Kuszenie świętego Tõnu (2009)

Püha Tõnu kiusamine
Reżyseria: Veiko Õunpuu
Scenariusz:

Boska Komedia w wydaniu Tony’ego – menadżera średniego szczebla. Dotknięty kryzysem wieku średniego, w obliczu śmierci ojca zaczyna kalkulować szanse na własne zbawienie... (ENH)

Obsada:

Pełna obsada

Zwiastun:

Uwielbiam takie kino - wyszukana forma (muzyka - tak genialnie dobrana do obrazu, zdjęcia - absolutnie zjawiskowe!) i nieoczywista, skłaniająca do myślenia treść. A do tego dużo absurdalnego humoru, pochodzącego pod surrealizm. Czułem tu ducha Pieśni z drugiego piętra, ale też pojedyncze sceny kojarzyły mi się naszym Zmruż oczy (taniec na wsi) czy Bergmanem (klasztor, rozmowy o bogu). Boje się, że może to być najlepszy film Nowych Horyzontów...

Forma świetna, ale końcowe sceny dla mnie za ciężkie, za głośne, zepsuły w pewnym stopniu kompozycję, sprawiły, że wyszedłem z kina zmęczony a wewnętrzny niepokój został przytłamszony.

"Drzewa to nie są drzewa a domy to nie są domy".

Tak, też nieco wyżej oceniam pierwszą część niż drugą - pod koniec (czyli części IV i V) zdjęcia, muzyka i efekty wizualne podążyły za coraz bardziej oszalałym głównym bohaterem i całość skręciła w kierunku mocno schizofrenicznym. Mimo to nadal zastanawiam się nad dziewiątką. Jak przemyślę to może skrobnę dłuższą notkę.

Ja z kolei zastanawiam się nad siódemką biorąc pod uwagę dobre dialogi, symbolizm, humor.
Z kolei z minusów - nie podobała mi się gra aktorki odtwarzającej rolę Nadjeżdy, a także nazwanie głównego bohatera świętym. Może to drugie to jakieś nawiązanie, którego nie odczytałem?

zabawne, ale moim zdaniem główny bohater - "oderwany" Tonu - spośród wszystkich - zarówno postaci z filmu, jak i widzów - oszalał w stopniu najmniejszym. zawieszony od samego początku, bardziej jakby pchany do akcji przypadkami/zdarzeniami, niż akcję napędzający. poza tym - kto właściwie go kusił? skusił? na zjedzenie ledwie liźniętej dziewczyny. zło/dobro/psyche?

fakt, film mocno osadzony w kontekście kulturowym/filmowym, symboliczny momentami, ikonograficzny nawet. niemniej - odbiór i interpretacja jest procesem dojrzewającym. dlatego wstrzymuję się. póki co. do potem.

Sporo fajnych scen i lynchowego klimatu, ale całość do mnie nie trafiła. Rozumiem, że to było o facecie przeżywającym kryzys wiary w sens życia (dotychczasowego), ale jakie są właściwie wnioski? Ocena: 6-7

Ale jakich wniosków się spodziewałeś? Instrukcji jak zostać zbawionym? Poradnika na temat sensu życia?

Nie w tym rzecz. Ja, szczerze po prostu nie wiem do czego reżyser zmierzał. Luźne sceny, rozpatrywane niezależnie, były niezłe, ale mi się nie ułożyły w film. Gdzieś wyczytałem na przykład (chyba w Gazetce festiwalowej), że to miała być alegoria przemian kraju niegdyś komunistycznego przechodzącego w kapitalizm. Jak więc widać interpretacji jest wiele.

Całość do mnie trafiła. Nie czułem za bardzo Lincza, ale czułem oniryczny klimat, który mimo wszystko osadzony był w bardzo konkretnych realiach. Film przypominał mi "Do Ciebie, człowieku" albo "Kłopotliwego człowieka" - mroczny skandynawski surrealizm. I wystarczy.

Dla mnie sceny w klubie nocnym to był czysty Lincz :)

Jedna jaskółka wiosny nie czyni... albo czyni ;)

E no, nawiązań było więcej. Mi np. odcięte dłonie znalezione w lesie od razu przypomniały znalezione ucho w "Blue Velvet". I generalnie ta cała koncepcja mrocznych sekretów, tajemniczych zwyrodnialców, etc. pachniała Lynchem. Dodam jeszcze, że słyszałem ludzi rozmawiających po seansie, którym to się kojarzyło z "Głową do wycierania". Mi się akurat nie kojarzyło.

Może były , ja się jednak specjalnie nad tym nie zastanawiałem. Nie znajduję u Lyncha bezpośrednich odniesień do religii. Bardziej widziałem tu podobieństwo do surrealistycznych wizji, takich jak w "Pieśniach z drugiego piętra".

Lynch rzeczywiście się religią za bardzo nie zajmuje. A "Pieśni z drugiego piętra" niestety nie widziałem.

Mnie się nie kojarzyło z "Głową do wycierania" zupełnie, a widziałem ten film z dwa miesiące temu. Jeśli już to bardziej z filmami typu Zabubiona autostrada. Ale w Kuszenie świętego Tõnu znalazłem znacznie więcej sensu.

Dla pewnych filmów nie ma to jak czarno-białe zdjęcia, jeśli tylko jest porządny operator. Zapożyczenie od Lyncha bardzo jaskrawe, ale udane. Interesujące, mroczne i surrealistyczne poczucie humoru. Jest dyskusja o zbawieniu, ale film dotyczy raczej bezsilności wobec zła i biernego pogrążania się w pustce. Satysfakcjonujące i przygnębiające zarazem przeżycie.

Zapowiadało się rewelacyjnie, pierwsza scena idealna, ale jednak po obejrzeniu całości mogę powiedziec, że średni. DObry humor, trochę nawiązań do innych filmów, które mnie nieco drażniły. Jak dla mnie jednak zbyt przerysowany.

Cała idea polegała na tym, że film jest przerysowany, że nie przedstawia sytuacji realistycznie, nie przedstawia nawet sytuacji realnych, a raczej w sposób umowny pokazuje kolejne fazy psychicznego rozpadu głównego bohatera.

Taka sobie nie-boska komedia o upadku człowieka. Ludzie przeżarci konsumpcjonizmem, uczuciowo zardzewiali, świat zniewolony przez zło - pierwotną naturę człowieka, a miłość, która mogłaby tę moralną nędzę pokonać, ostatecznie wyśmiana. Rozkład wszystkiego: tego, co ludzkie i materialne.
Kilka dobrych scen, fajna muzyka i doznania wizualne. Mimo to ogólne wrażenie dość nijakie. 6,5.

Na mnie ten film podziałał głównie... estetycznie. Raczej czułem go niż rozumiałem całą symbolikę. Ale czułem mocno, stąd wysoka ocena.

I przez wzgląd na tę estetykę zaokrągliłam do 7. :)

agryppa
Skyscore
tremor
michuk
patryck
scaruffi
ayya
yuzuriha
gremlin
Esme