Robin Hood (2010)

Reżyseria: Ridley Scott

Film przedstawia historię trójkątu miłosnego pomiędzy legendarnym Robin Hoodem, jego ukochaną Marion i jego arcywrogiem, szeryfem Nottingham. Szeryf jest bardziej szlachetny i praworządny, natomiast Robin Hood jest bardziej szemraną postacią niż jak w znanej każdemu legendzie.

Obsada:

Pełna obsada

Zwiastun:

Oszust podszywa się pod Robina z Locksley, gdy ten ginie podczas powrotu z wyprawy krzyżowej wraz z Ryszardem Lwie Serce. Ale okazuje się, że dobrze się stało, gdyż cwany wieśniak okazuje się potomkiem autora Wielkiej Karty Swobód i zapalonym propagatorem demokracji i parytetów. Dlatego też pozwala walczyć Lady Marion na polu bitwy w zbroi i z mieczem w ręku, które w sumie ważą z kilka razy więcej niż ona sama. Straszna bzdura.

Film skupia się głównie na okresie, zanim Robin został banitą i zamieszkał w lesie. Bardzo to było ciekawe, chociaż jakieś szare i monotonne. Ładna muzyka, zwłaszcza fragmenty riverdance’u. No i oczywiście Crowe nie pasuje do roli – jest za stary! Ten wiek Robin osiągnął przecież dopiero po paru latach biegania po lesie. ;> Zbyt dużo scen batalistycznych nuży. Ale poza tym da się oglądać.

Przepiękne bitwy, niestety reszta wypada dosyć średnio. Grze aktorskiej nie mam nic do zarzucenia - zdecydowanie ratuje ten film.
Nudzić nie nudzi, ale za bardzo też nie zachwyca.

30 lat prób i wreszcie się Scottowi udało: na podstawie historii, którą wszyscy kochają zrobił film idealnie nijaki. Doceniam sceny bitewne i realistyczne szczegóły, ale ani na moment nie zostałem głębiej zainteresowany. Nijakość tego filmu jest tak wielka, że nawet nie denerwowały mnie - jak oczekiwałem - zakłamania historyczne, patetyzm i chamska propaganda amerykańskiej demokracji.

+1

To nie jest Robin Hood. To nie jest też film przedstawiający historię Anglii w okresie średniowiecznym. To tak naprawdę jest film o niczym, który został poprawnie zrobiony, zagrany i nad wyraz rozreklamowany. Ok, zasnęłam na tym filmie, ale nie bez powodu.

Tyle negatywów, to chyba faktycznie Scott nie popisał się.

Historia prosta i świetne widowisko. Postaci są szablonowe ale chyba legendy mają swoje prawa. Można by nawet próbować doszukać się politycznych deklaracji. Oglądało się świetnie a vindaloo nie było aż takie ostre.

Blockbuster scottowski i jego bohater - maturzyści, jeśli szukacie tematu na pracę, macie parę pierwszych zdań: "Blokbaster skotoski to jest taki, we którym ktoś przychodzi znikąd i dochodzi dokądś. Niezłomność ducha, wielkość charakteru, wierność swoim zasadom, szlachetność, idealizm, koń oraz miecz – protagonista skotoski zostaje zwycięzcą, a przynajmniej moralnym, właśnie dzięki tym swoim własnościom". Ale nie marudzę, bo bawiłem się na filmie świetnie i Lea Seydoux jest fajna. Nic poza tym.

Nieprawda. Gladiator poradził sobie bez konia ;)

Bo on był takim przekozakiem, że sam sobie był koniem. To był, powiedzmy, koń mentalny, koń duchowy. Koń moralny, tak, zdecydowanie.

Zresztą, w Germanii jeszcze śmigał na jakiejś klaczce czy tam innym ogierze ;)

Żeby nie było, kino Scotta uwielbiam, i blokbastery, i nieblokbastery - ale zrobienie trzeciego przepakowanego filmu historycznego z bohaterem o prawie identycznym zestawie cnót wszelakich - no sorry, ale no sorry.

Bo on był takim przekozakiem, że sam sobie był koniem.

Chichotam niepowstrzymanie, mentalnie, duchowo i moralnie oczywiście :)

Nie rozumiem dlaczego rodzimi krytycy (i niektórzy filmasterzy) zmiażdżyli ten film. To kawał skrajnie profesjonalnie zrealizowanego, widowiskowego kina rozrywkowego. Absolutne mistrzostwo w swojej kategorii. Jak będę chciał się po filmie zastanowić włączę DVD z Bergmanem. W przypadku najnowszego "Robin Hooda" nie oczekiwałem niczego więcej niż wartko opowiedzianej, ładnie sfotografowanej, nieprawdopodobnej historii. I film Scotta spełnił te wszystkie oczekiwania.

Zgadzam się. Najlepszy film o Robinie i zarazem jedna z najlepszych pozycji w średniowiecznych klimatach. Dla wielbicieli filmowych bitew i scen walk po prostu rarytas. Nakręcony kapitalnie.

Mimo wszystko nie zasnąłem ;) Weźcie Gladiatora, przenieście w Średniowiecze, dodajcie happy end - otrzymacie Robin Hooda )

Prosty, przyjemny film pełen średniowiecznych ujęć z pola bitwy. Szkoda tylko, że wątek samego Robina jest tak nikły, że w zasadzie niepotrzebny.

Powtórka z rozrywki, czyli jak z Gladiatora zrobić Robin Hooda. Wystarczy Russel Crowe i Ridley Scott, tyle że efekt słabszy. Ale i tak lepszy od beznadziejnego Costnera i Freemana z "Księcia złodziei", ale taką kaszanę trudno już było spartolić.

Efunia
dvdmaniak
murrayostril
potempiony
beznazwybez
AgaL
klaudyneczka
Fi5heR
rafix11112
liongotie