Spadkobiercy (2011)

The Descendants
Reżyseria: Alexander Payne

Najnowszy film Alexandra Payne’a, trzykrotnie nominowanego do Oscara twórcy "Bezdroży" i "Schmidta", ekranizacja bestsellerowej powieści Kaui Hart Hemmings. Gdy jego żona trafia do szpitala po wypadku, wpływowy biznesmen z Hawajów musi zaopiekować się dwiema kilkunastoletnimi córkami, z którymi wcześniej niewiele go łączyło. (Wikipedia)

Obsada:

Pełna obsada

Zwiastun:

Złoty glob 2012 za najlepszy dramat. Nagroda dla Clooneya dla aktora pierwszoplanowego.

Dla Clooneya? Myślałem, że dla Bałtroczyka.

Tak zadecydował Frank Dealey, a on wie lepiej.

W pełni zasłużone.

Jeszcze kilka filmów z 2011 przede mną (Żelazna Dama, Hugo, The Artist) nie mniej jednak póki co to to jest dla mnie najlepszy film z roku 2011. Fenomenalna rola Georga Clooneya i liczę, że dadzą mu za to Oscara. Świetne kino.

Znalazłam wreszcie słowa na określenie tego filmu: bezpretensjonalny i niebanalny. Mądry i nienarzucający się widzowi. Przekonujący we wszystkich wymiarach: wizualnie, intelektualnie i emocjonalnie. Z kategorii filmów pobocza. Bo spokojny i nie silący się na nic. Bez wielkich ambicji i niepotrzebnych fajerwerków.

Właśnie obejrzałam. Dla mnie mocno abstrakcyjne było tak "lekkie" podejście do tragedii - z dystansu, bez lamentu, na zasadzie akceptacji faktów i ewentualnego rozliczenia się z tym, co zaniedbane.Tło Hawajów tę abstrakcję podkreślało. Ach, gdyby rzeczywiście można było w tak opanowany sposób podchodzić do momentów przełomowych... ale chyba się nie da? Niemniej, coś ujmującego było w tym filmie - ta egzotyka przeżywania emocji, tak obca stereotypowej martyrologii, otoczona aurą beztroskich dźwięków i malowniczych, kojących krajobrazów. No i Clooney - niezmiennie niezawodny.

Inaczej to odebrałam. Nie dostrzegłam lekkości - wszyscy tam byli zdenerwowani sytuacją i ledwo sobie z nią radzili, więc w mojej opinii raczej przyjęli to 'ciężko' niż 'lekko'. Lekkość to te Hawaje - pamiętasz, co mówi Clooney na początku filmu? O tym, że inni myślą, że na Hawajach wszyscy są szczęśliwi, że nie żyją tak jak w pozostałych częściach świata, bo to przecież raj na ziemi (co ze wzgl.na wulkaniczność tych terenów jest tylko złudzeniem i ja bym się trochę bała tam zapuszczać). Hawaje sugerują lekkość, filmy Payne'a są też takie, z braku innego słowa muszę użyć tego, ciepłe. Więc może to to? Mnie ten film oczarował, tak samo jak "Schmidt". Obydwa są poważne i ciepłe jednocześnie. Dobrze się je ogląda i są mądre. Trochę boję się czytać książkę, bo może mnie rozczarować, jak swego czasu "Godziny". W ogóle, na tle innych produkcji oscarowych, ten film jest szczególny.

Może nietrafnie ujęłam to, co chciałam wyrazić. Zakładam, że celem filmu było ukazanie istnienia negatywów codziennego życia w przestrzeni raju (to jest ziemski raj, więc tu też się umiera) - stąd słowa Clooneya, które, owszem, wyraźnie pamiętam. Niemniej, przez cały film towarzyszyło mi odczucie wspomnianej abstrakcyjności - nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że emocje w tym filmie były jednak dość płytkie i rajski klimat Hawajów przekładał się na tę płytkość właśnie. No i zastanawiałam się, dlaczego postrzegam je jako płytkie? Czy to przez pryzmat tzw. słowiańskiego modelu podejścia do śmierci i mojego wypaczenia? Czy może rzeczywiście nie jest to mój poziom wrażliwości i empatii? No bo z jednej strony śmierć - matka/żona przykuta do łóżka, a z drugiej jakieś totalnie trywialne w tym kontekście sprawy jak ściganie kochanka matki, i to jeszcze w towarzystwie jakiegoś dziwnego zioma, pominięcie w tym wszystkim samo narzucającej się powagi. No ale pewnie o to chodziło - żeby nie było za poważnie/za smutno/za refleksyjnie...

Twoje odczucia na pewno mają swoje podstawy, sama autorka uważa Hawaje za 'lekkie'. Ale z innej beczki, w takich chwilach jak śmierć kogoś bliskiego (którą nota bene ja przeżywałam [przeżywam nadal] w chwili oglądania filmu [i co mi się rzuciło w oczy, to wiele filmów podejmuje ten wątek w tej czy innej formie; wiele filmów np. oscarowych, które miałam okazję niedawno oglądać]), odchodzenie, myśli człowieka, to, co się z nim dzieje, dalekie jest od jakiegokolwiek stereotypu, ponieważ wydarzają się wtedy najdziwniejsze rzeczy, ludzie robią i myślą, a także opowiadają takie historie, które w innych okolicznościach nie ujrzałyby zapewne światła dziennego, rzeczywistość wtedy wariuje, więc obecność tego 'człenia' i przywiązanie jednej z sióstr do niego mogę w pełni zrozumieć, tak samo jak pogoń za kochankiem żony, która przecież ma wyjaśnić, czym właściwie było ich wspólne życie, o co w ogóle chodzi, kim była ta osoba, która teraz odchodzi. Co innego postawa postaci Clooney'a, ona jest dość bym powiedziała bohaterska. Ale to przecież nie o to tak naprawdę w tym filmie chodzi. On jest specjalnie takii refleksyjny, a nie żałobniczy, bo skupia się na tych, co zostają i na tym, z czym zostają. Niby zawsze tak jest, ale często o tym zapominamy. Przecież pogrzeby, żałoby, to czas dla nas, żywych.

No tak, masz rację i w pełni się z Tobą zgadzam - film skupia się na tym/na tych, co zostało/zostali. Rozumiem też, że ta zniewolona wypadkiem matka/żona miała być tylko tłem do tego, co trzeba uporządkować, ale trochę mnie, przyznam, użycie jej jako "eksponatu" raziło. Po prostu, wczuwając się w sytuację, nie byłabym w stanie zachowywać się tak jak bohaterowie tego filmu i w tym sensie jest on dla mnie jednak pewną abstrakcją, nagięciem tematu na potrzeby pokazania tej sytuacji z innej perspektywy.

Ja dla odmiany uważam to za całkiem naturalne. :-) Ciekawe to w kontekście Twojej wypowiedzi o słowiańskości - czyżbym ją zatraciła? ;-) To oczywiście wszystko żarty. Mimo tych obiekcji i tak wystawiłaś wysoką notę.

Spadkobiercy już jutro na TV4 od 21 do 23, czyli dwa odcinki najwspanialszego serialu improwizowanego świata :)

@umbrin, pytanie tylko, czy na Hawajach.

Hawaje uczulają.

O, dokładnie tak! Wyręczyłaś mnie w pisaniu.

Miłość, zdrada, przebaczenie, umieranie. Wszystko w ciepłym, angażującym filmie, ale raczej w sam raz dla - no, pani w średnim wieku. Zabrakło czegoś, co wbiłoby w fotel. Pod koniec film się dłuży.

Wśród wszystkich zalet filmu, o których napisała lamijka, film ma jeszcze jedną - mówi o eutanazji tak po prostu, jak o części życia, tak, jak się o niej mówić powinno.

Naprawdę przyzwoity, stonowany film bez zbędnej ckliwości i sztucznie pompowanego humorystycznego dystansu, jaki pamiętam np. z "Choć goni nas czas". Tu więcej naturalnego (jak mi się wydaje dla takich sytuacji) zmęczenia, rozdrażnienia i nieporadności. Trochę humoru jest, ale takiego naturalnego i niewymuszonego. Fachowa robota.

Pani sobie umiera i przez słabość jej głowy pan musi zająć się dziećmi: zapijaczoną nastolatką przyjaźniącą się z hawajskim półgłówkiem oraz niezbyt domyślną dziesięciolatką. I pewnie byłby się nimi dobrze zajął, gdyby się nie okazało, że pani miała romans. Pomysł nie nowy, wykorzystany niedawno w jakimś rosyjskim filmie, ale tu zapodany całkiem przyjemnie. Z humorem, refleksją, bez epatowania hawajskimi widoczkami. Miło się to ogląda. A za co jestem wdzięczny twórcom? Za Clooneya biegającego w klapkach i Shaggy'ego w roli cudzołożnika. Howgh!

oj, "hawajski półgłówek" tak naprawdę wcale nie był takim półgłówkiem:) A Pani miała bardzo niewdzięczną rolę i zero szans na nominację. Nawet Królikowski jak grał ciało w "Ciele" to miał większe pole do popisu...

Bardzo ciekawy film. Nie jestem fanem dramatów obyczajowych ale ten film porusza troche problematykę wartości w naszych czasach. Uważam ze to świetny przykład nowego wzoru osobowego - bycia ponad emocjami, pamietania o tym ze funkcje rodzinne mogą być rozbieżne - dobra matka nie musi być dobra żona itp.

Film moim zdaniem przeciętny, choć ogląda się przyjemnie, Clooney gra genialnie, ale jak na film oscarowy to chyba jednak trochę za mało. Zbyt wiele wątków, wszystkie potraktowane powierzchownie. Myślę, że można by z tego zrobić o wiele lepszy i głębszy film, powstało niestety takie filmowe "czytadło".

Miło było zobaczyć Clooneya w roli życiowego losera, jakże innej do tego do czego nas przyzwyczaił z filmów takich jak Up in the air.

Przeglądając listę nagród dla tego filmu, można dojść do wniosku, że to skończone arcydzieło. A mnie tu nic nie powaliło, ani zdjęcia, skądinąd pięknej przyrody, ani dialogi, ani scenariusz, ani gra aktorska. No sorry, mdłe to jest, za słodkie, przegadane i nudne. Dramat podkreślany głównie maślanymi spojrzeniami, momenty komediowe ni przypiął ni przyłatał, scenariuszowe trudności z wejściem w rolę tatusia zagłaskane po 10 minutach, brak realizmu postaci córek, podkład muzyczny - hawajski, a jakże, ale wcale nie współgrający z tłem, niepotrzebnie rozciągane ujęcia. To jakaś masakra jest. Na pęczki nakręcono takich łzawych historyjek, nie ma w tym obrazie nic oryginalnego ani odkrywczego, a pod względem realizacyjnym słabizna. Czym się tak daliście porwać, niech mi ktoś wyjaśni. Puszczaniem wieńców na wodzie?
Nie, nie i jeszcze raz nie.

W gruncie rzeczy feel-good movie - jeśli jesteś dobrym człowiekiem i jeśli się postarasz, to wszyscy i wszystko, włącznie z Twoim życiem, okaże się wporzo. Mdli mię, im bliżej końca tym bardziej. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że nakręcił to reżyser "Schmidta", który jest filmem dość gorzkim. Oraz nieprzeniknioną tajemnicą pozostaje to, jakie jest uzasadnienie dla zdradzenia męża wyglądającego jak George Clooney z kimś, kto jest brzydalem i palantem. A to byłoby dopiero ciekawe.

Temat nawet ciekawy, ale filmidło przeciętne, ślamazarne i z ducha holiłudzkie (brakowało mi tylko, żeby na koniec Clooney związał się z tą babką z dwoma synami). Najlepiej mój odbiór filmu oddaje następująca sytuacja. Znajoma wyszła na chwilę z pokoju i po powrocie spytała, czy żona Clooneya już zmarła. "Mam nadzieję" odpowiedziałem.

Czy to bliżej niezależności czy kalkulacji?

Iceman
Efunia
bartje
zur887
AgaL
alanos
dag
dag
AniaVerzhbytska
MureQ
mrci