Samsara (2011)

Reżyseria: Ron Fricke
Scenariusz: ,

Słowo 'samsara' w sanskrycie oznacza "nieustannie obracające się koło życia" i to pojęcie staje się punktem wyjścia dla twórców filmu, którzy poszukują złudnego elementu wzajemnych powiązań, obecnego od wieków w ludzkim życiu. Kręcony na przestrzeni pięciu lat w dwudziestu pięciu krajach film przenosi nas do świętych przestrzeni, stref nieszczęścia, obszarów industrialnych i w świat cudów natury. Obywając się bez dialogów i opisów słownych "Samsara" burzy oczekiwania widza wobec tradycyjnego dokumentu, zamiast tego zachęcając nas do własnych interpretacji zainspirowanych obrazami i muzyką, która nasyca pradawne nowoczesnością. Film jest wizualną wędrówką badającą cykle narodzin, śmierci i ponownych narodzin. Mówi reżyser: "Czuję, że moja praca ewoluowała poprzez 'Koyaanisqatsi', 'Chronosa' i 'Barakę'. Zarówno pod względem technicznym, jak i filozoficznym jestem gotów zagłębić się w mój ulubiony temat: związek człowieka z tym, co odwieczne". (WFF)

Obsada:

Zwiastun:

Przyznam, że nie wiem, skąd tyle krytycznych opinii zawodowych recenzentów o tym filmie. Ron Fricke kontynuuje to co robił wcześniej, najpierw jako współpracownik Reggio w Koyaanisqatsi, a później w autorskiej Barace. Nie widzę żadnego napuszenia; owszem jest w tym filmie pewna myśl i konsekwentnie podporządkowane jej obrazy, ale to myśl nienachalna. Jeśli nie chcemy zastanawiać się nad sensem ludzkiej gonitwy, to możemy po prostu cieszyć się fantastycznymi zdjęciami, montażem i muzyką. Jest czym.

Nawet jeśli przyjąć, że następujące po sobie ujęcia są ze sobą powiązane (w buddyzmie, hinduizmie i dźinizmie "saṃsāra" to niekończący się cykl narodzin i śmierci, wieczna wędrówka), a ich dobór i kolejność nie jest przypadkowa, to i tak jest to raczej zbiór perfekcyjnie ułożonych kolorowych szkiełek niż opowieść o CZYMŚ. No ale właśnie, jakość tych szkiełek jest niewiarygodna. Uczta dla zmysłów, relaks dla umysłu.

Taka kamera, tyle pieniędzy, a 75% materiału to nudy. Początek Drzewa życia zrobiłem na mnie dużo lepsze wrażenie, nie wspominając już o "Niech żyją antypody!". W zasadzie podobał mi się tylko fragment w fabryce w Chinach, bardzo dobrze zmontowany i z dobrze dobraną muzyką.

Na kolana.

Da się obejrzeć i oczywiście masuje to umysł, ale - i tu zaskoczenie - lepiej w filmie zagrała mi muzyka tła niż same obrazy. Myślę, że wolałbym to obejrzeć w domu, najlepiej na dużym ekranie (może być nawet normalnej wielkości - współcześnie są już spore), bo w kinie barwy wyszły niestety sprane, a to miała być największa zaleta filmu! Szkoda. Warto tylko wspomnieć, że nie jest to dzieło wyłącznie relaksujące - były momenty, kiedy czułem niepokój, wzmacniany lub w ogóle indukowany muzyką. I wcale niekoniecznie wtedy, gdy pokazywano masową hodowlę zwierząt, choć to też. Nie żałuję tego seansu, choć wyobrażałem sobie trochę więcej.

Kociu obejrzyj Barakę.

Czemu, jest lepsza czy coś w tym stylu? Ja nawet trylogii Reggio nie widziałem.

Tak Baraka jest lepsza. W Samsarze reż. zbyt się upaja tym co potrafi. Baraka jest jakaś prawdziwsza jeśli to coś znaczy. A Trylogia..........ja dawno temu oglądałam w Muranowie. To było coś. Ale tylko jedna część wywarła na mnie niezapomniane wrażenie. Była to Powaqqatsi. W kinie trzeba to oglądać albo na ekranie w kształcie deski surfingowej. Było to coś pięknego, niesamowitego. Moim zdaniem Koyaanisqatsi dużoooo gorsze.

Gierczu
makielny
NarisAtaris
KornelNocon
jkmrs
MureQ
PiotrKowalski
liz29
PrzemyslawLes
falkenberg