Prometeusz (2012)

Prometheus
Reżyseria: Ridley Scott

Na pokładzie statku kosmicznego Prometeusz, ekipa badaczy przemierza najmroczniejsze zakątki wszechświata w poszukiwaniu odpowiedzi na ważne egzystencjalne pytania, próbując dociec genezy ludzkiego gatunku. Wyprawą kieruje dwoje wybitnych naukowców: Shaw (Noomi Rapace) i Holloway (Logan Marshall-Green). Ona jest człowiekiem wiary i pragnie poznać bogów. On to człowiek nauki i podchodzi do ekspedycji na chłodno. Są archeologami i po odkryciu piktogramów, które są według nich dziełem starożytnej cywilizacji, postanawiają dowiedzieć się o niej czegoś więcej. Namawiają korporację Welland Industries na sfinansowanie drogiej wyprawy. Nikt nie mógł przewidzieć, że ekspedycja zamieni się w horror. (Opis dystrybutora)

Obsada:

Pełna obsada

Zwiastuny:

Widz zostaje wciągnięty w filozoficzne rozważania na temat początków życia na Ziemi od samego początku filmu, aby na koniec obejść się z smakiem. To jest chyba największa wada jaką mogę wykazać, a poza tym wszystko na wysokim poziomie.

No, ale jakie rozważania filozoficzne właściwie? Powstanie życia na ziemi podaje się nam na talerzu, bez żadnych niedomówień, w postaci DNA umięśnionego kosmity. Nie bardzo jest miejsce na jakiś własny wkład intelektualny.
Przepraszam, że się czepiam. To nic personalnego. Po prostu jak ktoś przypisuje temu filmowi jakieś intelektualne walory, nawet zaprzepaszczone w dalszej części, to mnie szlag trafia.

Nie mam nic przeciwko dyskusji ;)
Chodzi mi o wątek dotyczący powodów dlaczego "Inżynierowie" stworzyli Ziemian, miałem po prostu że został otworzony temat na którego temat później nic nie zostało powiedziane.
Możliwe,że masz racje gdy próbuje na siłę nadać temu filmowi znacznie filozoficzne, ale to może moja słabość, gdyż mam jakieś wrażenie że dobry film Sci-fi powinien mieć chociaż nutkę intelektualnej wymowy. Może w tym leży mój problem w odbiorze "Prometeusza"

Ja też miałem tak samo - niewykorzystany potencjał. A Esme się nie przejmuj, ona lubi mocno intelektualne kino w stylu Bergmana i na sf za bardzo się nie zna.

Nie jest tak interesujące dlaczego stworzyli, jak dlaczego chcieli zniszczyć i to tak desperacko, ha! ;)

Dwójka archeologów na podstawie znalezionych w różnych częściach świata malowideł naskalnych przedstawiających humanoidalną postać i pięć kropek, wysnuwa mało logiczny wniosek, że malunki te powstały w wyniku kontaktu z rasą odpowiedzialną za stworzenie ludzkości. Tezę tę popierają argumentem "bo chcemy w to wierzyć". Okazuje się, że to zupełnie wystarcza, aby poprowadzić kosztującą trylion (!) dolarów ekspedycję do wskazanego przez ułożenie kropek systemu planetarnego. Przedsięwzięcie przypomina bardziej rozwydrzoną wycieczkę szkolną niż wyprawę badawczą. Jej uczestnicy zgodnie ignorują wszelkie rozkazy, przepisy bezpieczeństwa i zdrowy rozsądek, za to jak na najlepszych specjalistów w swoich dziedzinach (bo takich chyba wybrano?) wykazują się absurdalną niekompetencją - geolog gubi się w jaskini, biolog próbuje pogłaskać nieznane, przypominające kobrę zwierzę, itd. Długo można jeszcze wymieniać piętrzące się w Prometeuszu idiotyzmy, ale limit znaków jest dla filmu łaskawszy niż ja.

Też uderzyła mnie daleko posunięta niekompetencja ekipy, ale być może wyjaśnieniem jest to, że... nie, wcale nie wybrano najlepszych, tylko takich, którzy zgodzili się za kasę pojechać nie wiadomo gdzie, nie wiadomo po co i wrócić najwcześniej za cztery lata... Dodatkowo, nawet nie przygotowywano ich w żaden sposób do misji a wręcz nie wszyscy się znali.

Aiko, Prometeusza można rozstrzelać ckm-em, jeśli chcieć szukać w nim spójności logicznej. Ten film ogląda się jakby czytało wiersz. Klimat i odnośniki, reszta nieważna... - według mnie. :)

Wczorajszy pełny zwiastun jest bardzo w porządku.

Ach gdyby to właśnie na filmasterze pojawiła się pierwsza polska recenzja tego filmu...

Kumpel, duży fan Obcego, był już na premierze zagranicą i ponoć świetny, warto w 3D oglądać.

Też jestem fanem, więc liczę, że to prawda chociaż recenzje są różne.

A dla mnie to bardziej ciąży w kierunku Odysei kosmicznej, niż Obcego, w efekcie ani kierunek Obcy, ani kierunek Odyseja nie wypadł za dobrze. Mam bardzo mieszane uczucia.

Muszę przyznać, że film ten dostarczył mi całkiem sporo rozrywki (a o to przecież chodzi w kinie, nie?). Rozrywką tą było wynajdowanie tych najbardziej nielogicznych momentów w fabule i zastanawianie się, co autorzy mieli na myśli tworząc dany moment. Co ich podkusiło, żeby stworzyć film, który zupełnie kupy się nie trzyma? Chcieli zakpić z fanów science fiction? Czy tylko przypadkiem im tak wyszło?

U mnie jogging po operacji wygrywa wśród tych scen:)

Film zyskuje przy kolejnym obejrzeniu. Jako fan obcych obejrzałem w 3D i warto było. Jakość obrazu jest doskonała. Super ostrość i klarowność wręcz. Od trony technicznej film prezentuje się równie dobrze jak Avatar. Do samej fabuły nadal można się czepiać, ale po namyśle, uważam, że trudno było coś sensowniejszego wymyślić, aby było prequelem pierwszego Aliena.
Druga część zapowiada się na znacznie większe widowisko, bo zobaczymy...

Rozczarowanie głównie przez kiepski scenariusz.

Jeśli ma się 25 zeta wolnych i nie wie się, co robić w wolnym czasie - dla efektów specjalnych oraz genialnych zdjęć Dariusza Wolskiego, to można się wybrać. Na resztę spuśmy litościwie zasłonę milczenia. Po wyjściu z kina czuje się głębokie, wewnętrzne FUJ. Scenariusz rwie się jak stare prześcieradło, luki logiczne nadają się do analizy dla studentów kierunków filmowych na zajęciach pod tytułem: "jak napisać totalną bzdurę", dialogi rażą kretynizmem, filozoficzne wtręty swoją głębią "powalają na kolana".
Poważnie, nie nastawiajcie się ani na klasę Obcego, ani na dobre SF, ani na sprawną rozrywkę. To rodzaj ciężkostrawnej kaszy filmowej. Oby jak najszybciej zapomnieć, co zapewne nie będzie trudne.

Na początku nieźle się zapowiada, ale im dalej tym gorzej. Niezłe ujęcia i design lokacji, ale fabuła jest po prostu kiepska i efekty nie są w stanie jej uratować. Można pójść żeby się pozachwycać niezłymi widokami, ale warto wziąć sudoku, żeby mieć czym zająć głowę od połowy filmu.

"Na początku nieźle się zapowiada, ale im dalej tym gorzej." Dokładnie to samo wrażenie, film ratują tylko dobre zdjęcia i gra aktorska Fassbendera.

Przyznam, że nie rozumiem krytycznych opinii. Oczywiście zawsze można powiedzieć, że scenariusz mógł być lepszy. Uważam, że nie był zły. Film zostawił mnie z wieloma pytaniami i to w tym dobrym znaczeniu. A ponad wszystko - było to nieprawdopodobne widowisko audio-wizualne. Film obejrzałem w Imaxie (jeśli macie możliwość idźcie koniecznie do Imaxa) i efekty specjalne, efekty 3D oraz dźwięk powaliły mnie na kolana. Nie widziałem jeszcze tak dobrze pokazanego filmu w 3D (wliczam w to Avatara). A do wszystkich "fanów gatunku", obejrzyjcie sobie na świeżo Obcego, czy uważacie, że jego scenariusz było lepszy od Prometeusza? Oczywiście o gustach się nie dyskutuje i każdy ma prawo do swojego zdania. Ja osobiście z ogromną przyjemnością obejrzę film jeszcze raz.

Deptanie i krytykowanie stało się, niestety, modne. Tymczasem nowy film Scotta jest dobry, tylko jego problemem najwyraźniej jest to, że zadaje pytania, ale nie na wszystkie odpowiada, i już na pewno nie bezpośrednio. Bawią mnie trochę ludzie, którzy twierdzą, że scenariusz jest beznadziejny; nie wdając się w szczegóły - Ridley Scott nie sfilmowałby beznadziejnego scenariusza. "Prometeusz" to film, który za kilka lat obrośnie takim samym kultem jak "Alien", czy "Blade Runner". Dla mnie na razie siódemka, ale zakładam, że po obejrzeniu DVD będzie więcej.

Warto wspomnieć, że "2001..." wzbudzał identyczne kontrowersje po premierze, a "Blade Runner" był finansową klapą po rundce kinowej.

Mnie druga część bardzo ciekawi, bo ta wydaje się tylko wstępem do niej.

No jasne, wszystkim się tak naprawdę podobało, a krytykują bo to modne. ;P

Scott nic innego nie robi od lat, jak tylko filmuje kiepskie scenariusze. Gdyby filmował dobre, to ze swoim wyczuciem wizualnym każdorazowo tworzyłby arcydzieło.

"2001" zawiera intelektualny ładunek, do którego "Prometeusz" ze swoimi zombie i rozwalanką może tylko nawiązywać i to zresztą robi, gdy David mówi do Elizabeth "wiem, że były między nami nieporozumienia". Jest również wtórny w stosunku do "Łowcy androidów". Nie grzeszy oryginalnością nawet porównany do AVP, więc proszę nie pisz mi o ewentualnej kultowości, bo przestanę wierzyć w publiczność.

Zobaczysz. Film wyjdzie w wersji reżyserskiej, w której będzie ok. 30 minut więcej materiału, zmieni pewnie trochę tempo, będzie miał komentarz od twórców - i ludzie zmienią zdanie.

Porównanie do AvP jest już chyba trochę przesadzone :)

Wg mnie AvP jest lepszym filmem od Prometheusa. Dialogi są w nim co prawda jeszcze głupsze, ale przynajmniej nie aspirował ani przez chwilę do czegoś więcej, niż głupie kino akcji. A właśnie sceny akcji były na wysokim poziomie (np. ucieczka przed matką obcych), więc dobrze się to oglądało. A Prometheus ani nie ma porywających scen akcji, ani sensownej fabuły, ani jakiegokolwiek suspensu. No i wyszła taka przeciętna, nie wzbudzająca większych emocji przygodówka.

Gruba przesada. Avp to dno pod każdym względem. Prometeusz ma scenariusz trochę słabo posklejany, ale go ma. Wizualnie Prometeusz w kinie jest genialny.

AvP nie jest lepszy od "Prometeusza" i nie jest to kwestia subiektywnej opinii.

Nie mam zamiaru zaciekle bronić nowego Scotta, bo nie uważam, żeby był na tyle dobry; denerwuje mnie jednak zbiorowe psioczenie na dosłownie wszystko w tym filmie. Jeśli ktoś poszedł do kina oczekując następnego Aliena, z 'fajoskimi' scenami akcji i suspensem (bo sensowna fabuła była, tylko oczywiście mówimy 'taki scenariusz napisałby gimnazjalista', więc fabuła do bani), to faktycznie może się czuć zawiedziony.

Tymczasem Alien był tylko horrorem, osadzonym w kosmosie, ze świetnie zaprojektowanym obcym. Film akcji, bez głębszego przekazu, z bardzo dobrą rolą Weaver. I świetną scenografią. Tu nie ma akcji, ale spróbowano zrobić "prawdziwe" kino sci-fi; i scenografia też jest, zaprojektowana częściowo przez Gigera, nie ma tanich, głupkowatych efektów specjalnych. Dla mnie "Prometeusz" ma sens, składa się w całość i każe czekać na drugą część.

Nie oczekiwałam nowego Aliena, bo Aliena nie da się zrobić drugi raz. Miałam po prostu nadzieję na film, który będzie czymś więcej niż spektakularnym widowiskiem. Może powinnam po prostu chodzić do kina bez żadnych oczekiwań. Wówczas nawet AvP nie zdoła mnie zawieść (na marginesie - spróbuj to obejrzeć i potem powiesz mi, czy nie widzisz podobieństw).

Zależy co uważasz za sensowną fabułę. Przy swoich ambicjach filozoficznych, których jej nie odmawiam, jest zaskakująco pełna idiotycznych wpadek i kliszowych rozwiązań. Jest to najgorsza możliwa kombinacja, bo skoro już dajemy widzom do zrozumienia, że mają myśleć, to oni myśleć zaczną i wszystkie te wtopy zaczną im przeszkadzać. Oczywiście w Alienie też wszyscy szukali pokładowego kota, by następnie dać się zabić, tylko że Alien miał lepiej zbudowane napięcie i z dużą konsekwencją unikał wielkich słów w rodzaju "Inżynierowie" lub "nasi stwórcy".

Poza tym wkurza mnie postawa typu "Ach, wszyscy się spodziewali drugiego Aliena i dlatego nie doceniają Prometeusza". Scott samodzielnie wystylizowal zwiastuny tak że przypominają jego własny film, to on sam się bezczelnie powołuje na dawne arcydzieło. A potem jest zdziwko, że wszyscy porównują i strzelają fochy. Można było nakręcić samodzielny film SF, w oderwaniu od franczyzy. Gwarantuję, że wszyscy by na niego czekali dokładnie tak samo.

Scott w każdym wywiadzie mówi, że zrobili coś nowego, co tylko w małym stopniu nawiązuje do Aliena!

No to mówi, a jak przyszło do montażu trailera to zrobił go identycznie jak ten do Aliena 30 lat temu i nie mógł raczej liczyć na to, że fani tego nie zauważą. Teraz się pruderyjnie tłumaczy, że to "bardzo luźny prequel". To po co w ogóle nawiązuje do serii? Nie byłoby problemu ani dla niego, ani dla widzów, bo gdzie tylko Prometeusz ma jakiś punkt styczny z Alienem, tam rujnuje efekt pracowicie zbudowany w starym filmie. Humaniodalny Space Jockey to jakiś żal. Giger włożył tyle roboty w to, by statek obcych wyglądał obco, a teraz okazuje się, że latali nim ludzie, tylko że niebiescy.

:) Trailer to tylko trailer, zakładam, że to nie Scott go montował. Był zrobiony na modłę wszystkich nowych trailerów.

Znajdujemy się w dwóch przeciwległych miejscach, jeśli chodzi o krytykę tego obrazu. Dla mnie"niebiescy ludzie" kryjący się pod "słonią" maską Space Jockeya to świetne rozwiązanie zagadki. Gdyby to był jakiś inny, kosmicznie wyglądający obcy, ta historia nie nabrałaby - dla mnie - takiego znaczenia. A tak bezpośrednio nawiązuje do rasy ludzkiej, do bohaterów filmu.

Jeśli mam być jednak zupełnie szczery, to zdawałem sobie sprawę, że kimkolwiek nie okazałby się Space Jockey, to i tak czułbym lekki zawód. Cokolwiek by to nie było, nie mogło sprostać teoriom snutym przez ostatnie 30 lat ;)

Mnie się ta zadufana w sobie antropocentryczność zupełnie nie podoba. Pierwszy Alien niósł ze sobą przesłanie, że ludzie nie są pępkiem Wszechświata i że postawieni przed jego tajemnicami zamieniają się w przestraszone zwierzęta. Właściwie cała tetralogia ma wymowę ostrzegawczą i prezentuje głęboki pesymizm, pomimo że Ripley raz za razem wygrywa z ksenomorfem.

W Prometeuszu okazuje się nagle, że jesteśmy już bliscy bogom. Wyglądamy jak oni, podróżujemy w kosmosie jak oni, mamy nawet podobną aparaturę do stazy. Nie jesteśmy może mistrzami biotechnologicznej manipulacji, ale za to znamy się na krzemie i też potrafimy tworzyć istoty na swój obraz i podobieństwo. To jest wg mnie tak radykalne przeformułowanie reguł gry, że należałoby dać sobie spokój z nawiązaniami do tetralogii.

Prometeusz nie zmienia reguł gry - wciąż znaczymy niewiele; zostaliśmy stworzeni - z jakiegoś powodu - przez inne istoty, które po pewnym czasie mogą nas zniszczyć prawie że kiwnięciem palca.

W Alienach też potrafiliśmy tworzyć istoty na swoje podobieństwo, bo w każdym występowały androidy.

Wciąż będę się upierał, że nawiązań do tak ładnie przez Ciebie nazywanej tetralogii w Prometeuszu nie ma, poza dwoma - pierwszym, najważniejszym, czyli wyjaśnieniem kim/czym jest Space Jockey (który tak naprawdę był elementem scenografii w pierwszym Alienie, i choć rozpalił umysły fanów, to równie dobrze mogło go tam nie być; podkreślał wrażenie 'we are not alone'); drugim jest rzecz jasna xenomorph na końcu.

Zostaliśmy stworzeni przez obcych i mamy ich DNA, a więc tkwi w nas potencjał, by osiągnąć to samo co oni. Na dobrą sprawę za parę tysięcy lat moglibyśmy wyglądać tak samo i mieć podobne gadżety. O ile nas wcześniej nie sprzątną, ale to już tylko kiepski tajming, a nie pesymizm. :)

Załóżmy, że faktycznie nawiązania są 2. Wobec tego Prometeusz mógłby się bez nich doskonale obejść i stanąć na własnych nogach. Tylko że wtedy byłby to po prostu świetnie wyglądający film klasy B z namolnym wstępem do sequela i mglistymi pretensjami do głębszych treści. Czyli mniej więcej to, co Scott kręci od lat w kółko.

Jeżeli Wy naprawdę porównujecie Prometeusza do AVP to o mój Boże.. Ręce opadają. ;)

No to się @umbrin doczekałeś, w końcu obejrzałem.

Porównań do AvP nie ma nawet sensu komentować. AvP nie da się oglądać bez przewijania i rzucania kurwami, to bełkot a nie film, bez napięcia, bez bohaterów, bez sensu.

Natomiast co do Prometeusza. Dziwaczny jest to scenariusz. Uważam, że ogólnie jest świetny, tzn. ciężko byłoby wymyślić sensowniejsze wyjaśnienie dla tego co widzimy w Obcym. Podobieństwo inżynierów do ludzi jest też ok i wynika z logiki historii, przy tej historii bez sensu byłoby, gdyby było odwrotnie. Natomiast co do szczegółów, to fakt, wygląda to na robotę jakichś przygłupów. Jak zobaczyłem tych biologów ściągających hełmy na obcych planetach, czy bawiących się z nieznanymi stworami (i to jeszcze przy świadomości, że coś zabiło poprzednią cywilizację), to zacząłem myśleć, że to jest jakiś pastisz, satyra na głupotę Amerykanów. Właściwie wszystkie detale są albo durne, albo oparte na kliszach, w pełni się zgadzam z tym co @Esme napisała w recenzji. Aż chciałbym zobaczyć @queerdelys rozprawiającą się z tym filmem.

Jednak mimo tego wszystkiego bawiłem się na Prometeuszu całkiem nieźle i oceniam na 6-7. Bo wizualnie jest naprawdę świetny, a kretynizmy w scenariuszu jakoś potrafiłem przeżyć. Nie da się jednak ukryć, że nie ma co liczyć na cokolwiek naprawdę dobrego od Scotta, tak długo jak jego priorytetem jest robienie filmów dla mało rozgarniętych widzów. A tymczasem w pierwszych recenzjach w Stanach podkreślano, że widzowie mieli problem ze zrozumieniem filmu, bo jest zbyt zawiły (sic!). No to pewnie w części drugiej Scott postara się jeszcze bardziej. Przyszłość kina popularnego widzę w czarnych barwach.

No dobrze już dobrze. Zrozumcie, ja AvP widziałam niedawno (bez przewijania) i teraz mi się kojarzy.

Scenariusza oczywiście nie da się zrozumieć, bo niby jak można wziąć na zdrowy rozum te kretyńskie fabularne dziury. W tym sensie solidaryzuję się z widownią amerykańską.

Ale zgadzam się z Tobą, że ogólnie rzecz biorąc wszystko się jakoś składa: fakt, że w "Obcym" rozbity statek wysyłał sygnał ostrzegawczy mógł wskazywać na to, że Alieny są czymś w rodzaju broni biologicznej, no i space jockey też był mimo wszystko raczej humanoidalny. A ponieważ był humanoidalny, to ciężko uznać taką zbieżność za przypadkową i pomysł, że to jemu podobni przywlekli życie na Ziemię też może być. Że wpadali nas doglądać i robić sobie portrety-rebusy? Z tym już gorzej. To już dla mnie pomysł importowany z kina klasy B.

Te portrety rebusy, to mniej więcej taki pomysł, jak te góry, które zaczęli malować lub układać bohaterowie "Bliskich spotkań trzeciego stopnia". Tam Cię to nie raziło?

Tak naprawdę to jest pomysł tej klasy co Predatory uczące ludzi budować piramidy, która to umiejętność powędrowała potem do Kambodży, Egiptu i Ameryki Płd.. oh noes, AvP again.

"Bliskie" widziałam bardzo dawno temu i słabo pamiętam. Ale przypuszczam, że raziłoby mnie mniej. Ci ludzie po prostu odebrali nadany przez obcych komunikat, zapewne dlatego, że byli bardziej wrażliwi od innych. Gdybym była kosmitą i byłabym na tyle uprzejma, żeby nie lądować w mieście siejąc panikę, tobym pewnie też postarała się o takie plot device, żeby na tym zadupiu, na którym się pojawię, byli jacyś życzliwi gospodarze. ;P Poza tym kto jak kto, ale Ty nie chyba nie powinieneś powoływać się na Spielberga? :)

Scott coraz bardziej dryfuje w stronę Spielberga :) Tylko jeszcze ckliwości i patosu unika, dzięki czemu filmy RS, w odróżnieniu od filmów SS, jestem wciąż w stanie oglądać.

Zdecydowanie efektowny, przez pierwszą połowę się dzięki temu nieźle ogląda. Niestety to koniec zalet: Scott nie bardzo może się zdecydować, czy chce kręcić horror a'la Obcy, czy poważniejszy film SF z filozoficznymi aspiracjami niczym Łowca Androidów. W rezultacie film ani specjalnie nie straszy, ani nie zadaje żadnych interesujących pytań. Nie czuć napięcia, postacie raczej płytko nakreślone, brak spójnej i konkretnej koncepcji całości - słowem, film nie dostarcza tego, co obiecuje hype (jeśli ktoś jeszcze miał jakiekolwiek oczekiwania wobec autora Robin Hooda...)

Scenariusz? Nic ale to nic nie ma sensu od pierwszej sceny w której do końca filmu nie dowiemy się o co chodziło. Nie wiadomo co jest celem misji ani kto nią dowodzi. Animacja 3D? nawet w Imaxie wygląda marnie. Do Avatara czy Boewulfa to nie ma startu. Gra aktorska? Niespójna i marna, brak pomysłu na postaci załogi. Efekty specjalne? Nic nowatorskiego. Muzyka? W każdej z pozostałych części Obcego była lepsza. Dno

A po co mielibyśmy się dowiadywać na końcu, o co chodziło w początkowej scenie, skoro jest to raczej od początku jasne? Zaskoczyłeś mnie, wydawało mi się, że to prosty film, gdzie wszystko jest kawa na ławę. Czego nie rozumiesz?

Pytań jest wiele :)
Zacznijmy od podstawowych:
- co Space Joker właściwie zrobił: gdzie był, co wypił i dlaczego.
Zakładam oczywiści - może niesłusznie ? - że scena ta daje się jednoznacznie wytłumaczyć.

No jak to co. Wypił specjalną substancję, która pozwoliła jego DNA się rozpuścić, wymieszać z lokalnym i stworzyć człowieka. Co to dokładnie za substancja to oczywiście nie wiem, na Ziemi jej zdaje się jeszcze nie produkujemy ;)

Utrzymany w dobrym, mrocznym klimacie pierwszego Obcego.

Słabe strasznie

Nie wykluczam tego, że mój gust filmowy sięgnął wyrafinowaniem gustu Obcych, ale naprawdę spodobał mi się ten film. Może dlatego że jakimś cudem dotąd nie widziałam „Aliena” więc „Prometeusz” nie obraził moich uczuć „religijnych”. Może dlatego że w obliczu powszechnej krytyki szłam do kina bez oczekiwań więc film nie był w stanie mnie zawieść. Może dlatego że chcąc sobie zagwarantować wizualną ucztę, zdecydowałam się obejrzeć „Prometeusza” w kinie IMAX (gorąco polecam kontemplowanie tej produkcji na ekranie 14 x 24 metry; w tym przypadku wielkość robi różnicę). Może dlatego że zaślepił mnie geniusz aktorski Michaela Fassbendera (robot nie zagrałby Davida lepiej; nie przychodzi mi też do głowy żaden aktor, który byłby w stanie ten popis przebić). Cóż… Może kiedyś odkryję, co mnie opętało. Tymczasem będę żyła w poczuciu, że miałam przyjemność z więcej niż dobrym, widowiskowym, uświetnionym wspaniałą kreacją aktorską, lekko metafizycznym i przyjemnie niedopowiedzianym filmem. Lubię takie.

Ps. UWAGA SPOILER! JEŚLI JUŻ WDZIELIŚCIE „Prometeusza”, to polecam moją (jak dotąd) ulubioną prometeuszową ripostę:

I to jaki cud!

Prometeusz nie ma ognia, ale ma klimat. I to rodem z Lema, a nie z tanich horrorów. Nie dam wiecej , bo tylko pieprzone sf;)

Klimat z Lema. Chodzi o tę ekstatyczną głupotę emanującą z każdego metra taśmy czy o bohaterów-palantów stworzonych po to, by ich szybko zabić i żeby widz ich przesadnie nie żałował?

Ani o to, ani o to. Tzn. dialogi były głupie. Zawsze tak jest jak się kompromisuje. Gdyby Scott stworzył całkowicie nowego Obcego , to byłoby lepiej, ale to blockbuster, więc co się dziwić. Mnie się podobał futurystyczny klimat i strona wizualna. Filmy tego typu z założenia są głupie, zgdzam się z Tobą, ale chciałem pokazać, że sf też misie troche podoba, czyli że też jestem trochę kretynem.

Ja na przykład trochę lubię kino samurajskie, więc też jestem trochę facetem. :)

Nigdzie nie napisałam nic o tym, że filmy tego typu są głupie z założenia. "Gattaca" jest raczej inteligentnym kinem, a jednak to SF. To samo "Odyseja kosmiczna" czy "Battlestar Galactica", Chociaż może ja mam obniżone standardy, bo jeśli lubienie SF = bycie kretynem, to ja jestem totalnym debilem.

Esme, można by nawet się posunąć do stwierdzenia, że jesteś trochę samurajem.

Muszę Ci się na ucho przyznać, że czasem faktycznie czuję się jak Uma Thurman w "Kill Billu" ;)

"Gattaca" wydała misie głupkowata, wręcz prymitywna, Prometeuszowi nie dorasta do pięt. Ale mojej żonie sie podoba , więc mogłybyście sobie pogadać. Poza tym sie zgadzam - w każdym jest każdego po trochu. Taka polifoniczna teoria osobowości bardzo mi odpowiada.

No dobrze. Rozważania na temat społecznych konsekwencji biotechnologicznej rewolucji są prymitywne i głupkowate, a quasi-teoria inteligentnego projektu z kosmitami podstawionymi w miejsce Boga - nie jest. Każdy ma prawo do swojej opinii, nawet dziwnej. :P

To wszystko zależy jak, dla mi w Prometeuszu bardziej, bo bez dętego teoteryzowania z potencją na własne konceptualizowanie. Tak jak pisałem - w sf nie ma z reguły potencji intelektualnej czy artystycznej, ale dla rozrywki, czemu nie. Obydwa oceniam podobnie, ale Gattaca jakby prostsza, bez przestrzeni na własną historię.

Potencja intelektualna jest racją istnienia SF. Równie dobrze można by napisać, że w kinie/literaturze głównego nurtu z reguły nie ma ani jednej, ani drugiej potencji. Ostatecznie 90% tego, co trafia do kin/na półki, to guma do żucia dla mózgu.

Tak, tak, ale przemysł filmowy działa poza tymi możliwosciami, odpowiadając na potrzeby odbiorców, jaki pan taki kram.

Przemysł filmowy działa w ten sposób zawsze i wszędzie, dlaczego tylko SF ma być impotentne? :P

Bo brak takich filmów. Zreszta nie wyobrazam sobie, żeby zaistnieli reżyserzy, którzy chcieliby przełamać te fatalne schematy, choc przeciez chlubne wyjatki sie zdarzały. Moze dlatego ze sf wymaga środków, a to zawsze będzie hamować. I chocby tylko z tych powodów Scott zasługuje na szacunek, że zerwał z konwencją serii. A że kompromisował, to wyszło trochę blado, ale lepsze to, niż dalsze wycieranie schematów.

a jaka jest konwencja serii z którą RS zrywa w Prometeuszu ? Pytam zupełnie poważnie.

Dla mnie ewidentnie Scott odchodzi od konwencji, którą Obcy w zasadzie wyniósł na filmowe szczyty, czyli sfhorror, gatunek wcześniej pośledni, zarezerwowany dla tanich filmów, gdzie w latach 50/60 obcy z reguły reprezentowali bolszewików zagrażających cywilizacji Zachodu.

nie byłbym tego taki pewny, choćby ze względu na tag 'horror' w opisie filmu ;)
może kiedyś znajdzie się jakiś oburzająco bogaty fan Lema i jemu podobnych i charytatywnie wspomoże produkcję dogłębnie przemyślanego pod względem naukowym filmu, który następnie zanudzi miliony ludzi na całym świecie ;)

Myślę, że z tego tagu bierze się tak naprawdę rozczarowanie filmem. Horroru tam za dużo nie ma, przynajmniej w porównaniu do części poprzednich. Co do zanudzania , to kwestia względna całkowicie. Mnie nudzą block bustery. Właśnie o tym nastawieniu mówię i w sumie zastanawiam się, dlaczego Ci się film podobał.

rozczarowanie bierze się z nastawienia, z kategoryzowania filmu zanim się go obejrzy. To niezbyt rozsądne podejście, ale my ogólnie nie grzeszymy zdrowym rozsądkiem (zapewne odzieczyliśmy to po Inżynierach ;) ) Mnie Prometeusz bardzo przypomina pierwszą i drugą część trylogii (4tą wymazałem z pamięci). Zawiera zdaje się sporo wspólnych patentów, Oczywiście dochodzi całe to kreacjonistyczne bajdurzenie stąd może trochę mniej odczuwamy horrorowość, a do tego mamy tu Obcych, starych dobrych znajomych, których chwyty i sposoby na przerażenie widza juz dobrze znamy.
Jasne, każdy ma swoje "sposoby" na nudę.
Wracają do kwestii rozczarowania to wszystko bierze się z nastawienia, oceniania, kategoryzowania. Nie dostrzegamy, że nazwa gatunku, tag, jest tylko słowem, a nie samym filmem. Tag nie jest tożsamy z filmem. Słowo nie jest tym co opisuje i dotyczy to oczywiście wszystkich dziedzin, nie tylko filmu.
Ja na Prometeusza poszedłem, jak zwykle, z ciekawości. Miałem właściwie zerowe pojęcie o czym to ma być i jakie ma być, zresztą jak mółgbym mieć nie oglądając go wcześniej ;) Historia mnie wciągnęła, po prostu. Kapitalnie dopracowana scenografia, kilku świetnych aktorów i przede wszystkim scenariusz napisany tak, żeby trzymać widza w napięciu. Oczywiście sa takie momenty, ze żeby podtrzymać to napięcie w sobie, lepiej zrezygnować z pytajników, odłożyć je przynajmniej na bok, po seansie. Ja na takich filmach chcę się dobrze bawić, przeżyć przygodę, czyli idę z prądem, za rączkę z twórcami i albo mnie to wciąga albo nie. Decyduje się przyjąć reguły ich gry. I podczas seansu przeżyłem świetną przygodę, w świecie, który miał dużo wspólnego z tym, który miałem przed oczami pochłaniając kolejne powieści Lema... zresztą, zdaje się, miałeś podobnie w tej kwestii :)
Oczywiście, "po" można się pozastanawiać np. czemu te duże, łebskie chłopy "poświęcały" swoje ciała, żeby tworzyć pierwotną zupę w jakiejś rzece na Islandii ;), miast wpuścić zblendowane DNA jakąś bezzałogową kapsułą itd. itp., ale ...po co.
Niech żyje kino rozrywkowe!

To wszystko jest potrzebne, ale żeby było do przodu, to musi istnieć awangarda, tworzenie nowych sposobów opowiadania a nie potworków. Bez tego rozrywka zmarnieje, sf marnieje. Tu trzeba bożych pomyleńców a nie piniendzy.

kino to My, to stan naszego umysłu, nasze namiętności itp itd, więc jakieś awangardowe cioty sobie mogą jeśli widz tego nie kupi. To w nas musi zajść rewolucja. Zaczniemy lepiej zarządzać kasą na bilety i na placu producenckiego boju zostaną tylko Ci, którzy będą potrafili opowiadać ciekawie i z pasją, bo widz będzie ciekawy i przepełniony pasją. Wtedy pieniądze nadal będą potrzebne, choćby po to żeby kreować obce światy, ale te swiaty będą miejscem pasjonujących wydarzeń zmuszających widza do refleksji...Póki co mamy lepsze i gorsze kino tylko-rozrywkowe, w którym nie ma miejsca na refleksje, ale to nie tylko RS jest winny tylko przede wszystkim My. Z drugiej strony, kino tylko-rozrywkowe może byc opowiedziane z gracją i takie jestem gotów kupić i czasem przyzwoicie się bawić jak na Prometeuszu czy serii Dark Knight. Żeby nie było, ja też marzę o klasycznym s-f gdzie s nie jest skrótem od space...

@Oferma, naprawdę chcesz, iść za rączkę z kimś, kto uważa Cię za przygłupa, który jest gotów łykać dziury w scenariuszu jak rodzynki? Innymi słowy: gardzi Tobą i traktuje Cię jak krowę, którą można wydoić z kasy, świecąc jej w oczy ładnym dizajnem retro, budzącym w niej nostalgiczne uczucia? Lem nigdy nie traktował swoich czytelników jak idiotów i pewnie przewraca się w swoim agnostycznym grobie, kiedy go stawiają obok tego filmu.

Mam chyba z "Prometeuszem" to samo co @doktor_pueblo z "Planem lotu". jak ludzie się tym zachwycają, to mnie cholera bierze.

Jeśli oglądając Prometeusza poczułaś sie dymana, to ciekawszym byłoby zastanowić się dlaczego akurat tutaj, a nie np. podczas seansu "(tutaj wstaw tytuł jakiegoś hitowego hamerykańskiego filmu otagowanego s-f/fantasy/coś tam coś tam fiction, który oceniłaś wysoko, bo na pewno znajdzie sie przynajmniej kilka takich tytułów)". Oczywiście będę tkwił przy tym, że to najczęściej kwestia oczekiwań i nastawów, a te były jak sądzę w przypadku Prometeusza spore. EDIT: spore i bardzo sprecyzowane, znaczy się idziemy na seans, którego wiekszość ujęć już znamy ze slajdów wyobraźni. Druga rzecz to oczywista oczywistość, czyli scenariusz. Albo rusza albo nie. Dobry podobno czyta sie jak dobrą książkę.
Co do Lema to on miał już przed Prometeuszem nienajlepsze zdanie o kinowym s-f i inteligencji jego twórców ;)
Moim "Planem lotu" jest Matrix...wygląda na to, że kazdy ma swój plan lotu ;)

Sadzę, że mało który hamerykański film SFantasy celebruje gromkopierdne tematy o życiu i wszechświecie, oblekając je w doskonałą formę i odwalając przy tym aż taką kichę na poziomie scenariusza i konstrukcji postaci. Dobił mnie chyba głównie ten kontrast. Oczekiwań nie miałam, bo pamiętałam Scottowi "Robin Hooda" i liczyłam tylko na to, że będzie się na co pogapić.

Przejrzałam swoją listę ocen i chyba tylko "Mroczne miasto" sięga podobnego poziomu, tyle że to jest mniej SF, a bardziej przypowieść filozoficzna. I nie był to hicior.
Może jeszcze nowy "Star Trek", ale on nie miał pretensji, tylko od razu przedstawiał się jako głupia rozrywka. No, i jest jeszcze Matrix... ;)

Ofermo, o to My właśnie chodzi, o to nastawienie i oczekiwanie, że ono takie mało inspirujące, rozczarowujące. Szanowny Nacz w Filmradarze przedostatnim pisał, że jego 4letni syn ma więcej wyobraźni bawiąc sie "obcymi", niż polscy filmowcy. I ja się tak właśnie czuję rozmawiając o sf, jakbym trafił do jakiegoś filmowego żłobka, że to jest po to , by tatusiowie nigdy nie dorośli, żeby sie mogli bawić swoimi zołnierzykami z dziecinstwa. A przeciez to dojrzałe sf i fantasy wyrastało z autentycznych problemów, z jakimi borykała się ludzkość, że Lema, Zamiatina, Strugackich, Vonneguta, Szulkina wymienię, a o Lovecrafcie nie wspomnę. Przeciez ekspresjonizm, surrealizm operowały wymyslonymi światami. to są arcydzieła. A Tolkien? Ten przebogaty swiat pełen bytów, języków, świat jako symfonia , gdzie niziołki są tak samo ważne jak niesmiertelne elfy, a to wszystko zanurzone lingwistycznym bogactwie wielu kultur. Arcydzieła , które nabierają wymiaru ultrametafory, jakiegos ogólnoludzkiego wymiaru. A Wy mi tu o rozrywce? A ja się pytam do jakiego wymiaru odbiorcy sprowadzili ten nurt.
Jeśli chodzi o "kreacjonistyczne bajdurzenie", to chyba Lem pisał , że "Inzyniery" , bogi wcale nie muszą być takie przemiłe i że będa chciały zniszczyć swoje dziełko, albo będa wobec niego bezradne. I w Prometeuszu te pytania są , i pojawia sie pytanie kto stworzył "Inżynierów", gdzie konczy sie kreacjonistyczna piramida. I to są te dziury w scenariuszu, które jako widz wypełniam pytaniami. A ta Lovecraftowska koncepcja jakichś praistot rodem z Cthulu? To tego też niema, że te wszystkie byty sa w kosmosie tak samotne? To tego teżniema? to ja sobie tylko wymysliłem? A jeśli wymyśliłem, to miałem prawo, ż eby przez te dziury w scenariuszu to zobaczyć. Bo mnie sie zdaje , że to taki film i ze go nie doceniacie, oczekując tylko tego co przewidywalne i standardowe. I to jest dla mnie najistotniejsze, a blokbasterowe hujki pomijam milczeniem. Wy sie nimi jarajcie.

Lapsusie, dobrze wiesz, że nie o takie dziury w scenariuszu mi chodzi, kiedy wylewam hejt na Prometeusza. Oczywiście wszystkie te idee tam są, możesz jeszcze dorzucić ważki temat sztucznego człowieczeństwa. Tylko że Scott sadzi się na intelektualne rozważania, a jednocześnie raz za razem ten intelekt obraża. Co by ich, Scotta et consortes, kosztowało dostarczyć widzom dopracowany scenariusz?

I zgadzam się z Tobą, gdy piszesz, że wszystkie te ważne pytania, które powinny miażdżyć moje zastrzeżenia związane z blokbasterowymi hujkami, już zadano gdzieś indziej. Nie zamierzam wyć z rozkoszy, bo ktoś pokazał mi quasi-lovecraftiańskie macki. Wolę oryginał.

Jeśli już chcesz o Lovecrafcie, to on pisał właśnie kosmiczne horrory, którymi tak pogardzasz. Horrory z wielokierunkowym potencjałem, ale jednak.

Może mi powiesz, ze Lovecraft pisał schematycznie i pod publiczkę? Bo ja tym gardzę, że ludziska jarają sie bele czym. I wskaż mi choc kilka tytułów z ostatnich lat, które sa wg Ciebie wartościowe, bo wg mnie dominuje słabizna . Ja pisze, za co cenię Prometeusza pomimo jego słabości i nie wyję z rozkoszy. Może i nie jest oryginalny, ale to wcale nie takie częste, by filmy wysokobudżetowe 3D miały ambicje filozoficzne. Za to doceniam. A że niedorobiony - powtarzam , tak to jest jak się kompromisuje.

Lovecraft bywał schematyczny, bywał niezdarny i zdarzało mu się pisać pod publiczkę (vide "Reanimator"). Ale w swoich najlepszych chwilach był wielki. Po części właśnie dlatego miewał trudności z opyleniem swoich opowiadań groszowym magazynom, bo wykraczały poza przyzwyczajenia czytelników. Słabo radził sobie z artystycznymi kompromisami. I dopóki takich ludzi nie będzie więcej, trzeba się będzie zachwycać kaszaną, która obrała sobie za inspirację wcale nie głębokie prace filozofów, tylko wynurzenia Ericha von Danikena, który widzi UFO na sumeryjskich płaskorzeźbach. Głębokie, nie ma co.

Nie jestem na tyle na bieżąco z SF, żebym miała sypać tytułami jak z rękawa, ale wiarygodni ludzie ręczą za "Peanatemę" Stephensona, a sama lubię Dukaja, zwłaszcza "Czarne oceany" i "Inne pieśni". Nie wiem jak wyśrubowane masz standardy, może to wszystko ląduje poniżej.

Dukaj to film?

Ach, chodzi o filmy. No cóż, praktycznie całe SF z ostatnich lat to albo kicha (Next, Equilibrium) albo zabawki (Incepcja, Star Trek). Wszyscy liczyli na Scotta, że zrewitalizuje gatunek, ale mu się wg mnie nie udało.

Jednak trochę fajnych rzeczy jest. Na pewno świetny jest serial "Battlestar Galactica", a jeśli szukasz etycznych dylematów, to możesz poszukać na "Księżycu". O właśnie, jeśli w ogóle na kogoś liczę, że zrobi coś ciekawego w tym gatunku, to właśnie na Duncana Jonesa. Jakieś ambicje miał też "Dystrykt 9", ale w końcu poległ na tym samym co Prometeusz.

No widzisz, czyli się zgadzamy w gruncie rzeczy , że temat niewarty większej uwagi. A co do Danikena to w 100% masz racje, zaczytywałem sie nim w liceum. chyba dlategoż promet tak misie podobał.
Nędzne reSentymenty. Dzięki Esme. .

Człowiek na chwilę wyjedzie, a tu od razu dyskusje wysokich lotów. Nie będę się za bardzo włączał, bo wyjdzie że 3 na 1. Ja też nie przeżyłem załamania na filmie, ale zauważam, że stopień załamania jest wprost proporcjonalny do stopnia wkręcenia w literaturę sf. Mój kumpel, który się w tym zaczytuje, też - jak Esme - uważał, że film obrażał jego inteligencję. My nie, pewnie dlatego, że nie ma w nas wielkiej wiary w kinowe sf. A poza tym pozostaje jednak dla mnie Esme zagadką, dlaczego Prometeusz obraża Twoją inteligencję, a taki powiedzmy Kod nieśmiertelności nie.

Tak, "Moon" to film science fiction, który najlepiej prezentuje się na przestrzeni ostatniej dekady.
Mnie się też podoba "Raport mniejszości" i "Avatar".
Co do "Prometeusza" to jest średniakiem, ale w sumie niezłym.

Było kilka wybitnych filmów scifi w ostatnich latach: "Dystrykt 9", "Moon", "V for Vendetta", "Mr Nobody", "Casshern" i oczywiście "Wall-E". Do tego warte uwagi "Droga" (choć do książki się nie uwywa), "Cypher", "Children of Men", hiszpanski "Timecrimes", "A Scanner Darkly", "Paranoia 1.0", "The Man from Earth" i "Hunter Prey". Należy też do tych co lubią "Fontannę". Całkiem ciekawym przeżyciem jest "Dante 09", choć niestety parę scen tam jest tak durnych, że wzywa o pomstę do nieba (generalnie przypomina pół filmu, a nie cały), a także "Eden Log". Mam też słabość do "The Time Traveler's Wife" i "Attack the Block".

Taka moja prywatna definitywna lista dla sci-fi 2000+, bo praktycznie widziałem każdy sci-fi jaki powstał w tym czasie.

"Prometeusz" niestety poraża głupotą scenariusza, a jedyne co ciągnie ten film to Fassbender i zdjęcia.

@Pstepien Zapomniałeś o "Gadkie Lebedi". A jak nie widziałeś, to koniecznie do nadrobienia.

widziałem 'gadkie lebedi' i o niczym nie zapomniałem.

wall-e jest czym jest. i w tym kontekscie jest perfekcyjny.

"wall-e jest czym jest." - łał... wall-e niczym robot-bóg, bóg-robot.

Nie jestem zafiksowany na punkcie filmowego sf i widziałem tylko część tych filmów, ale najlepszy z nich był "WALL.E" a i to głównie dzięki wizualnemu efekciarstwu. O "Moon" i "Mr Nobody" można powiedzieć to samo. Ten pierwszy robiłby naprawdę mocne wrażenie gdyby nie łatwość z jaką da się rozgryźć zagadkę. "Mr Nobody" wygląda jak realizacja pomysłu weźmy popularnonaukową książkę na temat fizyki i połączmy to z melodramatem. Właściwie każdy z nich rozczarowuje na poziomie intelektualnym. "Księżyc" w klasyczny sposób przerabia temat wałkowany wielokrotnie, "Mr. Nobody" to słodziaszny film o miłości, zaś każda kolejna scena w "Dystrykcie 9" wali po oczach hollywoodzką kliszą. "Avatar" stanowi przykład niezłego widowiska, ale przed brzytwą Lema by się nie wybroniło. "V jak Vendetta" aż się prosiła o wyniesienie jej z "komiksowości" na rzecz głębszej diagnozy społecznej czy politycznej, tak się oczywiście nie stało.
Na tym tle dobre zdjęcia i Fassbender to całkiem sporo ;)

Jeżeli miałbym robić swoje zestawienie sf po 2000, do czego rzecz jasna nie mam kompetencji, to wspomniałbym o Sweetheart, i Strażnikach

O tak "Wall.e". Szczyt filmowego SF po 2001 Space Odyssey wcale nie słitaśny i taaaki głęboki. Serce mie sie cieszy, że przypomnieliście o tym wiekopomnym dziele. I prawda , przy nim Prometeusz "poraza głupotą".

Przynajmniej nie udaje, że miał być inny.

A Prometeusz udaje? A jak udaje to co? Fakt jest taki, że z sf porobiło się jakieś przedszkole. Zresztą to nie ja powymyślałem te wszystkie przegródki i półki, zwane gatunkami filmowymi, których jestem wrogiem. chyba zgodzicie się , ze to co najciekawsze dzieje sie gdzies na styku konwencji, albo wobec konwencji. Tylko że to nie jest zabawa dla ortodoksyjnych przedszkolaków. "przez ciemne zwierciadło" jest dla mnie takim przykładem transgresji.

Przepraszam, że ostatni wpis był taki obcesowy, ale pisałem w biegu. Teraz rozjaśnię moje zdanie:

"Gadkie lebedi" - film z gatunku wartych obejrzenia. Zapomniałem o nim o tyle, że godny jest uwagi.

"Wall-E" - pod względem opowiadania historii jest to film wręcz perfekcyjny w pierwszych 30 minutach (dopóki Wall-E jest na ziemi). Nie doszukujmy się tu głębszych treści, ale Wall-E jest majstersztykiem kina rozrywkowego i do pewnego stopnia kamieniem milowym w kontekście opowiadania historii. Tak - jest ckliwy, łzawy, naciągany, co nie zmienia faktu, że z wielką przyjemnością się go ogląda. A swoją drogą kino z założenia jest 'efekciarskie', za wyjątkiem pewnej małej niszy. Nawet tak zwane 'głębokie' filmy opierają się na efekciarstwie, np. poprzez szokowanie, co już do masturbacji artystycznej doprowadził von Trier. Efekciarstwo to zatem żaden zarzut wobec filmu.

"Moon" - solidne kino ala Lem. Być może nie odkrywa nowych 'światów' i tematów, ale zrobiony z klasą, wyczuciem i ze świetną rolą aktorską. Tu dodam, że nazywanie "Moon" efekciarskim generalnie udowadnia, że łatkę efekciarskiego można przypiąć wszędzie.

"Mr. Nobody" - jesteśmy w straszliwej epoce post-Shyamalan i post-'Podejrzani', gdzie jakość filmu oceniana jest przewidywalnością twistu. Tymczasem twist nie jest esencją "Mr. Nobody". To czy ktoś z łatwością przewidzi zakończenie nie ma tu znaczenia. Moim zdaniem "Mr Nobody" nie miał zaskoczyć zakończeniem - zakończenie po prostu miało być logicznym ciągiem dalszym. I jest Osobiście uważam ten film za dużo lepszą wersję "Drzewa życia", bo dużo mniej nieznośnie patetycznego.

"Dystrykt 9" - genialny w warstwie treści jak i opowieści przez 3/4 filmu. Końcówka poszła w strzelaninę, ale zrobiła to na tyle umiejętnie, że nie zakłóciło nastroju reszty filmu. Doszukiwania się hollywoodzkich klisz w "Dystrykt 9"? No cóż... Zgadza się, tylko, że ja to widzę wręcz odwrotnie. Punktem wyjścia filmu jest bowiem amerykańska klisza 'inwazji obcych'. Amerykańskie klisze są świadomie wywracane do góry nogami, wyśmiewane i przeinaczane. Począwszy od nabijania się z tego, że wszystko katastrofy mają przecież miejsce nad Nowym Jorkiem a kończąc na 'strzelaniu świnią'. Do tego umiarkowany komentarz społeczny. Niektórzy lubią ten film objeżdżać, ale to jak dla mnie najwybitniejszy scifi ostatnich 20+ lat. Ma trochę dziur w scenariuszy, ale mam nadzieję na ciąg dalszy, które poskłada to do kupy.

"V jak Vendetta" - być może można dodać do filmu kolejne poziomy, ale dla mnie film jest dobry jaki jest. Dużo lepszy niż rozmydlony i przesadzony "Strażnicy".

Odnośnie "Prometeusza" - niezależnie od wad powyższych filmów przynajmniej żaden z nich nie obraża mnie intelektualnie, jak to robi Lindelof. Nie twierdzę, że "Prometeusz" to zły film, ale idiotyzm scenariusza i nadmiar mięsa armatniego spłyciły go do granic mozliwości.

Prometeusz zawiódł więc cała nadzieja teraz w dwóch Południowoafrykańczykach: Gavin Hood i jego "Gra Endera" oraz Neil Blomkampf i jego "Elysium".

No to jeszcze powiedz, co obraża Twój intelekt w Prometeuszu. Zawsze zastanawiałem się, że ludzie inteligentni i wrażliwi oglądają z zachwytem filmy oczywiste, przezroczyste, bez żadnych znaków zapytania, by nagle mieć pretensje do twórców o intelektualne płycizny. Jeśli o mnie chodzi, to ze wzg na poziom mego IQ, nic nie jest w stanie obrazić mojego intelektu.

Witam. Sam uwielbiam niektóre filmy, które obrażają intelekt. Problem w tym, że akceptuję, iż są głupie. Natomiast po Ridley Scott spodziewam się więcej, więc sekwencje idiotyzmów i brak logiczności po prostu mnie dołują. Nie chodzi mi tu nawet o dziury w scenariuszy, bo w filmach tego typu zawsze będzie można się do czegoś przyczepić. Ale fakt, że narracja jest skopana i historia nie trzyma się kupy jest niewybaczalne. Po tym, że sekwencja kilka gwiazd jest po całym świecie wnioskują, że człowieka stworzył inzynier? Wyprawa warta trylion, a brak jakichkolwiek procedur ani linii dowodzenia? Dwójka facetów z przerażenia ucieka przed nieznanym, po czym zaczynają beztrosko flirtować z pseudokobrą? Wpierw spalają jednego zarażonego żywcem, po czym wpuszczają innego na pokład bez pytania? Inżynier rozbija się w statku, a jedynym jego pragnieniem jest zabicie neo-Ripley, choć nie ma prawa wiedzieć, że przeżyła? Itd. itp. Do tego zbędność i płytkość większości postaci oraz nadmierna patetyczność w innych momentach. Po prostu zbyt wiele fałszu nie pozwoliło mi podziwiać Fassbendera, piękne zdjęcia, znakomitą sekwencję ze stołu operatorskiego czy perfekcyjne otwarcie filmu (aż do pobudki pierwszych zhibernizyowanych).

Obwiniam zresztą o to nie Scotta, a grafomana Lindelofa, który miał scenariuszowe zaćmienie umysłu.

Zarzutów nie do konca rozumiem, bo nie widzę tam zadnych niekonsekwencji, bo przecież to nie Inżynier a Obcy chce uśmiercić Ripley, co jest umocowane w poprzednich częściach, że sie nie lubią przecież, czyli super ironia. Weylandowi chodziło właśnie o to żeby sobie mógł [pogrywać z załogą i całe dowodzenie jest w ręku robocopa. O drugim nie wiedzą , że jest zarażony, albo wkracza siłą i sprytem, nie pamiętam, co na jedno wychodzi, że nie dają mu rady. Ale najważniejsze jest tych dwóch facetów - zauważ , tam jest jakaś erotyczna relacja, przyciąganie, ze oni chcą zmykac czym prędzej, a potem jak zostają razem to są happy. Podejrzewam , że z podobnych pobudek działa kapitan Yanek, który chce im dać szansę na słodkie tete a tete. Znów ironia pogłębiona fallicznym kształtem tego , co nazwałeś kobrą. Oni są tym kształtem podnieceni i podnieceni że są razem, zresztą sam moment ataku, to scena gwałtu oralnego, tak bym ją nazwał. I tu przechodzimy do głównej myśli Scotta - Inżynierowie jako osobniki bezpłciowe czuli sie samotni, stworzyli ludzi - mężczyznę i kobietę jako pełnię, chcieli stworzyć coś więcej niż sami byli, a człowieki znowu na własną rękę wszystko przekombinowali i zaczęli się chłopcy zabawiać z chłopcami a dziewczynki z dziewczynkami. Czyli mamy Ziemię jako Sodomę w planie zniszczenia przez Inżynierów. To chyba główna wymowa Scotta - Ziemia znowu stała się Sodomą i musi ulec zniszczeniu, bo pyszny człowiek nie szanuje praw naturalnych, zmienia porzadek kosmosu, tworzy bezwład i anarchię. To taki apel niepoprawny politycznie, a Scott jest współczesnym prorokiem. No i teraz wiemy dlaczego się tak niektórym nie podoba.

Koledze zapewne chodzi o końcową sekwencję, gdzie mgr inż wpada do uziemionej kapsuły w której jest Ripley (i obcy). I że ona musi się przed mgrem bronić szczując go obcym. Dla mnie to jakiś nic nie znaczący szczegół. Zawsze mógł dojrzeć hyżo drepczącą Riplejkę tuz po tym jak oderwał się od ziemi. Łorewa...Co do Janka i dwóch niedoszłych kochanków to przypominam dodatkowo scenę "dania szansy na tete a tete" w której Janek z lekko ironicznym uśmieszkiem mówi im, że odbierze ich następnego dnia rano ;)

Dla mnie to są tak nieznaczące szczegóły, że ich nie pamiętam :( Tylko Ci geje mijakoś istotni się wydali.

Scanner Darkly jest super. Tyle ze to animacja. Zacieram zacier na "Kongres futurologiczny" Folmana.

@doktor_pueblo Nie zaczytuję się SF, ale faktycznie wierzę, że ten gatunek w kinie stać na coś lepszego niż majaki Lindelofa, który zresztą już wyleciał z załogi Prometeusza i nie będzie pisał scenariusza do sequelu.
Nie mam problemu z akceptacją czy polubieniem filmów głupich albo przezroczystych, albo oczywistych, albo ubogich duchem. Jeśli tylko reżyserowi uda się mnie czymś zająć. Chciałabym np. dostać bohaterów, którym mogę współczuć (Kod nieśmiertelności), albo chociaż mieć wrażenie, że nie zasługują na śmierć (Obcy). Scott mnie znudził i sprawił, że zaczęłam go lekceważyć. Stąd już tylko krok do zabawy w wypatrywanie dziur w scenariuszu. A że było ich tyle...

@lapsus Nabijasz się z nas, nieładnie. Intelektualiści tacy jak Ty zawsze znajdą w filmie coś ciekawego, co sięga metafizycznych wyżyn, a z wysoka nie widać tego gówna, którym źli ludzie nafaszerowali ten film.

a dla mnie taka żartobliwa konceptualizacja jest duzo ciekawsza niz doszukiwanie się dziur w scenariuszu holiłudzkiego space fiction. Lapsus na prezydenta

Uhm. Można. Lapsus na wysokie oczywiście stanowisko. Tylko że taka sztuka najlepiej udaje się po wyjściu z kina. Za to doszukiwanie się dziur dostarcza najwięcej zabawy w czasie oglądania i trudno mnie winić za to, że próbowałam mieć choć trochę przyjemności z tego filmu. Poza tym nie musiałam się doszukiwać. Skakały z ekranu i rzucały się do gardła.

Moje wrażenia odnośnie początku "Obcego": 'Jesus! Głupota goni głupotę. Przeczytaj spoilery +

Jaka cudowna banda kretynów! Jak rozkosznie proszą się o śmierć!'. Naprawdę nie wiem, w czym banda kretynów z "Obcego" jest lepsza od bandy kretynów z "Prometeusza" (jeśli chodzi o fajne postacie też jest remis 1:1, no chyba, że liczyć 9 pasażera Nostromo). Jak to dobrze, że ten rodzaj kretynów i kretynizmów nie jest w stanie zepsuć mi zabawy. :)

Ja tylko chcę przypomnieć, że: Przeczytaj spoilery +

a) decyzję o lądowaniu na obcej planecie podjął komputer, bo tak był zaprogramowany. Jak na morzu. Ja słyszymy SOS, to płyniemy w tę stronę, a nie uciekamy.

b) tykanie paluchami jaj Obcego nie było może rozsądne, ale facet, który to robił, był zwykłym kosmicznym robolem, a nie superinteligentnym naukowcem i postąpił tak, o ile pamiętam, wbrew ostrzeżeniom ze strony reszty załogi.

c) Ripley próbowała dopilnować procedur związanych z kwarantanną, zupełnie jak jakiś chrzaniony służbista. Robala na pokład wpuścił android, który doskonale wiedział, co to jest i że ma to zawieźć na Ziemię. A jak już wnieśli kolesia na pokład i się okazało, że kwas, to co mieli robić? Zabić faceta, wyrzucając go ze statku? Nie jest łatwo podjąć taką decyzję.

d) Załoga Nostromo to nie byli "fajni" ludzie, sprawiali raczej wymięte i zmęczone wrażenie, właśnie takie jakie powinna sprawiać załoga zapuszczonego transportowca. Nie byli przygotowani na to, co ich spotkało, tak jak pracownicy supermarketu nie byliby przygotowani na to, że w ciężarówce w dostawą mięsa trafił się tygrys. To byli normalni ludzie, którzy nigdy nie chcieli eksplorować tajemnic kosmosu jak Rapace et consortes i było mi ich żal.

Nie czuję się wygodnie broniąc "Obcego", bo też mu można niejedno zarzucić (chociaż akurat nie to, co próbujesz). Jednak to był przede wszystkim horror, a nie "ambitne" SF jak Prometeusz. To normalne, że klimat ma tam pierwszeństwo przed zdrowym rozsądkiem. Ale i tak widać, że ktoś się postarał zachować pozory, wszystko jakoś trzyma się kupy.

Akurat bronienie Aliena jest zbędne, bo przecież wiadomo, że to jeden z trzech najważniejszych filmów science fiction.

Zgadzam się w całej rozciągłości z Esme. W szczególności tego, że można "Obcy" co nieco zarzucić scenariuszowo, ale akurat nie tego, co próbujesz zarzucić.

Dodam tylko:
1) Dlaczego mają być uzbrojeni? To przecież statek handlowy. W dodatku wg wiedzy tej ekipy życie pozaziemskie NIE ISTNIEJE, więc nie mają czego się obawiać. Chyba, że zakładasz istnienie kosmicznych piratów to uzbrojenie niczemu nie służy.
2) To samo odnośnie kwarantanny i zapuszczanie się w nieznane. O ile w przypadku Nostromo to był przypadek, że natrafili na obcego. W przypadku Prometeusza to zaplanowana ekspedycja.
3) To nie była ekspedycja naukowa, a banda spanikowanych / nierozważnych roboli.
4) Totalnie zapominasz rolę androida w filmie.

Akurat ten ciąg akcji w przypadku Nostromo ma sens. W przypadku Prometeusza nie miał.

Gdy czytam zarzuty krytyków Prometeusza, to kiwam potakująco głową, ale tylko do czasu, gdy zaczynają podawać przykłady filmów SF od Prometeusza lepszych, bo wtedy za tę głowę łapię się już z przerażeniem. V jak Vendetta nudne jak flaki z olejem, Dystrykt 9 najeżony bzdurami i dziurawy scenariusz, a Mr Nobody, cóż, jest pierwszym filmem od wielu lat, z którego dałem radę obejrzeć tylko 15 minut, bo zalew kiczu i pretensjalności przerósł moje możliwości percepcji. Z tej listy bronią się dla mnie jakoś tylko WALL-E (tyle że to baja dla dzieci, w której na pewno nie chodzi o intelektualne wyżyny) oraz Moon (dzięki temu, że jest tak diabelnie prosty).

Nie czarujmy się, kino SF zdycha i nic nie wskazuje na to, żeby miało się podnieść. Cała dyskusja to przerzucanie się argumentami, który jest gorszy. Moim zdaniem ten, na który się najmocniej nastawiałeś. Ja np. szedłem na Dystrykt 9, słysząc z wielu stron, że to najinteligentniejsze i najoryginalniejsze SF od lat i dostałem z kopa w twarz. Wy dostaliście od Scotta, ale winić możecie tylko siebie: za naiwność, która pozwoliła Wam uwierzyć, że Scott nakręci wybitny film. Scott z założenia nie kręci wybitnych filmów, dwa wyszły mu na początku kariery chyba przypadkiem, ale reszta to góra średniaki (żeby nie było wątpliwości, nie znoszę kina w rodzaju Gladiatora). Ja w Scotta nie wierzę od dawna i dzięki temu dość dobrze się na Prometeuszu bawiłem. I nie zamierzam za to przepraszać ;)

W sumie dziwię się, że na filmasterze Prometeusz ma tylu fanów;). Myślałem, że ten film przejdzie tu bez echa. Powiem jedno słowo: Incepcja:)

Nie szedłem do kina w oczekiwaniu na arcydzieło. Nie oczekiwałem jednak absolutnego gniota scenariuszowego. Nawet nie bawiłem się dobrze, bo film mnie męczył.

Ja z kolei będę bronił Dystrykt 9 jako najwybitniejszy film scifi ostatnich 20 lat. W odróżnieniu od Prometeusza rzekome dziury to przede wszystkim zawieszenie wiary, ktore jest wymagane przy kazdym scifi (np. to, że do uruchomienie broni potrzebne jest obce DNA). Czytam o licznych dziurach scenariuszowych Dystrykt 9, a kiedy przychodzi co do czego to okazuje się, że krytyk a) nie zrozumiał filmu, b) źle definiuje dziurę scenariuszową, jako kwestię którą poiminięto milczeniem albo c) po prostu nie zawiesił wiarę. Nieliczne dziury są tak nieistotne dla filmu i jej scenariusza, że aż mi się chciało smiać z desperacji osób 'wytykajacych bledy'. Zresztą to tu na filmaster czytałem parę postów o rzekomych dziurach i okazało się, że większość należy do kategorii 'krytyk nie zrozumiał filmu'.

I przebacz, ale Dystrykt 9 trzyma się kupy, Prometeusz ewidentnie nie.

Przebacz, ale moim zdaniem Twoje uwielbienie dla "Dystryktu 9" jest pochodną nie tyle zawieszenia wiary, ile uczynienia jej głównym kryterium oceny filmu. Tak bardzo wierzysz w kino afrykańskie, że chcesz wierzyć i w to, że stworzyło wybitny film SF. Twoje prawo, ale ja nie bardzo widzę podstawy i przyznam, że nie wiem, czego można z tego filmu nie zrozumieć, zwłaszcza z drugiej części, będącej typową holiłudzką strzelanką, z elementami kina familijnego.

Ale o "Dystrykcie" dyskutowałem już tyle razy, że nie chce mi się do tego kotleta wracać. Dla mnie to film o tym samym problemie co "Prometeusz" (i poniekąd "Incepcja"): świetny pomysł wyjściowy spieprzony jest przez klisze i scenariuszowe łatwizny, będące konsekwencją skłonienia się w kierunku masowej widowni. Czekam na reżysera (i producenta), który będzie miał gdzieś masowe gusta.

Być może jest w tym racja odnośnie mojej skrzywionej percepcji odnośnie pochodzenia filmu. Tym niemniej prosiłbym się zastanowić czy nie jest to z twojej strony zagrywka poniżej pasa. I nie zmienia to faktu, że nie ja jeden podzielam podziw dla tego filmu, a inny południowoafrykański scifi czyli "Sweetheart" został podniesiony nie przeze mnie, a przez bodajże Esme. W dodatku tu nie ja uznałem "Zoo City" najlwybitniejszą powieścią scifi zeszłego roku. Faktem jest, że RPA stał się nagle bardzo atrakcyjnym krajem dla tego nurtu, a "Elysium", "Zoo City" i "Gra Endera" zapowiadają się na najciekawsze filmy scifi nadchodzących lat, a wszystkie będą miały południowoafrykańskiego reżysera (choć akurat w stosunku do Hooda mam ograniczone zaufanie, aczkolwiek on bierze na warsztat jedną z najbardziej cenionych książek w historii gatunku)

Przykład tego co można nie zrozumieć (nie wiem, czy to się tyczy ciebie) to były liczne ataki na to, że bohaterowie rozmawiają ze sobą w różnych językach czy na to, że obcy są idiotami.

Oj tam poniżej pasa od razu. Drobna złośliwostka, nie potrafiłem się powstrzymać ;) Pozdrawiam.

[Uwaga! Komentarz zawiera spoilery!]

Niczego nie pomijam, niczego nie zapominam. Jestem absolutnie na bieżąco z całą tetralogią (niektóre fragmenty oglądałam po kilka razy). Nic jej zresztą nie zarzucam, ani też nie odmawiam jej geniuszu.

No, to skoro to sobie wyjaśniliśmy, to:

a) Nie polemizuję z faktem, że decyzję o lądowaniu podjął komputer. Po prostu ja (będąc przecież cywilem) bym nie wysiadła. Mniejsza o kasę. Nie wysiadłabym i już. I nie poszłabym cholera wie gdzie, nie wiedząc, co zawiera wiadomość. A co, gdyby to było ostrzeżenie przed zarazą? Wait! Przecież było.

b) Mnie tam Kane pochylający się nad jajami bardziej przypominał rozanielonego naukowca z "Prometeusza" niż robola (prości ludzie miewają całkiem nieźle rozwinięty instynkt samozachowawczy). No ale let it be. Niech będzie, że miał niskie IQ.

c) Ripley to właśnie ta jedyna (nie licząc kota) fajna i sensowna postać w "Obcym". Logiczne było też postępowanie androida. Tym, czego nie rozumiem, było zachowanie kapitana i Lambert. Zgaduję, że to też wina niskiego IQ.

d) Tu się zgadzam. Załoga Prometeusza władowała się w to wszystko dobrowolnie, mimo iż w jej skład podobno wchodzili ludzie wykształceni. Trudniej ich żałować. Ja nie żałowałam (z oczywistym wyjątkiem). Inna sprawa, że załogi Nostoromo też nie bardzo. Na szczęście w przypadku tego typu filmów nie muszę nikogo żałować, żeby mi się podobały.

1) Nie obchodzi mnie, czy stwierdzono istnienie innych form życia w kosmosie, czy nie (aczkolwiek założenie, że nie istnieją, to czysta ignorancja). Abstrahując od faktu, że za nic nie opuściłabym pokładu, bez broni nie opuściłabym go tym bardziej. Skoro jej nie mieli, powinni byli siedzieć na czterech literach.

2) i 3) Fakt, iż coś było przypadkiem, nie usprawiedliwia nieprzestrzegania procedur. (Z oczywistymi wyjątkami) Obie załogi były mniej lub bardziej głupie. Co z tego, że Ci drudzy byli głupsi od pierwszych i że z innych pobudek?

4) NOT. Patrz punkt c)

Nie ma potrzeby bronić "Obcego". Też go uwielbiam. Wszystkie kretynizmy przełknęłam, bo bez nich nie byłoby filmu, jak również dlatego, że nie mają dla mnie znaczenia. Ani w "Obcym", ani w "Prometeuszu". Nadal mi się wydaje, że duży wpływ na ewentualne rozczarowanie ma w tym przypadku kwestia nastawienia. "Prometeusz" i ambitne SF? Skąd ten pomysł? Tak jak "Obcy" jest dla mnie rewelacyjnym horrorem osadzonym w kosmosie, tak "Prometeusza" odebrałam jako film umiarkowanej (ale jednak) akcji o naukowej ekspedycji w kosmos i takim tam badaniu: a) tajemnic wszechświata, b) tajemnic uniwersum "Obcego". Ale to nadal jest kino rozrywkowe (spod pióra Damona Lindelofa), a nie dajmy na to "2001: Odyseja kosmiczna". I raczej nie miało nią być. Jeśli miało być horrorem lub epickim thrillerem (tego nie wiem), to ewentualnie można się przyczepić do tego, że nie było takie straszne.

Bardziej logicznie niż w Prometeuszu zachowywali się ludzie w Avatarze, który w dodatku jest znacznie lepszym filmem.

To chyba rzecz gustu. Aczkolwiek nie wypowiem się, dopóki nie obejrzę obu tych filmów po raz drugi.

@nevamarja No... po prostu nie nadajesz się na bohatera horroru. Nie wysiadłabyś z Nostromo i zostałby tylko krótki metraż.
A to jest ciekawe, że @lapsus przypisuje Scottowi nie wiedzieć jakie ambicje, które uległy w obliczu nieuniknionych kompromisów, a Ty twierdzisz, że "Prometeusz" to "Kowboje i obcy" tylko bez kowbojów. I to jest być może jego problem właśnie. Jak na ambitniejsze SF za dużo w nim wyświechtanych chwytów wyjętych z najgorszych slasherów. Jak na kino rozrywkowe - za dużo chrzanienia o wierze i stworzeniu, co skutecznie rozrzedza atmosferę. Nie nudziłam się może jak mops, ale nie powiem też, żebym umierała z ciekawości, co będzie dalej.

Paradoksalnie ja też nie umieram. Z kina wychodziłam z poczuciem, że było całkiem fajnie, aczkolwiek kontynuacja z wielu względów nie ma prawa się udać. Miło by było, gdyby Scott mnie zaskoczył, ale jakoś w to wątpię.

ale przecież bez tego chrzanienia o wierze i stworzeniu nie byłoby w ogóle tego filmu. Poza tym odnoszę wrażenie, że trochę przeceniasz te kwestie ;)

Nie nabijam i raczej z nizin. Czekając na koneserów, którzy zaczną się jarać detalami świata przedstawionego.

Szkoda czasu i kasy na bilet do kina, jak ktoś się bardzo nudzi może obejrzeć, ale trzeba się bardzo nudzić.

Klimat to niestety za mało żeby wyciągnąć na prostą porządny szit.

uczta dla umyslu odwazna pruba odp na ist pytanie w wyk maestra gat polecam

Bardzo lubię kino SF, ale dobre - a tu wszystko poza zdjęciami i efektami specjalnymi wygląda jakby to robił marny reżyserzyna po pijaku. Doszukiwanie się w tym bredzeniu ukrytych przekazów to strata czasu i nadinterpretacja

W tym filmie nie ma ukrytych przekazów, wszystko jest dosyć czytelne od strony przesłania. Cały problem w tym, że fani sf nie lubią filozofowania, a wolą łubudu. Tam gdzie jest refleksja film jest ok, tam gdzie łubudu słabo. Kwestia po co się idzie do kina.

No przecież napisałam to samo - nie ma przekazów. Tylko że właśnie dużo ludzi się ich i tak doszukuje, dorabia ideologie, znajduje pytania bez odpowiedzi tam gdzie ich nie ma:) Jak dla mnie, strata czasu. Może po prostu nazwisko reżysera nie pozwala uwierzyć, że to jednak gniot (oczywiście przy gniotach też się można dobrze bawić, więc nie mówię, że Prometeusz jest do końca be, ale inne filmy klasy C i D nie udają przynajmniej kina z aspiracjami i nie mieszają co bardziej naiwnym w głowach).

Ale już fanów SF bym nie dzieliła na tych, co lubią wybuchy i na tych którzy lubią refleksje, bo to jak podział na inteligentnych i głupich, wiadomo, że taki podział jest, ale nieuprzejme o tym mówić:) Poza tym, hmmm, trudno być prawdziwym fanem SF i nie lubić filozofowania gdy taka Odyseja kosmiczna 2001(o, to jest film, który pozostawia widza bez odpowiedzi), Moon czy Blade Runner to jedna wielka refleksja i czasem tylko trochę łubudu. Chodzi tylko o to, że refleksja musi mieć sens, a tu nie ma zastanawiania się nad czymś ważnym, chyba że za to ważne uznać znajdowanie nawiązań do Obcych. Dla mnie to materiał dla fanbojów.

fanbojów - bo tu należy podzielić widzów na fanów/zwolenników Scotta i całą ziewającą resztę. Najbardziej zaintrygowała mnie wyrwana głowa Fassbendera. Gość całkiem daje radę bez reszty ciała.

Może inaczej: głowę też ma fajną. :)

jednak sama głowa jest o wiele bardziej fascynująca

Szczerze, to nie chce mi sie już o tym filmie. @JoannaSerafin - nie ma przekazów ukrytych, bo one są na wierzchu. Może powiedz mi, co widziałaś w tym filmie, o czym on jest? Ja przyznaję,że jest w nim komercyjny kompromis, który niszczy zamysł filozoficzny i sam film. I proszę Cię - filmy, o których wspominasz, to prehistoria. Ja się zgadzam, że kiedyś było inaczej, ale kiedys odbiorca miał inne oczekiwania. Kiedyś kino było inne. Dlatego doceniam próby takie jak "Prometeusz" czy "Mr Nobody"

Pozostanę przy głowie.

Rozczarowujący, przewidywalny i... trochę nijaki. Może to przez pokładane nadzieję? Wizulanie efektowny, pięknę zdjęcia, klimatyczna muzyka. Niestety to wszystko.

Rozczarowujący, przewidywalny i... trochę nijaki. Może to przez pokładane nadzieję? Wizulanie efektowny, pięknę zdjęcia, klimatyczna muzyka. Niestety to wszystko.

Do Obcego się nie umywa, od Obcego vs Predator lepszy. Jak na te wszystkie bluzgi, które wcześniej słyszałem o tym filmie, to nawet byłem mile zaskoczony. Myślę że do Bad Horror Club się nie nadaje, ale i tak się nieźle bawiłem ;)

Jeden z zabawniejszych filmów SF ostatnich lat. Za każdym razem gdy już myślałem, że więcej żenujących pomysłów w "Prometeuszu" nie da się zmieścić udowadniano mi jak wielka jest potęga złego scenariusza. Guilty pleasure.

A Orliński rzekł, że po latach, to ten film będą wspominać z lubością do sf

Oczywiście, że tak. To wszystko przez to, że Prometeusz odchodzi od wytartych schematów kina nowej przygody, do której widzowie sf przywykli i wszystko, co jest próbą z tą infantylną konwencją, strasznie ich mierzi.

Nie zaraz mierzi, po prostu mnie nudzi, jak i owe schematy nowej przygody

Prometeusz to odchodzi od wytartych schematów dobrego smaku i zdrowego rozsądku przede wszystkim :P

Ano!

się nie znasz, po prostu nie rozumiecie tego filmu, odbieracie go powierzchownie i to niezrozumienie przekładacie na deprecjację wybitnego dzieła, takie pomieszanie arogancji z ignorancją, typowe u nastolatków, pozdr

Skoro lud nie rozumie może należy go oświecić?

Wybitne dzieło deprecjonuje się całkowicie samodzielnie, bez naszej aroganckiej pomocy.

poczekamy z 10 lat i sami zobaczycie, że nie macie racji, to nie jest film, który da się pojąć od razu, ja obejrzałem 5 razy i jestem na początku drogi, liczę na mocniejszych ode mnie

No dobrze, czekajmy na tego, któremu nie jesteś godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. Mesjanistyczne linie obrony są dobre, głównie dlatego, że mesjasze jakoś rzadko przychodzą ;)

ale jak iuż przydą, to was zbawią, choćbyśta nie kcieli i zapierali się z sił całych o progi doczesności ;)

Amen

Duży plus za zdjęcia, giga minus za głupoty w scenariuszu

Efunia
duzulek
patrycja76
MRZVA
jsbach
Danielito
Konfucjusz70
jumolugig
Guma
dudssoon