Parnassus (2009)

The Imaginarium of Doctor Parnassus
Reżyseria: Terry Gilliam

Tytułowe imaginarium to widowisko, w trakcie którego publiczność wybiera między radością a smutkiem, światłem a mrokiem. Z nim to właśnie jeździ po świecie Dr Parnassus (Christopher Plummer), który zawarł pakt z diabłem (Tom Waits): w zamian za nieśmiertelność musi oddać mu swoje pierworodne dziecko: 16-letnią córkę Valentinę (Lily Cole). Nie zamierza jednak tego zrobić...

Obsada:

Pełna obsada

Zwiastun:

Powalająca wizualnie nowoczesna bajka (tylko dla kogo? dla dzieci nie, dla dorosłych też nie? nie wiadomo). Niestety nierówna. Momentami zbliża się do arcydzieła, by zaraz odjechać w bliżej niezidentyfikowanym kierunku, wymuszając na widzu filozoficzne pytanie: "co ja robię tu (uu-uu)". Mimo wszystko polecam -- warto obejrzeć tę szaloną, niczym niepohamowaną próbę oczarowania widza zupełnie niespodziewanymi obrazami i całkiem zwariowaną historią. Usiąść wygodnie w fotelu i podziwiać. Nie myśleć.

"Powalająca wizualnie" i dalej nie muszę czytać. Idę jak tylko będzie okazja. :)

W Polsce chyba jakoś w styczniu premiera. Powinno się spodobać. Mi się w sumie bardzo podobało.

Uch, czekam niecierpliwie.

Zabawna bajka o porachunkach między Bogiem na wiecznym kacu i charyzmatycznym diabłem dżentelmenem.
Gilliam jest bardziej zabawny niż mroczny i może dzięki temu łatwiejszy do strawienia.
Wizualnie - uczta!

Pierwsze zdanie powinno znaleźć się na plakatach promujących ten film:)

;)

Film dobry. Czasem pojawiał się w trakcie jakiś taki niedosyt treści; są smaczne "kąski", ale też i swoiste luki.
Diabeł genialny, jak i sprawa z lustrem.

Bardzo przyjemna moralizatorska bajeczka spod pióra autora Brasil i 12 Małp. Terry Gilliam w swoim niepowtarzalnym stylu i gwiazdorska obsada. Naprawdę dobrze się to ogląda.

Gilliamowskie szaleństwo z Tomem Waitsem w roli diabła w meloniku. Ekstrawagancka scenografia i niezwykle plastyczne zdjęcia. Zawartość intelektualna - enigmatyczna, jak to bywa z metaforami tworzonymi nieco na żywioł. Balet policjantów - bezcenny.

początkowo chciałam dać 7 i pewnie to jest taka 'sucha' ocena.
ale ja nie mogę tego filmu wyrzucić z głowy,sama nie wiem,dlaczego,czy przez rozczarowanie,czy przez miłe zaskoczenie..uważam,że jest trochę niedopowiedziany w kilku miejscach.ale to chyba zaleta,jak film wciąż powraca,prawda?

Ja mam ten sam dylemat i sama nie wiem, co mu dac, bo o ile avatar mial nas powalac realistycznością stworzonego przez Camerona świata, to zadanie Gilliama było zupelnie odwrotne- przenieść nas w świat wyobraźni, ten najmniej realistyczny i przewidywalny i skoro Avatarowi dałam 8, a jednak fabularnie jest nieco gorszy delikatnie powiedziawszy niż Parnassus to czemu nie 8 dla Gilliama?

Powiem więcej - jeśli oba filmy spełniły założenia wizualne, a za to Parnassus ma lepszą fabułę, to może nawet zasługuje na więcej niż Avatar? :) Osobiście wolę Gilliama, ale dałam obu 7.

Filmowy odpowiednik LSD

Lekko naciągane 7. Gilliam udowodnił ponownie, że ma fantastyczną wyobraźnię... nad którą niestety nie do końca panuje. Miałem miejscami wrażenie, że scenariusz powstał tak, że Gilliam wpadł na pomysł, żeby ludzie mogli przenosić się w świat wyobraźni, a następnie na kolanie dopisał całą resztę. Ale strona wizualna piękna! Specjalny puchar funduję "geniuszowi", który wymyślił podtytuł: "Człowiek, który oszukał diabła"...

Niekoniecznie.

Dlaczego? Bo skrajnie oceniacie, nie wiem, czy mam na to iść, nadal nie wiem.

Nie wiem, co z tym filmem zrobić. Nie nie podobało mi się, ale chyba również nie podobało - o ile wiadomo, co to znaczy. Wyobraźnię Gilliam ma jak mało kto, jak bodaj nigdy dotąd zbliżył się też do swych Pythonowych animacji (a i wstawka z policyjną piosenką to wypisz wymaluj Python w stanie czystym), ale ogólnie trochę nie wiadomo, co to wszystko miało znaczyć. Albo inaczej: domyślam się, ale nie dlatego, że Gilliamowi się udało to wszystko zgrabnie powiedzieć. Więc ocena w połowie drogi.

Domyślasz się, o co tam chodziło? Podziel się :)

Ja rozumiem, że to niby o sile wolnego wyboru i takie tam - że przez cały film o duszyczkę Valentiny zmaga się dobro i zło, a koniec końców bohaterka sama wybiera po swojemu, idzie swoją drogą i żyje jak chce. Ja rozumiem, że taki mniej więcej miał być mesydż (oczywiście abstrahując od niuansów), ale jak to napisał doktor_pueblo: "nie do końca" :) A "Parnassus" to nie są "Granice kontroli" gdzie brak sensu jest sensem samym w sobie. Tutaj wyraźnie odczuwam, że Gilliam (którego, nawiasem mówiąc, naprawdę lubię) więcej chciał, niż zdołał.

Tak, to elegancki wniosek - faktycznie cały film to walka o Valentinę. Chociaż akurat ona jest tam chyba najmniej interesująca. Gilliam mógłby zatytułować "Parnassusa" "Wiele hałasu o nic". :)

Nie zgodzę się co do "centrum" filmu - wg mnie cała fabuła kręci się właśnie w okół Dr. Parnasussa, którego koleje losu są alegorią życia każdego człowieka. Najpierw jest pełen zapału i chce wprawiać świat w ruch, mieć wpływ na jego kształt. Następnie przeżywa kryzys spowodowany zrozumieniem faktu, iż jego obecność na tym świecie nie jest niezbędna dla jego istnienia, którą funduje mu Diabeł. Diabeł, symbolizujący zresztą pokusę, której człowiek ulega, choć wie, że nie powinien. I tak raz po raz upada, by się podnieść. To wszystko prowadzi go do momentu w życiu, gdy już bardzo doświadczony (wszak liczy on dużo więcej lat niż przeciętni ludzie) jedynym pragnieniem, jakie posiada, jest odpocząć. Ma jednakże poczucie misji, którą wypełnia bez przekonania. W końcu jednak udaje się wygrać z pokusami i ułudą. Doktor się podnosi.
Ale to nie wszystko, wg mnie kolejnym najważniejszym wątkiem jest okropność kłamstwa, bo ono w dziele Gilliama zostało wyeksponowane jako to najgorsze zło (nie, nie jest nim na pewno postać Diabła). Kłamstwo, które nie pozwala odróżnić dobra od zła, które zaciera pomiędzy tymi dwoma granicę i utrudnia, często wręcz uniemożliwia, podjęcie dobrej decyzji.

To tyle, tak na szybko... :)

Ale to nie wszystko, wg mnie kolejnym najważniejszym wątkiem jest okropność kłamstwa, bo ono w dziele Gilliama zostało wyeksponowane jako to najgorsze zło

Czy aby na pewno? Co Cię skłania ku takiemu wnioskowi?

Czy aby na pewno? Co Cię skłania ku takiemu wnioskowi?

Zacznę od tego, że w całym filmie oddzielenie kłamstwa od prawdy, imaginacji od rzeczywistości jest trudne; przez cały film widz jest wodzony za nos.

Jeśl chodzi o szczegóły, to ku takiemu wnioskowi skłania mnie przede wszystkim postać Tony'ego, o której ja (chyba, że jestem szczególnie naiwny?) nie potrafiłem sobie wyrobić zdania aż do sceny w łódce (tej z Valentiną). Dopiero wtedy zrezygnowałem z oceny "mały oszust, któremu praca u doktora pomogła w przynajmniej częściowej resocjalizacji".
Drugi fakt to ukrywanie przed Valentiną losu, jaki ją czeka (co spowodowało, że ojciec utracił córkę).
Trzeci to fałszywa piszczałka. Oszust zginął śmiercią godną oszusta, zaplątawszy się samemu w kłamstwa przez siebie zasiane.
No i na dokładkę pozwolę sobie jeszcze dodać prawdę-kłamstwo Diabła.

Zapomniałem natomiast kompletnie o wątku wyobraźni, imaginacji. A on przecież także zasługuje na przemyślenie.
Wydaje mi się, że potrzebuję obejrzeć ten film jeszcze raz...

Kilku użytkowników dyskutowało ostatnio o tym, jaka jest rola reżysera w filmie. Myślę, że Parnassus to idealny przykład na to, co się dzieje gdy reżyser nie ogarnia całości i coś nie gra. Niby wszystkie składowe są, ale całość nie przekonuje. No dobra... może przesadziłem trochę, bo scenariusz był, ale tak jakby nie do końca ;)

Wielkie rozczarowanie, nawet Johnny Depp nie uratował sytuacji. 2+ 1 za ściągniętą z wybiegu Lily Cole, chociaż chwilami miałem wątpliwości czy to nie jakiś nowatorski pokaz Versace. Moim zdaniem jego wielka popularność polega na tym, że wszyscy chcą zobaczyć ostatnie chwile życia Heatha Ledgera. Ale czego się spodziewać po filmie którego tytułowa postać jest nijaka.

Terry Gilliam, jeden z moich ulubionych reżyserów, po raz kolejny mnie nie zawiódł. Zafundował przepiękne widowisko (i czemu niby miałbym się zachwycać Avatarem?), w którym plastycznie powraca do swojego Monty Pythonowego czasu, dodając do tego porywającą historię nt. siły młodości i starzenia się (alegoria Dr. Parnassusa), trudów życia w świecie pełnym pokus (Tom Waits jako diabeł) i wiele, wiele więcej.
Do tego wspaniałe aktorstwo kilku wspaniałych aktorów (wg mnie z Tomem Waitsem na czele).

PS Tom Waits jako wcielone zło z nałogami -
chapeau bas.

Ach, cóz za wspaniała scenografia, zdjęcia, muzyka. Uczta dla duszy, na dodatek z morałem. Życie wśród pokusy. Dobre aktorstwo, choć w roli Ledgera za dużo widziałam O.Blooma z Piratów. Wolałabym tam Deppa, on do takich ról pasuje po prostu. Fenomenalny diabeł, ten jego głos. Wcielone zło i problem z hazardem - idealne dla Waitsa. Podobała mi się też Lily Cole, może ze względu na jej urodę. No i triumfalny powrót Gilliama do czasów Monty Pythona. Arcydzieło.

Cóż powiedzieć, banał, że "film nie poddaje się jednoznacznej interpretacji"? Dla mnie tytułowe imaginatorium to wyobraźnia Gilliama, a może szerzej, każdego kto odważy się marzyć. Diabeł w filmie, genialny, a zarazem nie tak zły jak to się zwykło uważać, zamiast pokonać ostatecznie Parnassusa wciąż podbijać stawkę. Trochę tak jakby wiedział, że celem nie jest złapanie króliczka, ale gonienie go. A może cała intryga z doktorem była tylko po to aby dopaść nieuchwytnego spryciarza Tony'ego?

To jest kino popularne na wysokich obrotach, kino anachroniczne, kino drogi w ryzach estetyki.

Siedem?!

To film zdecydowanie do oglądania, a nie do myślenia. Poza warstwą wizualną nie ma w nim nic. Nawet doborowi aktorzy się nie popisali. A wybranie 20-paroletniej dziewczyny do roli 16-latki było największym błędem.

Jak mi wczoraj Krasnalka o nim opowiadała, to wcale nie marudziła na niego, choć skupiała się raczej na samym pomyśle z wieloma wcieleniami.

Bo akurat ten pomysł to najlepsze, co się mogło temu filmowi przytrafić, zwłaszcza że wcielenia są grane przed fajnych aktorów. :)

Rzeczywiście płytka koncepcja, ale szacunek za rozmach, wyobraźnię!!!, stronę wizualną i dopracowanie techniczne. Tak. Potęga imaginarium mnie ujęła, podobnie jak wspomniana 'gra wcieleń'.

Jestem głęboko rozczarowana i osobiście dotknięta oceną za zdjęcia. ;) Gilliam nie robi filmów, które można ocenić na 4 za warstwę wizualną.

Nic nie poradzę, że nie lubię tego rodzaju "kostiumowości". ;P

Nic nie zrozumiałem, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Jest w tym filmie jakiś taki specyficzny power, który wystarczył mi do dobrej zabawy. Na dodatek świetne zdjęcia, scenografia i kapitalne postaci, a Tom Waits rulezzzzz...

Jestem urzeczony, nie tylko przez Lily Cole (choć szczególnie przez nią).

Usnąłem na tym filmie... naciągane 4 daję chyba tylko za bardzo ładne zdjęcia. Ten klimat zupełnie do mnie nie trafia.

No, taki wydumany film.

murrayostril
kotskacukru
bartje
chaos
exxxpresja
Fi5heR
liongotie
MureQ
asia1298
Mobius