The Social Network (2010)

Reżyseria: David Fincher
Scenariusz: ,

Akcja filmu toczy się w 2004 roku. Wówczas to młody Mark Zuckerberg (Jesse Eisenberg) podczas studiów na Harvardzie stworzył portal społecznościowy - Facebook. Ku jego zdziwieniu strona z dnia na dzień stawała się coraz bardziej popularna. Film przedstawia kulisy sukcesu i ceny, jaką musi zapłacić młody student i jego najbliżsi.

Obsada:

Pełna obsada

Zwiastun:

Zaskoczony jestem, tak jak pisze Esme - to powinno być nudne. A nie było. Szybciutko minęło, wciągnęło na maksa... może jakieś nominacje Oscarowe? Nie wiem, Akademia jest nieobliczalna, a ten film bardzo dobry. Świetna rola aktora, który grał Eduardo.

Phi, też mi geniusz. Ja mam pomysł na usługę, która przebije popularnością Fb. Strzeż się Zuckerbeg, bo Twoje dni są policzone!

O, jednak zdecydowałeś się obejrzeć film o Facebooku. I całe 7/10. To chyba znaczy, że Fincher wymiata ;)

Budzi podziw, jak z tak nieinteresującej i banalnej historii udało się zrobić wciągający film. Choć pewnie gdyby nie muzyka, to dałbym 6 :)

Ocena może troszkę na wyrost, ale warto zachęcić do obejrzenia tego filmu. Świetny, bardzo żywy portret psychologiczny ambitnego nerda (I don´t care if it's true), świetna muzyka Reznora, sporo ekscytujących scen, dobre dialogi. Wszystko w filmie, który powinien byc nudny, skoro dotyczy biznesu i programowania. A nie jest. Fincher wraca do formy z przytupem.

No, no... Gdyby nie nadmiar filmów, jakie mam jeszcze do niedzieli, to byłby interesujący pomysł na jakiś wieczór w kinie. Z jednej strony tematyka jest mi bliska, a z drugiej obawiam się, że rzeczywistość zmian technologicznych i ideowych wokół sieci jest znacznie ciekawsza, więc fikcja może jej nie dogonić.

Na pewno będą to grać również jak skończy się WFF :) Na moje oko zmiany, o których piszesz, to jeden z bardziej ekscytujących wątków tego filmu, więc jestem ciekawa, co byś powiedział / napisał po jego obejrzeniu. Poza wszystkim to po prostu dobry kawałek kina, dużo lepszy niż się spodziewałam.

Muzyka Reznora jak dla mnie jest wystarczającą rekomendacją.

Jestem prawie 100% pewna, że ona bez filmu nie działa. Zamiast kupna soundtracku trzeba iść ponownie do kina.

Zdecydowanie. Muzyka nie jest odrębnością w tym przypadku. I zachwyca głównie na początku filmu. Wyraźnie słychać NIN i Reznora, ale dźwięki to nie główny atut filmu. Powiedziałabym, że neutralność przedstawienia fabuły oraz sylwetek bohaterów sukcesu jest tu najważniejsza (obiektywizm, brak podziału na czarno-białe charaktery). Chodzi o "plot" - o samą potęgę idei, moc przypadku, spryt intelektu i inteligencję, a także o brak miejsca na moralność w biznesie.
Proweniencja Facebooka mnie zaskoczyła - nie lada ciekawostką było zobaczyć całą dróżkę do efektu osadzonego w teraźniejszości. Dobra gra aktorska, świetna kreacja głównego bohatera - wkręcająca w swojej dziwności i egoizmie. Warto. Jedyne, co mogło zirytować to przeinformatyzowany lingwistyzcnie początek - nieźle trzeba było się nagimnastykować, żeby nadążyć nad procesem myślowym programisty... I ten popcorn. Litości!!!

Ja tam myślę, że całą prawdę o Facebooku przedstawiono już w South Parku.
A co do Trenta Reznora to nie słyszałem nic, co wyszłoby spod jego ręki i byłoby złe.

Prawdę o fb wg South Parku znam fragmentarycznie, ale wystarczy chyba, żeby stwierdzić, że jest to innego rodzaju prawda - uderza raczej w samo funkcjonowanie Facebooka, a nie w genezę jego powstania, no i z Facebooka się śmieje. The Social Network się nie śmieje. Przeciwnie. Generuje podziw wobec potęgi ludzkiego umysłu, ale też pokazuje jak niemoralny jest biznes i że gigantyczna platforma społecznościowa jest trochę dziełem przypadku: zetknięcia się w odpowiednim czasie i miejscu odpowiednich ludzi i ich pomysłów. To Facebook od kuchni.
Bardzo podobało mi się w filmie, że widzowi zostawiono możliwość oceny całej historii, konkretnych decyzji, analizy pobudek i kosztów (vide: przyjaźń, zdrada), które zostały poniesione po to, by dziś Fb hulał globalnie.

A Reznor dał radę. Nikt w to nie wątpi!

Aha, czyli rozumiem, że jeśli ja Fb nie znoszę (podobnie jak innych platform tego typu), to się tylko dodatkowo wkurzę na tym filmie? Czyli chyba zostaje sama ścieżka dźwiękowa :)

Ależ Doktorze, wydawało mi się, że lubisz takie kino, które pozostawia po sobie zamęt w duszy :) To jak nie cierpisz Fb, to tym bardziej powinieneś iść.

Poza tym, tak jak napisała Marylou (nie podyskutuję sobie z nią, bo się zgadzam całkiem), chodzi nie tylko o samego Facebooka, ale też o towarzyskie i biznesowe okoliczności jego powstania. To bardziej obraz tego, jak w dzisiejszych czasach działa wielki biznes związany z siecią i jacy ludzie się nim zajmują. Mnie np. ujęło to, z jaką sympatią traktuje się tutaj różnego rodzaju nerdów i geeków, którzy potrafią programować przez kilkadziesiąt godzin bez przerwy, bo sprawia im to frajdę.

Ja uwielbiam oglądać spryciarzy na ekranie, a jeśli jeszcze są dziwni i przejawiają nonkonformzm, to z przyjemnością wymiękam i podziwiam ;) W przypadku tego filmu kombinacja gik-nerd zupełnie mi nie przeszkadzała ;)

....Lubię to!

Nie wkurzysz się (co najwyżej na ciumkanie szeleszczącego popcornu :)) The Social Network ogląda się trochę jak dokument. Świadomość, że patrzysz na proces powstania tego, co tworzy globalną sieć połączeń między ludźmi, linkuje kontynenty, dostarcza informacje, każe rozwijać nowe gałęzie PR-u (social media) i stymuluje firmy/instytucje kultury do ściśle strategicznego działania sprawia (przynajmniej w moim przypadku), że film z góry jest interesujący. Facebook to potęga. To najlepsze obecnie źródło newsów, informacji wszelkich zresztą, które do takiej Polski docierają np. z Afryki i odwrotnie.

Mnie Fejs i przeraża i ciekawi. Męczy i cieszy. Chętnie zatrzymałabym postęp, ale to niemożliwe, więc w nim uczestniczę :) Ostatecznie zawsze można cofnąć się w czasie, zwiewając na moment do Amazonii. Albo w góry ;)

Sumując, warto film zobaczyć, jeśli zastanawia Cię, skąd się wziął hit XXI wieku, przez którego ludzie popełniają grzechy, a nauka tworzy nowe działy, teorie, taktyki i strategie... :)

Daj spokój. Facebook to jakiś wielki sklep, w którym jestem non stop atakowany reklamami i spamem. Ludzie się nudzą i jeszcze w dodatku zadręczają mnie swoją nudą, wysyłając mi zaproszenia do jakichś kretyńskich aplikacji w stylu "podlej mój ogródek". Przeciwko platformie służącej wymianie informacji i postępowi z tym związanemu absolutnie nic nie mam (bo co bym robił na Filmasterze?), ale Fb to dla mnie nie źródło informacji tylko jakiś gadżet (jak to się teraz pięknie mówi lajfstajlowy), w dodatku cholernie upierdliwy i napastliwy.

A dokument oczywiście obejrzeć mogę. To był przecież żart - to że czegoś nie lubię, nie oznacza, że nie chcę o tym nic wiedzieć.

Z tym rozwojem nauki wywołanym Fb to zdrowo pojechałaś ;)) Może jakiś przykład? Chociaż jeden? :)

Facebook, spośrod innych dostępnych w PL platform społecznościowych (patrzaj: nk), nie atakuje reklamami, co najwyżej subtelnie pokazuje je na pasku z boku. Ja fb w ogóle nie kojarzę z reklamami. Z promocją, owszem, bo fb to przestrzeń dla biznesu - masz możliwość założyć konto firmy/instytucji kulturalnej/zespołu/knajpy/partii politycznej i oddziaływać marketingowo/PR-owo. Powstają firmy, które specjalizują się w działaniach na platformach społecznościowych, prowadzi się szkolenia z samego FB.

Social media oraz e-PR to zupełnie nowe dziedziny nauki, powstały w wyniku informatyzacji i boomu społecznościówek, które zrewolucjonizowały metody dotarcia do klienta i sposoby komunikacji z nim. FB (myspace czy lastfm) to teraz najskuteczniejszy i najszybszy (bo bezpośredni) kanał informacyjny, zwłaszcza dla kultury. Skąd dowiaduję się o koncertach, premierze filmu, wystawie w BWA albo o nowej knajpie w mieście? Z Fejsa. Co mnie bawi o poranku? Rysunek Raczkowskiego zapuszczony przez profil Przekroju. Skąd wiem o tym, co dzieje się we Wro? Z profilów portali lokalnych, które lubię albo mam w znajomych. Skąd słyszę o najlepszych momentach akcji: Krzyż? Z linków Gazety Wyborczej na fb lub od znajomych, którzy wyłapują smaczki. Skąd wiem, że Jono El Grande jarał się występem na Avancie? Z jego profilu na Fb. Skąd wiem o absurdach polityki? Z genialnych notek Korwina Mikke. Wiem wszystko, nie wchodząc na Onet, nie czytając prasy od deski do deski, nie mając tv, rzadko słuchając radia.

Tu nie chodzi już o status związku i randki - to poważne medium, które, owszem, zagraża ludzkiej normalności, nieprzyzwoicie pochłania czas, ale też dostarcza wybiórczych info w erze przesytu wiadomościami. Fb to, przynajmniej w moim przypadku, obowiązek zawodowy ;)

Mnie nikt nie zaprasza do podlewania ogródka, ale dostaję zaproszenia na wydarzenia kulturalne dla przykładu. Może więc jest to kwestia zainteresowań znajomych? ;))

Mnie nikt nie zaprasza do podlewania ogródka, ale dostaję zaproszenia na wydarzenia kulturalne dla przykładu. Może więc jest to kwestia zainteresowań znajomych? ;))

Ano właśnie. O TSN na razie sobie nie pogadam, bo nie widziałem jeszcze, ale o samym Facebooku chętnie poflejmuję ;) Otóż wyraźnie widać, że Doktor hejterzy na coś, czego w zasadzie nie zna, bo FB jest jak, powiedzmy, telewizja: to od właściciela pilota zależy, czy włączy Ale Kino, czy 4FunTV. A na Facebooku jest się "atakowanym" tylko tym, o co się samemu poprosiło (w formie zasubskrybowania interesujących nas profili). No a poza tym dla każdego Facebook jest taki, jacy są jego znajomi - bo to nasi znajomi tworzą facebookowy content. Doktorze, jeśli masz znajomego, który wydzwania do Ciebie i gada przez telefon bzdury, nie obwiniasz telefonu, prawda? Więc dlaczego za to samo w wersji elektronicznej obwiniasz Facebooka? Zresztą Facebook ma przewagę: znajomego przez telefon trudno spławić, a na FB można go dyskretnie zignorować jednym kliknięciem. Sorry, to brzmi brutalnie, ale narzekanie na treści na Facebooku to tak naprawdę narzekanie na swoich znajomych :)

Święta racja, Negrin. Dość mocno dołożyliśmy Doktorowi, mam nadzieję, że się pozbiera ;))

Nie no, wiesz, nic osobistego :)

Heh, po pierwsze z tym "podlewaniem ogródka" to był żart i to skopiowany z South Parku, myślałem, że złapiecie, a Wy się go czepiliście jak rzep ogródka.

Po drugie, absolutnie się nie zgadzam. Moje zarzuty nie wynikają wcale z charakteru moich znajomych, tylko z charakteru Fb. Nie wątpię, że można tam uzyskać dostęp do wielu informacji, ale większość informacji tam, to jakieś totalne badziewie. Zerkam tam w tej chwili i co widzę? Głównie informacje w rodzaju, że G. skomentował zdjęcie Z, albo J. został znajomym W. Mało pasjonujące.

Jeśli już tak na poważnie mi odpowiadacie, to i ja Wam na poważnie odpowiem. Uważam tego typu portale za stratę czasu, a osoby w nie się angażujące podejrzewam o brak normalnych znajomych i normalnego życia (tak, tak, to jest generalizacja). Ja zdecydowanie wolę po prostu wyjść na piwo, niż klikać, czy czytać informacje na ekranie komputera.

Poza tam uważam Fb za niewygodny, przeładowany jakimiś zupełnie zbędnymi (z mojego punktu widzenia) aplikacjami, a zarazem nie posiadający opcji, które byłyby dla mnie przydatne.

Ale nie walczę z Fb. Nawet go czasem używam. Ale fascynacji przy tym nie odczuwam. Te rezerwuję dla świata bardziej realnego.

Hm...
1. Nie można generalizować w tym przypadku, bo wyszłoby na to, że Korwin Mikke cierpi na samotność, a Przekrój źle wybiera grupę docelową i nie zna się na marketingu. Ty myślisz cały czas przez pryzmat South Parku - "you have zero friends etc.". Jasne, że są ludzie, dla których mnożenie znajomości jest priorytetem, a niezaktualizowana informacja w statusie związku rodzi kłótnie, ale nie w tym rzecz, nie mówimy o funkcji portalu randkowego! Ugryź ten temat szerzej: fb to narzędzie komunikacji - dla mnie duża wartość, jeśli chodzi o przekazywanie i zdobywanie informacji. Dzisiaj to jest narzędzie pracy i tak ja fb postrzegam. Gdy tworzę ofertę patronacką w oczekiwania od patrona medialnego wpisuję: informowanie o wydarzeniu na platformach społecznościowych - to jest norma.

2. Korzystający z FB dzielą się na 2 grupy odbiorców: średnio rozgarnięci, którzy zapraszają do podlewania ogródka, dybią na znajomych i wypisują głupoty oraz mocno zorientowani w trendach komunikacyjnych, intelektualiści, ludzie, którzy lubią/chcą dzielić się informacjami. Do tego dochodzi jeszcze grupa sprawcza: na Fb konta mają teraz prawie wszystkie media: stacje radiowe, telewizyjne, prasa, portale.

Tu bym się na chwilę zatrzymała, bo obserwuję kondycję intelektualną użytkowników fb-ka. Co powiesz na tysiące inteligentnych komentarzy pod artykułami wspomnianego Przekroju czy notkami innych światopoglądowych żurnali? Fb to spore forum dyskusyjne, czasem przypominające debatę polityczną w TVP czy śniadanie w Trójce. Nie zgodzę się więc na taką deprecjację tej platformy przez Ciebie - to jakiś wyraz ignorancji.

3. Korzystanie z fb-ka absolutnie nie dzieje się kosztem realności - przeciwnie - prócz tego, że wychodzę z ludźmi na piwo, jestem z nimi w stałym kontakcie na fb, wymieniam się linkami, zgrywam na spotkania, koncerty itp. Przypuszczam, że Andrzej Olechowski czy kilku znajomych artystów też nie zaniedbuje rzeczywistości. Nie mylmy nk z fb i zapomnijmy o micie nieszczęśliwego samotnika przed komputerem - nie o to biega. Nie chodzi też o fascynację, ale o zwyczajne uczestnictwo - bardziej lub mniej aktywne, ale nastawione na wymianę info, a nie podlewanie ogródka. Btw, niektórzy zamiast na fb siedzą intensywnie na Filmasterze - ich też wypada podejrzewać o problemy w relacjach z rzeczywistością?

Funkcjonalność fb cały czas ewoluuje. Najpierw chodziło o wyhaczanie panienek w koledżu, a teraz chodzi o sprzężenie zwrotne, wymianę informacji, promocję, biznes. Może przestałeś śledzić rozwój fb i stąd Twoje argumenty i... podejrzliwość.

Zarzut dot. znajomych był żartem, oczywiście, nie czuj się dotknięty!

Wszystko powyższe to prawda, a ja dodam jeszcze coś z bardziej przyziemnego, bo stricte towarzyskiego poletka. Otóż korzystanie z FB nie zubaża życia towarzyskiego, a wręcz przeciwnie - wzbogaca je. Nikt regularnie nie spotyka się z setką czy dwiema setkami znajomych. Po pierwsze nie mamy na to czasu, a po drugie może nie każdy jest nam aż tak bliski, by się z nim stale widywać. Dzięki FB ma się z tymi ludźmi więcej, a nie mniej kontaktu.

Wiemy, co się na bieżąco dzieje u naszych bliższych znajomych, więc spotykając się z nimi w realu (w ograniczonym czasie, bo na kawę z koleżanką mamy tylko dwie godziny) możemy pójść dalej w rozmowie, bo podstawowe wiadomości z gatunku "co u ciebie" już znamy. Ba, nawet już widzieliśmy zdjęcia. Czyli lepiej wykorzystamy dostępny nam czas realny, bo w przestrzeni elektronicznej jesteśmy stale w kontakcie.

Jeśli zaś chodzi o dalszych znajomych, z którymi mniej nas łączy, ale jednak mimo wszystko jakoś tam chcemy mieć z nimi sporadyczny kontakt, to zauważyłem, że FB te kontakty zintensyfikował. Są ludzie, których znam, ale nie widziałem ich od dawna, przed FB nie utrzymywałem z nimi regularnego ani nawet półregularnego kontaktu. Nasze relacje od dawna nie były na tyle silne, żeby się umawiać, spotykać, widywać na imprezach, coś tam. Dzięki ponownemu spiknięciu się na FB nagle znów mogliśmy zacząć rozmawiać, choćby sporadycznie. Ja napiszę u siebie uwagę na jakiś temat, który go interesuje - więc on to skomentuje i sobie pogadamy. Albo odwrotnie. Chociaż w realu pewnie byśmy się nie spotkali, a już na pewno nie 1 na 1, bo zażyłość nie ta. A zatem FB rzeczywiście pomaga zacieśnić tę sieć społeczną. I to jest bezwartościowe? Nie uważam.

Zresztą Facebook zwykle (tj. w przypadku normalnych, sensownych ludzi, którzy nie polują na wyśrubowaną liczbę znajomych - bo to jest zastosowanie FB, które nas tutaj zupełnie nie interesuje) jest serwisem dla ludzi, którzy już się nieźle albo i bardzo dobrze znają. Głównie dla znajomych z reala. Oczywiście w dzisiejszym świecie kontakty z reala i kontakty z sieci bardzo się przeplatają. Znajomi z sieci często prędko stają się znajomymi z reala, natomiast ze znajomymi z reala utrzymujemy kontakt w sieci. Więc o co niby chodzi z tym "brakiem normalnych znajomych"? Przecież to właśnie z nimi łatwiej i częściej kontaktujemy się dzięki FB.

A co do treści, będącej rzekomo "jakimś totalnym badziewiem"... Ja Ci mogę powiedzieć, że większość treści pochodzących od moich znajomych to:

- informacje o tym, co ważnego (albo fajnego, albo irytującego) dzieje się w ich życiu - co jest oczywiście ważne, bo to w końcu moi znajomi
- zdjęcia będące uzupełnieniem powyższego
- komentarze i opinie na temat różnych bieżących wydarzeń i/lub kwestii, które ich interesują (i mnie często też, bo z większością znajomych ma się przecież jakieś wspólne zainteresowania) - mile widziane, bo fajnie jest wymieniać opinie ze swoimi znajomymi
- żarty i bon moty o charakterze ogólnym - również mile widziane, bo jestem fajny, więc mam fajnych znajomych, więc mają fajne poczucie humoru i fajne spostrzeżenia :P
- różnego rodzaju linki do ciekawego contentu (artykuły, muzyka, wideo, grafika), do którego sam bym nie dotarł, bo przecież trudno samemu znaleźć wszystko
- od czasu do czasu praktyczne pytania do ogółu znajomych - niekoniecznie mogą mnie interesować, ale to szybki i łatwy sposób zapytania o coś ważnego wszystkich znajomych jednocześnie, a ja może też kiedyś będę potrzebował podobnej pomocy

No więc gdzie jest ten badziew? Jasna sprawa, że nie wszystko, co napisze każdy znajomy, będzie nas interesować. Ale czy pominięcie wzrokiem nieinteresującego wpisu i przeskok do następnego interesującego naprawdę boli?

A, no i jeszcze co to znaczy, że FB jest przeładowany aplikacjami? Przecież jeśli jakieś aplikacji nie używasz, to jej nie widzisz, praktycznie nie wiesz o jej istnieniu. A jeśli ktoś używa jakiejś tam nieinteresującej Cię aplikacji i to Ci się wyświetla na wallu, to dosłownie w dwóch klikach przegonisz tę aplikację na zawsze i już nigdy nie zobaczysz, że ktokolwiek zaprasza Cię do podlewania ogródka.

Nie chodzi o to, że ja jestem jakimś chorym entuzjastą Facebooka, ale po prostu podobnie jak wielu innych ludzi uważam go za bardzo fajne narzędzie, które pod różnymi względami zarówno wzbogaca moje życie towarzyskie, jak i dostarcza mi informacji.

No najwyraźniej jednak jesteś wielkim entuzjastą, skoro poświęcasz tyle czasu, żeby mnie do tego nieszczęsnego Fb przekonać i to mimo że mnie nawet nie znasz. Po co tak właściwie?

Umówmy się, że różnica w odbiorze Fb rzeczywiście może wynikać z różnicy w charakterze naszych znajomych. Nie dlatego, że Ty jesteś fajny i masz fajnych znajomych, a ja wręcz przeciwnie, ale dlatego, że zdecydowana większość moich znajomych Fb nie używa. Powiem więcej, wśród naprawdę bliskich znajomych (czytaj - przyjaciół) Fb używa chyba tylko jedna kumpela.

Przyznam poza tym, że wszystko to co piszesz zupełnie mnie nie przekonuje w tym sensie, że nie pasuje zupełnie do mojego charakteru. Nigdy np. nie byłem typem osoby towarzyskiej, która utrzymuje relacje z wieloma osobami i chce wiedzieć, co tam słuchać u Z., której nie widziałem od lat. Skoro nasze drogi się rozeszły, to się rozeszły. Mnie plotki czy prawdy o życiu innych ludzi, fotki ich dzieci czy psów czy mężów, nie mówiąc już o zdjęciach z wakacji (nienawidzę!) zupełnie nie interesują. A tych którzy mnie interesują mam pod ręką, telefonem, albo Skypem.

Każdemu wedle potrzeb - moich Fb nie zaspakaja i proszę nie próbujcie mi go sprzedawać, bo i tak nie kupię :P

No najwyraźniej jednak jesteś wielkim entuzjastą, skoro poświęcasz tyle czasu, żeby mnie do tego nieszczęsnego Fb przekonać i to mimo że mnie nawet nie znasz. Po co tak właściwie?

A po co tak właściwie spędziliśmy kiedyś prawie cały dzień ping-pongując na temat "Hurt Locker"? Because we can :D Nie, serio - ja nie umiem sobie odmówić dobrego flejma ;) I o tym nieszczęsnym FB gadam teraz dokładnie tak samo, jak kiedy indziej gadam o filmie. Do którego też zwykle ludzie się nawzajem nie przekonują, tylko obrzucają się opiniami :)

@marylou
Chciałem zwrócić uwagę, że w swojej długiej wypowiedzi zasadniczo potwierdzasz mój zasadniczy zarzut, że zacytuję:

Dzisiaj to jest narzędzie pracy i tak ja fb postrzegam. Gdy tworzę ofertę patronacką w oczekiwania od patrona medialnego wpisuję: informowanie o wydarzeniu na platformach społecznościowych - to jest norma.

teraz chodzi o sprzężenie zwrotne, wymianę informacji, promocję, biznes.

Potwierdza to moją opinię, że
a) albo służy to wypisywaniu pierdół w rodzaju "idę na spacer z psem" "ojej jakiś śliczny piesek" "Damian to lubi"
b) albo sprzedawaniu czegoś.
Co z tego, że sprzedajesz wydarzenia kulturalne, a nie tartą bułkę w warzywniaku? Wciąż jest to sprzedaż. Fb służy jak słusznie zauważyłaś jako narzędzie biznesowe, platforma reklamowa (tak, tak ja wiem, teraz się nie mówi, że się coś reklamuje, teraz się "przekazuje informacje" ;))
Zastosowania c) czyli z kategorii "ciekawi ludzie dzielą się swoimi pasjami i opiniami" to niestety rzadkość. Ja opinii na forach nie znoszę czytać, bo jest zwykle jedna jako tako sensowna na 20, a taka która coś wnosi to już jedna na 100. Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby opcja c) wygrywała, ale jakoś słabo jej idzie.

A co do mojej (i innych) aktywności na Filmasterze, to wcale nie jestem hipokrytą i szczerze powiedziawszy nie uważam tego do końca za normalne. Poświęcam temu za dużo czasu, bo się wciągnąłem, trudno. Filmaster jak każdy portal społecznościowy pomaga w marnowaniu czasu i nie wątpię, że sporo mojego marnuję. Oczywiście nie w tej chwili :P

Zastosowania c) czyli z kategorii "ciekawi ludzie dzielą się swoimi pasjami i opiniami" to niestety rzadkość.

No i Ty się potem dziwisz, że ironizujemy na temat "jakości" znajomych... :) Na moim Facebooku zastosowania z kategorii "ciekawi ludzie dzielą się swoimi pasjami i opiniami" stanowią, bez przesady, z 80% - jak nie więcej.

A co do sprzedawania czegoś (w tym: wydarzenia kulturalnego) - rzecz w tym, że to albo jest tak, że sam o to prosiłeś (zalajkowałeś, dajmy na to, jakiś profil kulturalny, który teraz wysyła do Ciebie informacje), albo lajkują to Twoi znajomi, więc potencjalnie i Ciebie może to zainteresować. Zresztą nie tylko potencjalnie: praktycznie też, bo jeśli wśród znajomych masz generalnie fajnych ludzi, to z reguły lajkują fajne rzeczy. I teraz albo to zobaczysz i wzruszysz ramionami (straciłeś 15 sekund życia, chyba to przeżyjesz), albo Cię zainteresuje i też klikniesz - i zaczniesz otrzymywać przydatne Ci informacje. To jest złe?

Ja tam wolę pograć w kosza, albo poskakać na koncercie. Howgh!

Omg, padłam ;))
Zgodzę się, że w przypadku biznesowej funkcji fb jest to sprzedaż, ale ja wciąż jestem raczej odbiorcą, ewentualnie źródłem informacji dla mediów, które korzystają z fb. Poruszając ten ekonomiczny aspekt, chciałam wskazać Ci wartościowe funkcje platformy, którą gardzisz i wyperswadować generalizację i pierwszorzędność funkcji randkowej.

Ad. zastosowania c - mylisz się! :) Potwierdza to w swoim wywodzie Negrin - nie będę się powtarzać, bo podpisuję się pod tym, co z siebie wyprodukował. Dodam tylko, że fb to nie jest typowe forum Onetu :) Artykuły są komentowane przez samych dziennikarzy i ludzi oświeconych ogółem - ja bym niektóre z chęcią cytowała, bo są genialne.

Ad. uzależnienia od Filmastera: mam Cię! ;))

PS Chcesz coś b. fajnego do posłuchania? Z góry mówię, że nie wszyscy to mają przed premierą. :)

@Negrin, @marylou rozmowa bardzo ciekawa, mimo że pewnie nic nie zmieni w naszych życiach (jak słusznie Negrin zauważył, zwykle tak jest, gadamy, żeby gadać). Dla mnie najgorsze jest to, że czym dłużej z Wami o tym rozmawiam, tym bardziej (w ogólnym sensie) potwierdzam Waszą opinię, że na portalach społecznościowych prowadzi się ciekawe dyskusje. Ergo wpadłem w paragraf 22 :)

Co do moich znajomych na Fb to już kwestię wyjaśniłem mam nadzieję wcześniej. Prawie nie mam normalnych znajomych na Fb, bo go nie używają. Mam za to sporo... hmm.. jakby to marylou ująć... klientów? ;) A ich życie i poglądy mnie w większości nie pociągają.

@marylou Coś bardzo fajnego do posłuchania zawsze chętnie. Wyślij mi przez Fb ;)

Się wykonało.
A klientów zawsze można odrzucić. Olać kurtuazję ;)

I kto to mówi? Była klientka :P

Hah. Pozwolę sobie przypomnieć, że jednak w tym przypadku to ja miałam opcję olania kurtuazji ;))
A fb-owe akty (nie)wdzięczności będą dla mnie nauczką, by nie dzielić się dobrem z nieprzystosowanymi. Foch!

No właśnie, pozwólcie mi zostać w mojej jaskini, skoro tak mi w niej dobrze ;)

Oczywiście. Pamiętam, że niejakie gady nie lubią postępu. Ale przecież sam chciałeś - i muzykę i przez fb. A link był to (jest) zbyt cenny, żeby go tak bestialsko zignorować, pomimo kanału, poprzez który do Ciebie dotarł. Jaskiniowcy nie gardzą zdobyczami, btw.

Nie dlatego go zignorowałem, że przeszedł przez fb, tylko dlatego, że nie słucham muzyki z kompa, przecież Ci napisałem. Mam za słabe głośniki w komputerze, szkoda niszczyć piękno muzyki, słuchając na nich. Wolę poczekać i posłuchać w dobrej jakości.

Myślałam, że to ostentacyjne sikanie na fb kosztem muzyki. Ad. głośników, to pewnie nie masz gorszych niż ja na laptopie - nie chcę się upierać, ale zachęcam, bo warto, choćby po to, żeby wiedzieć, czy jest sens kupować płytkę. Peace! :)

Nie po to władowałem grube tysiące w sprzęt audio w domu, żeby słuchać na małych głośniczkach. Nie słucham w ten sposób muzyki z definicji, podobnie jak nigdy (!) nie oglądam filmów na ekranie komputera.

No dobrze już, dobrze. Domyślam się, że każdy chciałby sobie powybrzydzać w kwestii głośników czy ekranu, należysz raczej do szczęśliwej mniejszości.
Link pochodzi bezpośrednio od wydawnictwa płytowego, dostali go nieliczni, a że płyta naprawdę wymiata, to stwierdziłam, że się ucieszysz jak posłuchasz. Nie znałam Twoich definicji.

No cieszyłem się, myślałem że będzie w mp3, to bym na iPoda wrzucił, ale niestety nie tak lekko. Ucieszę się jak posłucham. Obiecuję :)

Here's a thought... Pokombinuj, dołóż może jeszcze parę groszy, o ile Cię stać, i zrób tak, żeby media z komputera automagicznie frunęły do sprzętu audio i wideo :) Nie żartuję - ja tak na razie zrobiłem z filmami, ale za audio też się kiedyś wezmę... Jak już będę miał odpowiednio fajne audio ;]

PS. Esme, wybacz :)

No nie wiem jak daleko sięgają Twoje ambicje, bo moje docelowo odtwarzacza strumieniowego LINNa. Ale to gruba kasa. A tv z dostępem do Internetu też już niedługo będę miał. Tak więc wbrew pozorom widać światełko w jaskini ;)

P.S. Esme, podwójnie wybacz :)

Zajrzy człowiek do wątku pod swoją recenzją a tu... kłótnia o głośniki :)

A tam od razu kłótnia, lekkie tarmoszenie się, marylou to lubi ;)

Phi, znawca się znalazł ;)

Fincher znowu wielki. Wciąga wyjątkowo mimo wydawać by się mogło niezbyt filmowego tematu. Zagrany i nakręcony jak trzeba, a muzyka wyborna. To się ogląda!. Bardzo mocny kandydat na film roku.

Zabawne, jak najlepszym filmem o komputerowych geekach, jest autentyczna historia. Jestem wdzięczny Fincherowi za autentyzm - wreszcie ekrany komputerów są w miarę realistyczne, a nerd-mowa zawieera ograniczoną liczbę nonsensu dla samych buzz-wordów. Nie jest to poziom najlepszych jego filmów, ale zdecydowanie warto, choćby jako test umiejętności szybkiego czytania: bohaterowie wypluwają z siebie słowa niczym karabiny maszynowe.

Dobre, trafne, aktualne. Nie aż tak dobre, jak sugerowałby hype, ale nic nigdy nie jest tak dobre, jak sugeruje hype. Spodziewałem się mocniejszego dramatu, napięcia, więc jeśli coś mnie rozczarowało, to pewnie "lajtowość" tego filmu - to, że nie angażuje. No a poza tym dialogowe słowotoki by Aaron Sorkin to coś, co albo się lubi, albo wychodzi się z kina zmęczonym. Ja lubię.

Po pierwszej scenie - szybkostrzelnej rozmowie Marka z Ericą - stwierdziłam, że uwielbiam dialogowe słowotoki Sorokina. :) W którymś momencie zrezygnowałam z czytania napisów, bo okazało się, że łatwiej jest po prostu przysłuchiwać się, co mówią.

W takich filmach, o ile rozumie się dialogi, nie za bardzo da się czytać napisy nawet z ciekawości - czasu nie starcza ;)

Uwielbiam komputerowych geeków – ale nie tego! Facet nawija jak katarynka. Z prędkością karabinu maszynowego. Freak! Nie sposób go polubić. Rozważam, czy nie znielubić Facebooka; nie chcę się przykładać do sukcesu Zuckerberga. ;>

Tak wkurzającego, ale jednocześnie intrygującego bohatera filmowego dawno nie było. Fincher stworzył nowy typ superbohatera ;)

Fajny temat, bardzo fajnie zrealizowany i wybornie wręcz zagrany - Justin! Czasem tylko historia jest jak dla mnie zbyt mocno podkoloryzowana.

Się podobało się. Bałem się bardzo, że The Social Network będzie miałką nudnawą opowieścią o Facebooku, tymczasem duet Fincher/Sorokin stworzyli z tego uniwersalną historię o tworzeniu czegoś wielkiego. Duży plus dla filmu za to, że realistycznie pokazuje programowanie. Koks, dziwki, fury, efekty 3D są zarezerwowane dla business executives ;-)

Ten film zdecydowanie, pozytywnie mnie zaskoczył. Świetnie nakręcona opowieść o geniuszu/szui (do wyboru), konsekwentnie dążącym do osiągnięcia celu. Nie wiem na ile historia filmowa mówi nam prawdę o Marku Zukcerbergu, ale na pewno warto poznać jego filmową postać.

Film jest to szpiku kości szowinistyczny.

Zaskakująco wciągający

Wart zobaczenia, bo zupełnie inny, niż można się spodziewać, przeplatanie czasów, no i oryginalność Eisenberga. Ciekawe, ile osób po seansie sprawdziło prawdziwą historię Facebooka, a ile sprawdziło, co znajduje się w stopce portalu...

Szczególnie polecam z powodu muzyki Reznora!

Piece of crap i tyle. Jedyne co zasluguje na zauwazenie, to paradoksalnie Justin Timberlake. Muzyka tez byla super, reszta do bani.

aj lajk ic ic gud. aktorstwo znakomite, muzyka też, kilka ładnych ujęc, i justin timberlake *^^* ekhem, przywołuję się do porządku. słyszałam o tych wszystkch emocjach, które ten film wzbudził, że historia nie nadaje się to sfilmowania, eisenberg gra tak samo jak zawsze...ale dla mnie jeden z lepszych filmów roku, jak powiedziała queer.

Kumulacja gozyliona świetnych elementów (aktorstwo, zdjęcia, plenery, wnętrza, montaż, dialogi, tempo) , ale bilans i tak nieszczególny. Jak to możliwe? To skomplikowany film na prosty temat potraktowany z powagą równą rumuńskim dramatom o aborcji (mimo wszędobylskiego cool sarkazmu, wylewającego się z każdego onelinera). Efekt jest satysfakcjonujący tylko do połowy: jest co podziwiać, nie ma czego pokochać.

Bardzo sprawny, bardzo na czasie, bardzo inteligentny, tylko co mnie to wszystko obchodzi? Wyalienowany koleś tworzy nierealny świat, oszukany świat, kosztem autentycznych relacji. Happy end zbędny. No ale jeśli wszystko mierzy się ilością zarobionych pieniędzy - przecież taki jest punkt wyjścia, że zarobił. W cholerę amerykańskich filmów jest o tym, że ktoś zarobił. Powinno się robić tylko filmy o tym, że ktoś zarobił ewentualnie stracił.

Toż to romantyczna historia! Po komentarzach w stylu "irytujący główny bohater" nie spodziewałem się opowieści o tym, że z nieszczęśliwej miłości powstaje facebook, fenomen kulturowy. Może jest to romantyzm ironizujący, a Zuckerberg nie jest typowym romantycznym kochankiem, a zamiast wierszy pisze kod FB, ale schemat jest ten sam- odrzucenie i silna reakcja na nie. Może przesadą jest stwierdzenie, że to historia odrzuconego wrażliwca, ale główny bohater to nie taki cynik jak mogłoby się wydawać.

Nie, nie Inheracil - to film o tym, że jak zarobisz, to możesz mieć wszystko i wszystkich w d. On na początku taki jest romantyczny, ale potem już tylko imponuje mu władza i nieograniczone możliwości.

I co mu dały te pieniądze? Tracił tylko kolejnych przyjaciół, których przecież nie miał zbyt wielu, dziewczyny nie odzyskał.
Dla mnie to opowieść o samotności. I o tym, że obecnie by od niej uciec, ludzie coraz częściej uciekają do świata wirtualnego, np. fb. Ale i tak, mimo setek "znajomych", są wciąż sami.

Zgadzam się, ale impuls jaki był, taki był. Zwróciłem na to uwagę, bo jakoś nie pasowała mi postać przedstawiona na ekranie, całościowo - nie mam na myśli tylko jego motywacji, do oryginału i sposobu w jaki prowadzi swoją firmę. Ciekawe czy taka próba uczłowieczenia Zuckerberga nie była spowodowana naciskami z jego strony. Nie wierzę, że gdyby ten film miał tak jednoznacznie, jak twierdzisz, ukazywać go w złym świetle doszłoby do premiery. Jeżeli był w stanie zastrzec sobie słowo "face", powstrzymanie realizacji jakiegoś filmu byłaby drobnostką.

@aniazsk Czyli co? Zuckerberg to taki symbol współczesności, chyba jeszcze nie jest tak źle :)

Może jeszcze nie symbol, ale moim zdaniem jest on przedstawicielem rosnącej grupy ludzi, którzy żyją intensywniej w świecie wirtualnym niż realnym.

I w dodatku ma on pecha być geniuszem. A geniusze, jak to geniusze, mają swój świat, rzeczywistości nie rozumieją i dlatego Zuckerberg siedział biedny w klapkach, nie wiedząc nawet o tym jak kretyńsko w nich wygląda.

Nie myl geeka z geniuszem. Geniuszem byl Einstein, Mozart. Zuckerberg nie stworzyl niczego genialnego. Skopiowal to co już było (MySpace), zrobil to trochę lepiej i miał szczęście trafić na właściwy moment by rozkręcić biznes.

BTW co tak naprawdę oznacza termin geek? Wikipedia twierdzi:

człowiek, który dąży do pogłębiania swojej wiedzy i umiejętności w jakiejś dziedzinie w stopniu daleko wykraczającym poza zwykłe hobby

Czyli Pani X wiedząca wszystko o storczykach i hodująca je na potęgę jest geekiem? Jeżeli nie, to w sumie jaka jest faktyczna różnica między geekiem a nerdem?

Nigdy nie wiedziałem jaka jest różnica. Ten komiks próbuje to chyba wyjaśnić, ale nie wiem na ile w tym sensu:

Treściowo Social network jest takim uwspółcześnionym Obywatelem Kanem. Bohater Finchera ma łatwiej, bo do osiągnięcia celu wystarcza mu laptop, a Charles Foster Kane potrzebował fabryk, drukarni i innych potężnych inwestycji. Obydwu bohaterów nie da się lubić, a różnica między nimi jest taka, że Zuckerberg jest mniej przystojny i wygląda na gościa, który nawet swoją kasę ma gdzieś. Prawdziwy Mark Zuckerberg był nawet oburzony, że Fincher tak go pokazał.

@lapsus Zakończenie świadczy chyba o tym, że Mark, mimo że teoretycznie może mieć wszystkich w d., to jednak ciągle jeszcze nie ma. Zresztą w trakcie scen procesowych widać też, że czuje się źle z tym jak potraktował Eduardo. To nie pieniądze są tu najważniejsze - co z tego, że Zuckerberg może teraz wykupić klub studencki albo przyjść na proces w klapkach? Tego właśnie chciał, ale ostatecznie nie to okazało się najważniejsze.

Mnie zastanawiają dwa zdanie, które wypowiedział przesłuchiwany: " Nie chodzi o pieniądze...Zaraz zacznie padać..." . On był ukrytym romantykiem.

Sprawnie zrealizowana typowa amerykańska success story. Dialogi -- wypowiedziane jak z kartki -- już kiedyś raz słyszałem w innych filmach (kiedy skończy się ta maniera płomienistych przemów z porównaniami tylko po to żeby komuś powiedzieć że jest dupkiem? przeciez ludzie tak nie mówią w życiu!), a bohaterowie w 2D - każdemu można przypisać dwie, trzy cechy i ani razu nas nie zaskoczą. Jest gładko i przyjemnie, więc film schodzi szybko, tak jakby się go w ogóle nie oglądało.

Czyli potwierdza się reguła, że David Fincher nie jest reżyserem dla Ciebie :)

Zagadkę fenomenu nielubienia FInchera przez michuka może wyjaśnić chyba tylko jakaś specjalnie powołana komisja ;)

To nie jest tak, że nie lubię Finchera. Po prostu nie jestem jego fanem. Widziałem cztery jego filmy, średnia ocena to 6. Lepiej od takiego Franka Darabont, a niewiele gorzej od Ridleya Scotta (6,22).

Raczej powiedziałbym, że "nie rozumiem fenomenu Finchera", niż że nie lubię jego filmów. To po prostu przeciętny hollywoodzki reżyser. Może nawet nieco powyżej przeciętnej (choć fakt niewidzenia Buttona i Obcego 3 zapewne pozytywnie wpływa na moją średnią ocenę jego filmów).

akurat Obcy 3 był zupełnie przyzwoity, chyba, że nie jesteś fanem Obcego w ogóle...

Obcy 3 jest w porządku, ale Benjamina Buttona lepiej rzeczywiście nie oglądaj...

Nie wiem nadal michuk czemu tak uważasz ale spoko wodza. Moim zdaniem Fincher jest hollywoodzkim reżyserem, który ma coś do przekazania.Widziałem to zarówno w Podziemnym kręgu, Siedem, albo Socialu. Uważam, że wychodzi mu ten przekaz lepiej niż Scottowi ( poza Blade runnerem oczywiście :), a i forma jego filmów zdecydowanie przewyższa ostatnie dokonania Ridleya.

No i poza Obcym 1 chyba również. Za te 2 filmy wybaczam Scottowi wszystko...

Obcy 1 uważam za genialny obraz s-f, ale z tym przekazem to bym dyskutował. Uwielbiam jego klimat i formę, ale nigdy nie zmusił mnie do głębszej refleksji.

Prawda, głębokiego przekazu w Obcym nie ma (no może poza tym, że w kosmosie nikt nie usłyszy Twojego krzyku ;))
Ale jaki głęboki przekaz jest w Podziemnym kręgu, Siedem i Social Network?

Poza tym Fincher nie pisał scenariuszy do swoich filmów, a w takiej sytuacji trochę naciągane wydaje mi się rozmawianie o przekazie reżysera. Chyba, że Fincher miał duży wpływ na ostateczny kształt scenariusza...

Przekaz Podziemnego Kręgu związany jest z krytyką konsumpcjonizmu, Socialu - z upadkiem tradycyjnych relacji międzyludzkich (well, może bardziej ich znaczącą modyfikacją wraz z wejściem ery elektronicznych komunikatorów i platform online). Siedem było bardzo sprawnym thrillerem, tutaj głębszego przekazu bym się nie doszukiwała.

W Social to akurat proste: bądź skurwysynem a daleko zajdziesz, choć nie będziesz miał szczęścia w miłości.

Rzeczywiście bardzo głębokie :P

i na dodatek ten przekaz to najprawdopodobniej tylko i wyłącznie zasługa scenarzysty, którym Fincher nie był. W ogóle mnie to zawsze śmieszy kiedy mówi się o przekazie rezysera holiłudzkiej produkcji. To producent najczęściej decyduje kto zrealizuje dany tekst. Kryterium bywa często tylko to który akurat rezyser ma wolny kalendarz w momencie kiedy producent szuka kogoś do realizacji scenariusza :)

W ten sam sposób można streścić scenariusz większości filmów, a przecież nie o to chodzi. Np. o Essential killing ( będzie złośliwie, wiedziałem! ;) : biegnij szybko, ubij co się da po drodze, to może przeżyjesz.

W ten sam sposób można streścić scenariusz większości filmów, a przecież nie o to chodzi. Np. o Essential killing ( będzie złośliwie, wiedziałem! ;) : biegnij szybko, ubij co się da po drodze, to może przeżyjesz.

Essential killing to dla mnie poezja, nie film. Podobnie jak The Limits of Control. Tu działają inne reguły a fabuła czy dialogi ma znaczenie marginalne czy film się czuje, a nie rozumie.

Niezłe podumowanko. ;) Efekciarski TSN zgarnął 4 Złote Globisze, to jakieś nieporozumienie.

Zarzut do dialogów, że ludzie tak nie mówią, jest równie uzasadniony jak czepianie się retuszowanego Paryża w "Amelii". Drętwe gadki mam na codzień w kółko, podobnie jak niektórzy na codzień mają brudny Paryż. Po co mi jeszcze to samo w kinie? Żeby było bardziej real-life? To ja dziękuję :-/

Esme kuma czaczę :)

Nie kuma. W Amelii elementy surrealistyczne/fantastyczne były na miejscu bo taki był klimat filmu, na tym opierał się cały film.
Social Network to biografia. Ma mnie przekonać, że to co pokazują mi na ekranie zdarzyło się naprawdę. Albo mogło się zdarzyć. Nierealne, dopięte na zatrzask dialogi po prostu sprawiają, że nie wierzę w tę historię. Można tworzyć sprawne i dobrze słuchające się dialogi jednocześnie nie wymyślając płomiennych przemów godnych polityków. Przykładem jest Solondz, Mendes. Sorkin się musi jeszcze sporo nauczyć.

Dlaczego właściwie film oparty na czyjejś biografii powinien sprawiać wrażenie wiarygodnego? Biografia jest takim samym materiałem jak pomysł wzięty z sufitu i na potrzeby filmu można z nią robić co się chce. Jak będę chciała wiedzieć, jak było naprawdę, to sobie doczytam.

Sorkin zresztą nie ukrywa, że biograficzność jest dla niego na drugim planie. Na pierwszym jest atrakcyjność historii. Żaden biograf nie pozwoliłby sobie na rzeczy, które nawyprawiał tutaj scenarzysta. Nie przeszkadza mi, że wymyślono wątek z dziewczyną, która rzuciła Zuckerberga, podobnie jak nie przeszkasza mi, że filmowy Mark jest znacznie bardziej medialny niż prawdziwy właściciel Facebooka, nawet jeśli też nosi klapki. Na podobnej zasadzie nie przeszkadzają mi dopięte dialogi.

Dobrze, że Fincher nie trzymał się sztywnych reguł i nie zrobił kolejnej banalnej biografii kogośtam. Moim zdaniem dialogi są wielką zaletą tutaj i film jest wiarygodny.

Dlaczego właściwie film oparty na czyjejś biografii powinien sprawiać wrażenie wiarygodnego?

Nie musi. Ale chodzi o konwencję. Oglądając "I'm not there" nie miałem takich wymagań bo zostało jasno zasygnalizowane, że mamy do czynienia z fantazją.

Fincher nie tylko nazywa swojego bohatera Zuckerberg, ale też opowiada o prawdziwych wydarzeniach (w dużej większości) a konwencja filmu nie jest bajkowa /przypowieściowa / magiczna czy jakaś tam inna, tylko właśnie typowo biograficzna. W takiej konwencji wymagam od filmu kontaktu z rzeczywistością a od dialogów co najmniej wiarygodności (nie mówię o zgodności z faktami tylko o wiarygodności - to inne sprawy).

Dobrze, że Fincher nie trzymał się sztywnych reguł i nie zrobił kolejnej banalnej biografii kogośtam.

No właśnie zrobił kolejną banalną biografię kogoś tam :) - przekłamania nie zmniejszają jej banalności (a może wręcz zwiększają bo wygładzają to co zdarzyło się naprawdę).

mimo iz wiedzilem jak konczy sie film, ciezko sie oderwadc. zycie pisze najlepsze scenariusze.

Nie nudzi ani przez moment, w filmie "dzieje się" mnóstwo (choć nie ma ani jednej eksplozji). Czy przedstawiony w nim obraz Zuckerberga jest prawdziwy? Nie mam pojęcia, ale podobał mi się wielce. Całość świetnie podlana muzycznym sosem Trenta Reznora. Wielka gratka dla każdego geeka - i nie tylko.

and the oscar goes to... ( ale to dopiero za dwa tygodnie ;)

A to się okaże, ale wg mnie dobry kandydat... :-)

Ojej, nie straszcie, nie widziałem "The Social Network", ale liczyłem na chociaż przyzwoity film, a jak to ma być poziom oryginalności "The Hurt Locker", czy "Slumdog Milionaire", to załamka...

Hehe. :-) Mamy trzymać kciuki za "Fightera" (żeby Akademia trzymała poziom)? ;-)

Ja potrzymam za Black Swan chyba. Oryginalności w Social Network nie dostrzegłem, ale to bardzo sprawnie zrealizowany film na bardzo aktualny temat, więc nie zdziwiłbym się zupełnie jakby tryumfował w tym konkursiku.

Social network jest bardziej oryginalny, niż ograna i przewidywalna historia o baletnicy. Gdyby nie piorunujące role Rourke i Portman w ostatnich filmach Darrena, nie byłoby o co robić szum.

Social network to kolejna zgrana historia o genialnym pomyśle, który prowadzi twórcę zostania milionerem. Black Swan to zgrana historia o ambitnej baletnicy - niech i tak będzie, choć ja widzę w niej jednak nieco więcej.

Pisząc o oryginalności myślę jednak nie tylko o scenariuszu, ale również o całej warstwie formalnej, użytych środkach, etc, a tu moim zdaniem o wiele ciekawiej wygląda film Arononskiego.

Co do przypisywania zasług aktorom w filmach Aronofskiego, to zupełnie nie zgodzę się z Twoją logiką umbrin. Zauważ, że ani Portman ani Rourke nie mieli do tej pory tak genialnych ról. Może to być przypadek a może to być jednak wynik świetnej pracy z aktorami reżysera. Dodatkowo, nawet najwybitniejsza rola w historii przejdzie bez echa jeśli film nie jest wystarczająco dobry.

Aronofsky ma niezaprzeczalną umiejętność kierowania aktorami. Nie wiem czy nie jest pod tym względem mistrzem współczesnego kina.
Co do realizacji to wolę wysmakowane kadry Finchera, niż kamerę paradokumentalną z ręki.

Musimy kiedyś obejrzeć razem coś Finchera i będziesz robił pauzę na wysmakowanych kadrach. Widziałem już sporo jego filmów i mi się jeszcze nie udało ich dostrzec, co oczywiście może znaczyć, że jestem mało spostrzegawczy i lecę tylko na efekciarstwo :)

Ja trzymam za jak najgorszy film w myśl zasady, że Oscary to bezwartościowe nagrody, które daje się słabym filmom. Marzy mi się, żeby stało się to powszechnym przekonaniem :)

A od którego roku Oscary według Ciebie stały się bezwartościowe? ;) Bo mam nadzieję, że nie obrażasz moich ulubionych filmów - Ben Hura, Casablanki, Żądła, Lotu nad kukułczym gniazdem, Amadeusza, albo Milczenia owiec. Władcę Pierścieni też uważam za bardzo przyjemny film, w ramach swego gatunku oczywiście. Filmy Clinta Eastwooda czy To nie jest kraj dla starych ludzi też zbierają dobre recenzje, chociaż ich akurat jeszcze nie widziałam.

Kiedyś Oscary dawano dobrym filmom. Ale kiedyś w ogóle amerykańskie kino było bardzo dobre. Teraz Oscary czasem są przyznawane dobrym filmom, ale to raczej wyjątek, a nie reguła. I nie sądzę by stare czasy wróciły, więc Oscary olewam.

PS Filmów nie można obrażać, bo filmy nie mają uczuć. Ludzi można :P

Najnowszy oscarowy film, jaki widziałam, to Władca, więc mogę być trochę nie w temacie, ale wydaje mi się, że po prostu dwa ostatnie lata to były wpadki. I Za wszelką cenę, i Infiltracja, i To nie jest kraj dla starych ludzi to według Masterowiczów całkiem dobre filmy.

Daj spokój. Infiltracja to przyzwoity remake bardzo dobrego filmu. I tylko tyle. Oscar dla Scorsese akurat za ten film, przy pominięciu go przy wcześniejszych wybitnych filmach, jest upokarzający jak jałmużna.

Hehe, też tak myślę od czasu "Titanika" i "Angielskiego pacjenta". Przejrzałam teraz jeszcze raz na szybko Oskary za najlepszy film z ostatnich lat i podzielam Twoje zdanie. :>

Nie widziałeś doktorze, a już nie lubisz. Hmm. " Nie słyszałem piosenki, ale chciałbym powiedzieć parę słów na jej temat" ?

A gdzie napisałem, że Social Network jest zły??!! Chyba wręcz nawet zasugerowałem coś dokładnie odwrotnego. The Hurt Locker i Slumdoga widziałem. W przypadku tego drugiego dodam: niestety.

A co do filmów Aronofskiego to mylisz się bardzo grubo. Ale oczywiście szanuję Twoje zdanie :)

FIlm całkiem udany - dobrze się go ogląda, choć nominacja do Oscara za najlepszy film jest moim zdaniem trochę na wyrost. Natomiast nominacja dla Jesse Eisenbers całkiem zasłużona.

Spodziewałem się czegoś wielokrotnie gorszego, a tu nie dość, że zobaczyłem to co wiedziałem, w dodatku bez merytorycznych bugów, to jeszcze łącznik ucha prawego z lewym dostał sporą dawkę motywacji do przemyślenia spraw bardziej istotnych aniżeli kiedykolwiek mi się wydawało. Staję się mądrzejszy. Dziękuję.

„The Social Network”. Cóż ciekawego może być w opowieści o bandzie geeków budujących portal społecznościowy? Zwłaszcza że większość wątków tej historii znamy z mediów i nikłe są szanse, że fabuła nas zaskoczy. Odpowiedź brzmi: genialne dialogi, tempo akcji, klimatyczna muzyka Trenta Reznora i Atticusa Rossa oraz wyśmienite aktorstwo (Jesse Eisenberg „robi” ten film na równi z dialogami, a kreacja Justina Timberlake’a to prawdziwa perełka). Jedyne, czego tej produkcji brakuje, to zasłużony Oscar.

zgadzam się!

Sprawne, holiłudzkie rzemiosło plus wartkie dialogi. Nie szkoda czasu.

Super film. Człowiek się nie nudzi.

"The great irony is that the biggest player in the social networking boom proved to be someone so socially retarded he borders on sociopathic at times." - Matt Neal, The Standard

Zaskoczenie in minus - z recenzji sądziłem, że to naprawdę coś wyjątkowego. Tymczasem film jest tylko przyzwoity rzemieślniczo, ale artystycznie praktycznie nic nie wnosi.

Dobra rola głównego bohatera - ciągle nieco chmurny i skupiony chłopak jest interesujący, obok niego równie ciekawy oryginał Sean Parker, z epizodów - rewelacyjny dyrektor uczelni, ale reszta bez polotu. Duży problem to dla mnie bardzo ciemne zdjęcia - wyjątek to scena wyścigów wioślarskich, bardzo ciekawie sfilmowana, zabawna i z dobrą muzyką.

Sama historia dość prosta, nie ma tu wolt scenariusza, jest śledzenie rozwoju po trupach, bo liczy się tylko maniakalny upór Zuckerberga. No ale to bardzo monotematyczne i o ile serwis rośnie, to bohater się nie zmienia: niczego się nie uczy, nie odkrywa przed nami nowych stron...

Dla mnie najciekawszą rzeczą w filmie jest ukazanie amerykańskiego światka uczelnianego: elitaryzm i twarda rywalizacja, ale w ciemniejszym wydaniu. Nie wciągnęło mnie jednak.

Jesse Eisenberg już nie taki ładny jak w "The Double" ale wciąż wygląda na sympatyczną ofiarę losu. Nawet z milionami na koncie. Film wciąga.

Efunia
Guma
JussieHellstroem
MRZVA
KataCzy
MonikaMazurkowna
murrayostril
bartje
malamadi