W chmurach (2009)

Up in the Air
Reżyseria: Jason Reitman

Profesjonalista specjalizujący się w "doradztwie dotyczącym zmian w karierze zawodowej" (eufemistyczne ujęcie zwalniania pracowników) zamierza osiągnąć dwa życiowe cele: zgromadzić 10 milionów mil przelotowych w pewnym programie oraz dostać pracę w tajemniczej firmie zwanej MythTech. (poprawiony opis dystrybutora)

Obsada:

Pełna obsada

Zaskakująco dobra komedia (romantyczna?) w przestworzach z Clooneyem w roli "terminatora" czyli faceta od informowania ludzi o zwolnieniu ich z pracy. Morał: życie nie ma celu, ale najszczęśliwsze chwile spędzamy nie sami, lecz z kimś u boku, więc: łączmy się w pary, kochajmy się.

Dobra rzecz. Bardziej stonowana i... zawieszona w powietrzu (!), niż się spodziewałem, ale kto wie, czy dzięki temu nie zapadnie bardziej w pamięci. Nie ma tu nic wybuchowego - ani wybuchowego humoru (co najwyżej uśmiech - notabene nie nazwałbym "W chmurach" komedią), ani wybuchowego dramatyzmu, ani wybuchowych kreacji aktorskich. W gruncie rzeczy taki mały film (im dalej w las, tym bardziej nasiąka klimatem "niezależnym") z megasubtelnym morałem, nienachalnie skłaniający do refleksji. Lubię.

A to ciekawe, bo ja śmiałem się do rozpuku prawie przez cały seans. Ostatnio tyle radości w kinie miałem chyba na Małej Miss kilka lat temt. I nie byłem odosobniony. Oprócz nowego "Złego porucznika" Herzoga, "W chmurach" był najbardziej "odśmianym" filmem London Film Festival. W pozytywnym sensie.

Rzeczywiście ciekawe, bo o ile - jak mówię - oczywiście oglądałem ten film z uśmiechem sympatii, to w gruncie rzeczy ciężko mi sobie przypomnieć jakieś szczególnie "śmiechowe" sceny... a przecież od końca seansu nie minęły jeszcze 24 godziny. Zdaję sobie sprawę, że atmosfera wśród publiczności może znacząco wpłynąć na odbiór filmu, ale ogólnie "Up in the Air" utrzymany jest raczej w... hm, jeśli nie w smutnych, to przynajmniej w melancholijnych tonach. Nawet epizody ze zwalnianiem poszczególnych pracowników - które po zwiastunie zapowiadały się humorystycznie (Simmons? Galifianakis? czyli beka gwarantowana! - a jednak nie do końca), okazały się, zresztą nie bez kozery, raczej poważne. Zresztą film był nominowany do Złotych Globów w kategorii dramatu i nie mam wątpliwości, że słusznie.

Humor był bardzo subtelny i widz nie był nim bombardowany przez cały seans co pięć minut, ale nie przypominam sobie ani jednego czerstwego dialogu, ani jednej zmarnowanej sceny. Pod tym względem film był prawie perfekcyjny. Dziś może obejrzę go sobie ponownie bo jest już w normalnym obiegu kinowym i zobaczymy ile z tej ogólnej radości oglądania wynikało z festiwalowego nastroju a ile z tego co działo się na ekranie.

Nie no, ja absolutnie nie mówiłem o czerstwości czy marnowaniu scen, don't get me wrong. W końcu ósemeczkę film ode mnie dostał i podobał się mocno (choć przewidziałem rozwój wypadków), komentowałem wyłącznie komediowość :)

Clooney jako latający po Stanach specjalista od zwalniania ludzi. Oryginalna koncepcja, pod którą w nieszablonowy sposób podczepione dwa znane motywy fabularne: motyw mentora i ucznia (tu: uczennicy) oraz motyw poszukiwania bratniej duszy. Całości jednak czegoś brakuje. Poza tym, choć dialogi są dobre, to film sprawia wrażenie odrobinę przegadanego. Z drugiej strony "W chmurach" ratuje nieoczekiwany zwrot akcji w końcówce prowadzący do niekoniecznie-happy-endu. Lekko niezależne kino.

Dla mnie akurat stosunek akcji i gadania był idealny. Dawno tak dobrze nie bawiłem się w kinie na filmie bez efektów wizualnych. Szczególnie uwagę zwraca tu świetny montaż i wręcz idealne tempo, przez co ani przez chwilę nie wiało nudą a jednocześnie nie miałem poczucia, że film pędzi bez sensu.

Tak, pisałeś pod inną minirecenzją, że bardzo Cię rozbawił ten film, ale ja tam aż tyle humoru nie widziałem. :)

Kwestia poczucia humoru zapewne. Mnie bardzo podpasowało to dyskretne, z "W chmurach".

W stanach kryzys, rozumiem dlaczego im się może wydawać że to dobry, aktualny film traktujący o ważnych sprawach. Nie zmieni o jednak faktu, że dziełko jest totalnie przegadane, a moralizowanie skrajnie infantylne.

Bardzo przyjemny film. Wolny, nieprzedramatyzowany, dobrze zrobiony i wciągający. Świetne dialogi i sprawne aktorstwo. Komedia romantyczna, która do końca nie jest ani komedią ani nie jest romantyczna.

Niezwykle przyjemny film, ze świetną ścieżką dźwiękową. Fajny pomysł na przeprowadzenie twardego pojedynku.
U mnie w pełni zasłużona siódemka, zastanawiam się nawet nad wyższą oceną.

Dramat? Komedia? Raczej komediodramat. Żart oscyluje w granicach koszarowy - wysublimowany, ale (i to jest poważne ale) nawet dowcipy dotyczące seksu są podane w sposób nienachalny, przyjemny i przyjazny.
Dzięki świetnej grze aktorskiej i inteligencji reżysera nici wyszły z holyłudzkiego przesłodzenia, jakiego się bałem. Obrazy podawane są w odpowiednich dawkach, brak tutaj scen wprawiających w zażenowanie (co dość popularne dla tematu).
Mój faworyt do Oskara? Nie. A może jednak... w chmurach?

Brawa dla twórców, że mimo kilku przewidywalności ten film NIE jest komedią romantyczną. I nie gloryfikuje życia we dwoje. I jak śpiewa Alanis: " I don't want to be your other half, I believe that 1 and 1 make 2". Nie każdy pragnie "stabilizacji" (życie w powietrzu!), a praca, którą większość ludzi pogardza, może być wyzwaniem, a może też pewnego rodzaju misją dla kogoś. Lubię takie non-konformistyczne filmy i postawy życiowe. :-)

Czemu więc tylko 6/10?

Chyba za te przewidywalności. I kreacje kobiece mi się nie podobały specjalnie. Film taki sobie. Jego wymowa tylko mi się podobała. I kreacja Clooney'a i niespieszność, nienachalność.

Zbyt gorzki jak na klasyczną komedię romantyczną, zbyt zabawny i lekki jak na dramat. Lubię takie filmowe niewiadomoco. Jak dla mnie aktorsko wygrywa Vera Farmiga jako cyniczna, ale pełna osobistego wdzięku Alex.

Napisano już na temat tego filmu sporo. Nie dziwią mnie nagrody i nominacje, jak na film w swojej kategorii świetnie zrobiony. Komediodramat romantyczny z życiowym finałem, w mądry sposób moralizatorski. I zabawny. Jak dla mnie najsilniejszą jednak jego stroną są postacie i 'gra aktorska' - bohaterowie są zwyczajni, ani piękni, ani doskonali, nie idealizowani. "Spięcia" między nimi aż elektryzują, nie pozwalają być obojętnym, bo przecież każdy spotyka tak irytujących ludzi na co dzień.

Komediodramat! W żadnym wypadku nie komedia romantyczna. A tak naprawdę to świetny film obyczajowy z wątkami komediowymi i romantycznym. I cały ten miszmasz zrealizowany jest wyśmienicie. Clooney zagrał pięknie, towarzyszące mu panie, również nie odstają. Na dodatek wszystko okraszone jest bardzo dobrą muzyką.

A moim zdaniem najlepszy w tym filmie jest montaż. Sceny pięknie się składają w całość, nigdzie nie jest ani za krótko ani za długo, dzięki czemu ma się uczucie płynności i nawet przez minutę nie wieje nudą.

Pisałem o doskonałej realizacji :) Na prawdę wyważone wszystko jest idealnie.

Oh, I'm so ronery! Drodzy Państwo, kariera to nie wszystko. Co zostanie po jednostce, kiedy korporacja już ją przeżuje i wypluje? Co tak naprawdę jest najważniejsze w życiu?

Lekka tragikomedia romantyczna - momentami zabawna, momentami poważna, tyle, że ewidentnie moderowana w sile przekazu, by broń Boże nie zniechęcić masowego odbiorcy. Nie poruszy ani nie zachęci specjalnie do przemyśleń, choć po wyjściu z sali gdzieś to 'Carpe Diem' .powinno się w głowie kołatać. Był potencjał na poważny dramat, zrezygnowano z niego - szkoda.

Ten film to mistrzostwo - po raz pierwszy nie wiem jaką ocenę wystawić. Spędziłem w kinie prawie 2 godziny i nie byłem ani znudzony, niezadowolony, zniecierpliwiony, ani też zadowolony z obejrzenia dobrego filmu. "W chmurach" jest mi całkowicie obojętne. Fabuła płynie, rozmowy płyną, wszystko płynie...

Historia zalatuje nieco tanią filozofią dla poganiającej w idealnie skrojonych garniturach klasy średniej a próba nawiązania do przesadnie nadmuchanego kryzysu śmieszy infantylnością. Uwagę zwracają za to eleganckie zdjęcia i niezłe aktorstwo (Farminga i Clooney, chociaż w przypadku tego ostatniego obsadzenie w roli "samotnego amanta" w 2009 = kicz trochę). Juno też było głupiutkie, ale przynajmniej bezpretensjonalne. Up in the Air nie wzbudza z kolei żadnych większych emocji.

Gdyby na Filmasterze był przycisk "Podpisuję się pod recenzją", to w tym przypadku użyłbym go bez wahania. Tav bardzo trafnie oddał moje wrażenia z filmu.

Do obejrzenia, chociaż nic szczególnego. Ot taki filmik na niedzielne popołudnie.

Cholernie gorzki film. Świetnie to pomyślane i świetnie zagrane. Dałbym więcej, ale muszę powiedzieć stanowcze NIE końcówce, zdecydowanie zbyt nachalnej i propagandowej. No wife, no kids, no future?

Zgadzam się (tj. również się nie zgadzam) w całej rozciągłości. Byłam pewna (a może była to dzika nadzieja), że musi się skończyć... lepiej! A tu taki cios. I nie wiem, czy reżyser celowo zamydlił widzowi oczy tą sielanką (wcale nie przesadzoną, dojrzałą, w odpowiednim miejscu i czasie wydawałoby się), bo szykował gorzką bombę na finał czy ta ułuda jest kwestią naiwności, a zakończenie dla racjonalistów wcale nie było zaskoczeniem. No i co on właściwie chciał nam powiedzieć przez ten unhappy end? Brutal!

No nie, jakby to się skończyło happy endem to już bym się totalnie załamał. Nieszczęśliwe zakończenie było oczekiwane, bo prawdziwe, bo "tak to w życiu jest". Nie mam zastrzeżeń do tego, jak film się skończył, tylko do "subtelności" z jaką to zakończenie przedstawiono. Mimo że teza od dawna była jasna, dowalono jakimiś tanimi chwytami w rodzaju: (1) Clooney w pół zdania rozumie bzdurność swojej przemowy i wybiega, pędzi roześmiany, albo (2) końcowa część wywiadów z wywalonymi z roboty, z których każdy zaczyna mówić, jak to się zapewne podniesie, bo przecież ma rodzinę i dzieci. Za dużo nachalnej propagandy prorodzinnej.

Mi się strasznie nie podobała wspomniana "subtelność" obejścia się z tym, że "nie wyszło". Rozumiem, że tak bywa, ale filozofia " spływu jak po kaczce" mnie zirytowała i skołowała. Jeszcze chwila i uwierzyłabym, że ludzie to roboty bez uczuć i w razie potrzeby zmieniają program na "powierzchowny, wyrachowany i kochać niepotrzebujący". Ale żeby to była prorodzinna propaganda? Ja tego tak nie odebrałam (albo czegoś nie pamiętam). Gadanie o rodzinie jako zbawieniu/ratunku było totalnie naiwne i w ogóle mnie nie ruszyło - nie sądzę, żeby reżyser propagował wartość rodziny - on raczej pokazał, że często life sux i man sux, więc warto postawić na niezależność od niczego i od nikogo - a to jest fuckin' bitter.

Ciekawe, ale zauważyłem już wcześniej, że ludzie bardzo różnie odbierają ten film w zależności od tego co sami przeżyli i w jakim są wieku. Ty jesteś bardziej w wieku Natalie, a ja bardziej w wieku Ryana i Alex. Nic dziwnego, że mamy inne perspektywy.

Hm, pewnie coś w tym jest. Ale ja się z Natalie nie utożsamiam, żeby nie było. Wkurzała mnie :>

nie wiem,czego się spodziewałam, ale było to coś zupełnie innego.
tymczasem poczułam się, jakbym to ja napisała zakończenie własną ręką. pomyślałam 'ja bym to właśnie tak zrobiła'- może nie literalnie TAK, ale zachowując ideę. przyjemny i nieprzyjemny.

Do dobrej zabawy przed ekranem często wystarczą mi błyskotliwe dialogi wypowiadane przez aktorów których lubię słuchać i na których lubię patrzeć. W chmurach zawiera te elementy, a do tego jest perfekcyjny technicznie i ma świetną atmosferę.
Olewam nachalne w wymowie zakończenie. Seans tego filmu to była czysta przyjemność.

Nie rozumiem zamieszania , nominacji , nagród i innych zjawisk które się dzieją wokół tego filmu. Jak dla mnie to film zwyczajny , calkiem niezły , ale nie zachwyca , nie zadziwia. Przewidywalny . Wcale nie śmieszny , tego typu romans widniał na ekranie nie raz. Aktorsko przyzwoicie , ale też bez rewelacji.

Mogłabym napisać dokładnie to samo! I chyba zaraz napiszę. ;)

To ma być ten dobry film obsypany nagrodami i wychwalany przez widzów? Halo! To zaledwie pop-kino, jak książkowe czytadło, które może i porusza ważne tematy, ale no, cóż, w życiu prawie wszystko jest ważne, więc to żadna zaleta. Clooney ujdzie. Kendrick jako Natalie za to słaba. Jedyny pozytyw to pokazanie od kuchni pracy „doradcy”, który wcale nie ma tak lekko i przyjemnie, jak się większości wydaje.

Trochę za lekko i za płytko wyszło. Oczywiście Clooney daje radę, panie również dobrze, szczególnie Vera Farmiga stworzyła ciekawą postać (duży plus za jedną z końcowych scen gdy Clooney przyjeżdża do Chicago, aby ją spotkać). Film dotyka ważnej kwestii, pustki w życiu człowieka który właściwie nic w życiu nie osiągnął, praca wypełnia jego życie, a jedynym celem wartym osiągnięcia jest zdobycie (w praktyce bezwartościowego) trofeum w postaci metalowej blaszki z nazwiskiem za przelecenie wielu milionów mil.
Życie jako gra komputerowa. Tyle, że film ledwie waży się dotknąć problemu, sprzedając go dość lekko, głównie dzięki urokowi Clooneya. Tak naprawdę bohater nie odczuwa nic głębokiego, ani szczęścia, ani bólu, nawet pustki, żyje życiem inteligentnej, ale jednak rośliny. ie próbuje nawet walczyć o to na czym mu zależy, choćby nawet ta walka była z góry skazana na przegraną. Potulnie wraca do swojej złotej klatki by oglądać świat z góry i przez szybę jakby go nigdy nie dotyczył.

+1 za dialogi.

Całkiem niezły, nie za ciężki, odrobinę moralizatorski, ale wszystko w granicach normy.

jakubkonrad
magdaone
bartje
alanos
AnnaSak
MureQ
PiotrKowalski
agugnacka
asia1298
soopa