jsbach
RobinHa
murrayostril
NarisAtaris
sloneorzeszki
GARN
Faalka
magmik1319