Tokyo Playboy Club (2011)

Tôkyô pureibôi kurabu
Reżyseria: Yôsuke Okuda
Scenariusz:

Katsutoshi wpada w tarapaty, niechcący zabijając studenta. Przed karą ucieka do przyjaciela, który prowadzi w Tokyo klub nocny. Jednak w migotliwych uliczkach Shinjuku oferujących tysiące rozkoszy kryje się równie wiele niebezpieczeństw. Groteskowa, niepoprawna, absurdalna historia autorstwa reżysera, nazywanego japońskim Guyem Ritchie. (Festiwal Pięć Smaków)

Obsada:

Pełna obsada

Widać, że Okuda fascynuje się Tarantino, ale jego styl jest z zupełnie innej bajki. Dominuje bardzo wolna narracja, a humor jest zaskakujący i absurdalny. Mi podszedł. Yosuke Okuda, zapamiętuję to nazwisko.

Jeden z widzów 6 edycji Festiwalu Pięć Smaków po projekcji „Tokyo Playboy Club” przyczepił do tablicy informacyjnej notatkę: „Tokyo Playboy Club. W końcu film który mnie rozumie...”. Niestety, okazało się, że ten film totalnie nie rozumie mnie. Porównania do produkcji Guya Ritchie i Quentina Tarantino są kompletnie nietrafione. Na dobrą sprawę ja bym tego nawet kinem gangsterskim nie nazwała. Ot, zwykła azjatycka snuja. Smętna, monotonna, w dodatku prowadząca donikąd i skąpo podlana absurdem (pal sześć, że nie „moim”, ale jest go ewidentnie za mało). Niepoprawna? Nawet. Groteskowa? E tam! Krwią i flakami też trzeba umieć obracać. Gangsterkę pokazaną w filmie przyswaja się ciężko. I to wcale nie dlatego, że nieodłącznym duchem tej opowieści jest kryzys gospodarczy (to akurat fajny motyw). Raczej w związku z dojmującym brakiem dynamiki i tempa. Coś takiego bywa ciężkostrawne nawet w dramatach. W kinie gangsterskim jest to tyleż innowacja, co porażka. Tyle mojego, że się przespałam.

No właśnie. Bo tu chodzi o to, że to jest zupełnie inne kino. Porównań do Guya Ritchiego też nie rozumiem, do Tarantino uzasadnione są natomiast o tyle, że reżyser wyraźnie celowo nawiązuje kilkakrotnie do paru scen z Pulp Fiction.

Nie mogę się natomiast zgodzić, że absurdu nie ma. Jest, jest, jest. Cały film, non-stop. Cała ta narracja jest właśnie totalnie absurdalna, jak w scenie gdy Erica czyta książkę na przykład. Fabuły kina gangsterskiego nijak nie posuwa to do przodu, bo to scena o niczym. I właśnie to jest w tym filmie piękne, totalnie inny flow, reżyser ma swój świat, przez co ten film jest tak kompletnie inny od tego, do czego przyzwyczaja kino gangsterskie. Oczywiście nie każdemu to podchodzi, ale jak chwyci, to trzyma. Mi się baaaardzo podobało i baaaardzo się cieszyłem, że to nie jest takie kino, jakie zapowiadano.

Nie no, absurd jest. Tylko trochę nie mój i wydaje się, że jest go za mało (może tylko się wydaje, nie wiem). Z mojej perspektywy pierwsza scena żarła pięknie. Potem jednak coś siadło. Ludziom, którzy tak jak Ty szukali "czegoś innego", film się raczej podobał. Ci, którzy tak jak ja liczyli na coś bardziej odjechanego, raczej się rozczarowali. Cytat zadowolonego widza przytoczyłam właśnie po to, żeby pokazać, że opinie mogą się różnić i to bardzo. Wszystko zależy od preferencji.

doktorpueblo
nevamarja