Wojna polsko-ruska (2008)

Reżyseria: Xawery Żuławski
Scenariusz:

Ekranizacja debiutanckiej książki Doroty Masłowskiej Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną. Silnemu (Borys Szyc) nie układa się z Magdą (Roma Gąsiorowska), bo ich miłość to ciągła walka. Pełen złości Silny niczym bolid przejedzie z zawrotną prędkością przez kilka dni swojego życia w poszukiwaniu recepty na szczęście. (opis dystrybutora)

Obsada:

Pełna obsada

Zwiastun:

Film jest jawną parodią innowacji dzieła "Trainspotting", nie ukrywa tego nic, nawet plakat czy sceny "łamania czwartej ściany". Mimo to film nadal wywołał u mnie pozytywne emocje, po Xawerym widać zapał kinowy podobny do ojca, polecam każdemu kto potrafi z dystansem obejrzeć film, nawet jeśli narusza powierzchowną strefę komfortu czy poważa obiektywnie "dzieła"

Bardzo dużo dobrych pomysłów, kilka średnich, co jednak składa się na hipnotyzujący i ciekawy film... Czy tylko mi wydawało się, że ten film jest całkiem daleki od komedii (w przeciwieństwie do reszty sali, która śmiała się do rozpuku)? Polecam. Polski 'Zakochany bez pamięci'.

Kłopoty ze spójnością. Co chwilę coś przeszkadza w odbiorze i wytrąca z rytmu, zmusza do spojrzenia na zegarek. O ile przez większość filmu publika wybuchała śmiechem, ostanie 30 minut było tak abstrakcyjne, że robiło wrażenie odrębnej całości - publika siedziała cicho.

Jak dla mnie arcydzieło! Film mnie powalił, zmiażdżył, załatwił na maksa. Wymiękłem po prostu. Może jak się ocknę, to napiszę więcej.

A jak się ma do książki? Ciekawam. ;)

Bardzo się ma. Moim zdaniem Żuławski wydobył wszystko to, co w książce mogło sprawiać problem, bo styl Masłowskiej jest, mimo swego piękna, pokręcony. W filmie jest inaczej - dzieło klarowne i szlachetne w swojej prostocie; przejrzyste, choć wielowarstwowe.

Intensywny, mocny i jednocześnie śmieszny film z fenomenalną rolą Borysa Szyca.

Dziwactwo, parę dobrych tekstów, świetnie przedstawione subkultury metali, dresów, blachar i "paniusi", ale całego kontekstu filmu nie rozumiem...

Odważna ekranizacja. Młody Żuławski porwał się z motyką na Słońce. Nieco się poparzył, ale wyszedł z tej rozróby obronną ręką. Film miejscami bardzo wciąga w wykreowany na ekranie świat. Miejscami niestety również nuży. Dobra rola Szyca. Bardzo kiepska Maria Strzelecka jako gothic-girl. Film eksperyment. Oglądać nie trzeba, nic się nie straci.

Dlaczego bardzo kiepska? To są takie role-parodie, a rola Andżeli oczywiście jest mniej złożona niż Silnego, dajmy na to. Natomiast bawi i sprawdza się. Co do reszty opinii w zasadzie się zgadzam, choć byłbym mniej krytyczny. To film o tyle wartościowy, że wyłamujący się z wielu polskich schematów. A przy tym fajna zabawa, w gruncie rzeczy niezobowiązująca, chociaż trafnie porusza parę spraw.

Mnie też rola gotykdziewuszki bardzo się podobała, najlepsza rola kobieca w tym filmie (oczywiście oprócz Masłowskiej:).) I jak tu o tym filmie podyskutować - to co jednym się podoba, innych odrzuca i na odwrót. Dlatego jest świetny!

W moim odczuciu wszystkie kreacje poza Masłowską były conajmniej dobre.
Rzeczywiście film wzbudza skrajne emocje co przemawia za tym że każdy powinien go "zaliczyć" bo a nuż się spodoba ;)

Mi też się w sumie podobał (nie żałuję specjalnie seansu), ale to nic wielkiego i nic odkrywczego (zarówno pod względem formy jak i treści). A pojęcie "innowacyjne jak na polskie kino" od dawna mnie prześladuje. Filmy staram się oceniać niezależnie od kraju w którym zostały zrobione.

Brawa przede wszystkim za to, że Żuławskie tego kompletnie nie spieprzył, bo było wiele okazji.

O właśnie - w polskim kinie nie było takiego "offu"!

>> nic odkrywczego (zarówno pod względem formy jak i treści)

A z ręką na sercu potrafisz wskazać coś innego bardzo podobnego? :)

Znowu moje ulubione porównanie. Sugerujesz, że nasi reżyserzy mają klapki na oczach i nie oglądają filmów zagranicznych, więc cokolwiek zrobią, powinni być porównywani tylko do swoich krajowych poprzedników? Co mnie obchodzi czy ktoś w Polsce zrobił coś podobnego? Jakie to w ogóle ma znaczenie? Dla mnie zupełnie zerowe.

Moment... Przecież ja nie mówiłem o Polsce.

(Tak, grunt to poślizg w odpowiedziach ;) ).

Jakoś głupawo założyłem, że mówiłeś. Pewnie przez komentarz lapsusa "O właśnie - w polskim kinie nie było takiego "offu"!" po którym zaraz Ty spytałeś "A z ręką na sercu potrafisz wskazać coś innego bardzo podobnego? :)"

Nie wskażę "podobnego filmu" zagranicznego, ale też nie o tym pisałem. Chodziło mi o to, że tego rodzaju efekty stosowano często i gęsto w kinie. Kojarzy mi się to przede wszystkim z Lynchem, Aronofskym, częściowo z Human Traffic (narkotyczne wizje) i wieloma innymi filmami. Oglądając "Wojnę" nie miałem wrażenia "o, to coś nowego, tego jeszcze nie widziałem". Raczej było to umiejętne wykorzystanie znanych filmowych technik.
To zresztą nie jest wcale jakiś specjalny zarzut. Nikt chyba nie oczekiwał od tego filmu wyznaczanie nowych horyzontów. Takie filmy zdarzają się rzadko i przechodzą do historii.
Ot, taka uwaga, w odpowiedzi na komentarze krytyków, że Żuławski pokazał coś czego jeszcze nie było. Było i to wiele razy.

Nie wiem czy z mojego potoku słów da się wyłowić jakiś sens. Jest późno...

Tak, mi też wydaje się że Żułąwski po prostu "zabawił" się znanymi motywami i sztuczkami i absolutnie ne silił się na nowatorskość. Wszystkie sceny w Wojnie "coś" mi przypominały, ale postrzegam to za zaletę, a na pewno nie za wadę.

Zabawił się i sparodiował - wszystko, konwencję, postacie i samą Masłowską. :-) Nie wiem, czemu miałam wrażenie, że on jej wcale nie lubi. Wyciągnął na wierzch jej infantylizm, cechę negatywną, to raczej nie przejaw sympatii. ;)

Nie sądzę, żeby jej nie lubił, a przynajmniej po pokazie we Wrocławiu wyrażał się o niej z szacunkiem (takim raczej szczerym na moje oko).
A Masłowska po prostu ma taki głos. Nie wiem czy to infantylizm, może po prostu już z tym się urodziła :)

Dlaczego nie przejaw sympatii? Jak dla mnie to z ekranu wynika jednoznacznie, że Żuławski Masłowską lubi, a cały jej udzial to taka trochę zabawa. Zwracam uwagę, że Dorota to nie jakaś niemota, którą reżyser mógł pokierować tak, żeby coś tam z niej wyciągnąć i coś obnażyć. Jestem przekonany, że jej występ w "Wojnie..." jest taki, jak oboje chcieli.

Co do przetwarzania motywów z innych filmów... Ok, rozumiem, zgadzam się. Pamiętajmy, że Żuławski tapla sie w najlepsze w bagnie postmodernizmu, a my razem z nim, więc prawdziwej oryginalności na próżno szukać. Gdy mówiłem to, co powyżej mówiłem, miałem raczej na myśli połączenie klocków z właśnie takim rozłożeniem akcentów.

Ja też nie miałem wątpliwosci że Żuławski obdarzył Masłowską sporym zaufaniem, a jego stosunek do niej odebrałem jako ciepły i przychylny. Sama Masłowska w filmie bardzo przypomina tą z dostępnych powszechnie materiałów z wywiadów i zakładam ze ona po prostu "tak ma".

No cóż, gdyby mnie tak pokazał reżyser, to poszłoby na noże, ale co kto lubi - może Masłowskiej to odpowiada. :P

Ale jedno trzeba oddać gothic girl - scena gdzie śpiewa Anję Ortodox - genialna całkowicie i doszczętnie.

Warto się przejść na "Wojnę" choćby po to, żeby się przekonać, że polska kinematografia ma coś świeżego do pokazania i przekazania. To dopiero drugi film Żuławskiego i miejscami można zauważyć potknięcia, ale trzymam kciuki i z przyjemnością obejrzę nowy film tego reżysera.

Co tu gadać - polski film, który można obejrzeć nie tylko z życzliwości dla rodzimych twórców. Nie idealny, ale nie oczekuję idealnych filmów, natomiast daje poczucie, że nie darmo wyszedłem do kina. Od ładnych już kilku lat żadna polska produkcja nie przekonała mnie do siebie tak bardzo. Kciuk w górę.

Zaskakująco przyzwoita produkcja, zabawna, mocna, dużo lepsza od książki (potwierdza regułę, że ze słabych książek powstają niezłe filmy); zachowała zresztą to, co w książce najlepsze - język. Szyc świetny. Nie wiem, skąd wytrzasnęli Andżelę, ale okazała się świetną postacią. Do filmu wkrada się nuda od momentu składania zeznań przez Silnego (Masłowska w filmie to pomyłka), ale generalnie polecam. Dobrze spędzone 2h.

Ja też nie wiem skąd Żuławski wytrzasnął Andżelę, ale to jego żona :>

I co ciekawe, mi Masłowska w filmie pasowała, za to Andżela była zupełnie mierna aktorsko (choć scena jak śpiewa piosenkę Closterkeller a potem wymiotuje kamieniami jest IMHO najlepsza w filmie).

Żona?! Poważnie?! Ona jest tak paskudna, że aż piękna, ale IMHO do tej roli bardzo pasowała. ;)
A Masłowska mi przeszkadzała pewnie dlatego, że jej nie trawię w ogóle nigdzie, irytuje mnie niemożliwie jej infantylizm.

edit: Wszystko mi się poplątało, późno już...

Szłam do kina pełna obaw, jak się okazało nie potrzebnie. Można by się przyczepić do dłużyzn, zwłaszcza pod koniec, ale generalnie film dostał u mnie wysokie noty.

Rewelacja, nie spodziewałem się że w Polsce może powstać taki film. Szyc świe-tny. A Całość lepsza od Pulp Fiction.

Rozumiem, że z tym porównaniem do Pulp Fiction to żart (?)

Nie wiem dokładnie co to miało być, ale wiem, że jest to zdrowo pieprznięty film. No i z deka wybija się na tle polskich... polskiej twórczości. Fenomenalny Szyc.

Właściwie gra tu tylko Szyc, reszta to statyści.

Myślałem, że próba przeniesienia na ekran Wojny polsko-ruskiej jest skazana na porażkę, ale o dziwo, byłem w dużym błędzie. Jeśli ktoś polubił książkę, film prawie na pewno polubi również.

Zachowania i wypowiedzi bohaterów często były nielogiczne, ale przyznam że parę ładnych dialogów bogato przeplatanych k**wą miło było usłyszeć. Co do efektów specjalnych to widząc nierealne rzuty ludźmi w dal w wykonaniu Silnego zastanawiałem po co w tym filmie takie efekty? Ten film był troche jak sen - brak logiki.

silny pozytyw

Bardzo nierówny film. Ostatnie pół godziny tak jakby na siłę doklejone do opowieści. Natomiast pierwsze 45 minut, to genialny, surrealistyczny obraz rzeczywistości, w której żyjemy.

Za pierwszym razem mi się średnio podobało. Ale za drugim, odpowiednio "nastrojony", doceniłem bardziej. Wciąż co prawda uważam, że film jest nierówny, miejscami niesmaczny, a rola Szyca przereklamowana, ale z drugiej strony drugiego równie pojechanego filmu w naszej kinematografii ze świecą by szukać.

Mnie w tym filmie nic specjalnie nie zażenowało. A nie jest tak, że nic mnie nie jest w stanie zażenować w kinie (patrz moja recenzja "Borata").
Film ma dość ciekawą (chociaż na pewno nie oryginalną, jeśli weźmiemy pod uwagę kino światowe, a nie tylko rodzime podwórko) formę i podejmuje próbę wykonania czegoś bardzo trudnego -- przeniesienia na ekran bardzo specyficznej literatury Masłowskiej.

Jedyny problem widzę w tym, że... nie bardzo wiem po co. Tak jak nie wiedziałem np. po co Wajda ekranizuje "Zemstę". Po jeśli tylko po to, żeby powstała ekranizacja, to nie jest to dla mnie wystarczający powód.

A ja wiem "po co". Żuławski wprowadził porządek w młyn poetyckiej logorei Masłowskiej.

Cóż, słowo pisane ma tę przewagę, że uruchamia indywidualną wyobraźnię, natomiast film narzuca bardziej jednoznaczną wizję. Bajkowy wymiar w książce być może nie przeszkadza, natomiast gdy widzę sceny a la Asteriks i Obeliks (Silny podrzuca w górę kilkadziesiąt osób), to to do mnie nie trafia.
Przyznaję, że Wojny.. nie czytałem i może dlatego nie wszystko było dla mnie jasne, ale chyba film powinien bronić się sam. I jako taki (odrębne dzieło) go tu oceniam.

To racja. Nie zrozumiałem potrzeby tych scen, gdzie Silny pokazuje swoją siłę. Tez wydało mi się to komiksowe i niepotrzebne.

Komiksowe jest pół tego filmu, jeśli nie więcej, więc ciężko o krytykę konkretnej sceny. Zresztą powiem więcej: to jest taki film, którego w zasadzie analityczna krytyka się w ogóle nie ima. Nie widzę zasadności rozgrzebywania go i stwierdzania: ta scena ok, tamta do wywałki. To jest jakaś taka płynna całość, którą albo można w całości zaakceptować, albo w całości odrzucić. Fakt, że ciężko się zdecydować na nastawienie wobec "Wojny..." (w moim podsumowaniu ENH na Ofilmie wyróżniłem ją nawet jako "Najtrudniejszą do oceny"), ale jeśli chodzi o pytanie "po co?", to... cóż, "Zmesta" to klasyk, który już filmowano i wystawiano, dlatego kolejna ekranizacja po bożemu przez Wajdę nie miała sensu. Ale "Wojna..."? Jak się okazuje, całkiem nieźle sprawdza się w świecie kina, a nawet -- jeśli brać pod uwagę werdykt jury na ENH -- może zostać zrozumiana przez obcokrajowców. Więc dlaczego nie?

Może przerazić. Zmusić do myślenia. Dla mnie zbyt bezpośredni i daleki od doświadczeń. Film dynamiczny, szybki.

Nie jestem fanką tego filmu. Dźwięki, obrazy, intensywne kolory, dosłownie bombardują biednego widza, który próbuje podejść do odtwarzacza aby ukrócić swoje cierpienie.

Czy ktoś wytłumaczy mi o co chodzi w Wojnie polsko-ruskiej? Nie czytałem książki, więc nie mogę wypowiedzieć się co do tego, jak dobrze Żuławski przeniósł ją na taśmę filmową. Za pierwszym obejrzeniem zauważyłem tylko przerysowane postacie, chaos fabularny i natrętny autotematyzm. Próbowałem obejrzeć ten kultowy film jeszcze raz, ale nie dotrwałem nawet do połowy. Tylko Borys Szyc się broni, ale sprawia wrażenie równie zdumionego fabułą, jak widz.

Bez przesady z tą kultowością. Kultowy to jest Rejs czy Miś, ale nie film sprzed dwóch lat przecież, zresztą bardzo różnie oceniany przez publiczność i recenzentów.

Mnie urzekło to szaleństwo jakie wprowadził na ekran Żuławski i posklejał to jakoś w całość, mimo dość szalonej formy jaką obrał. Za czucie filmowego języka rispekt.

Też nie czytałem książki, ale czuję że poczułem jej ducha przez film (zresztą pojawienie się w filmie Masłowskiej raczej oznacza, że autorka w pełni tę ekranizację zaakceptowała).

O co chodzi? O portret społeczeństwa w krzywym zwierciadle. Taki uaktualniony Gombrowicz :)

Nie wiem tylko na ile Masło jest elastyczna - np. Sapkowski ma podejście rzemieślnika i w imię tego przełknie każdą partaninę ekranizacyjną, a ma biedak co...

Czy "różnie oceniany" oznacza, że ktoś jednak zgadza się z moją opinią na temat tego filmu? ;-)

Gombrowicz jednak zajmował się bardziej ponadczasowymi tematami, a poza tym "wielkim poetą był". Nie mogę się zgodzić z tym, że Wojna polsko-ruska to uaktualniony Gombrowicz, bo to jakby przyłożyć temu wybitnemu artyście w twarz.

Nie zrównuję Masłowskiej z Gombrowiczem :)
Chodzi mi bardziej o tematykę niż formę czy kunszt literacki.
Tzn tym bardziej nie zrównuję, że nie czytałem Masłowskiej.
Ale mogę powiedzieć parę słów na jej temat.

Czytałam książkę i nie jestem fanką, widziałam film i szybko chciałam o tym zapomnieć. Żuławski w tym filmie zrobił wszystko, czego w kinie nie znoszę, w dodatku przemielił szaleństwo przez polską najgorszą przaśność i prowincjonalność. Ale grafomanii literackiej nie da się po prostu dobrze przenieść na ekran filmowy. Podobnie nie wyobrażam sobie np. sensownej ekranizacji Lubiewa.

Mnie książkę też czytało się ciężko, za to film obejrzałem z duża przyjemnością.
Żuławski poszedł na całość przekładając powieść dosłownie i realizując dość szaloną koncepcję. Cały film zdawał mi się balansować na granicy pretensjonalności i kiczu, ale wg mnie ani razu tej granicy nie przekroczył, a do tego owe balansowanie wydało mi się w pełni zamierzone.
Niektóre sceny, szczególnie z pierwszej części filmu znamionują duże czucie filmowej formy przez Żuławskiego i czekam z niecierpliwością na jego kolejny film. W poczekalni natomiast obejrzę sobie świeżo zakupione DVD z Chaosem :)

Niestety moim zdaniem film ten zdecydowanie przekroczył granicę kiczu. Obrazy, barwy, dźwięki bombardujące widza z ekranu.Ta forma ekspresji reżysera zupełnie do mnie nie przejawia.

Czy film ten jest portretem części Polskiego społeczeństwa? Pewnie tak, ale podanym w formie dla mnie kompletnie zaburzającej odbiór.

To jest portret genialnie nieudolnej polskiej kinematografii :P

Na tle tej nieudolnej kinematografii "Wojna" to arcydzieło. A jeśli idzie o kicz, to tak jakby "Dzikości serca" zarzucać kiczowatość. Ten film operuje taką estetyką i albo się to komuś podoba albo nie.

Masłowska jest powszechnie porównywana z Gombrowiczem, ale nie tylko ze względu na wybierane tematy ile (przede wszystkim) ze względu na sprawność w posługiwaniu się językiem. Osobiście uważam, że te porównania robią Masłowskiej krzywdę, a to dlatego, że w konfrontacji z Gombrowiczem musi przegrać. To jednak że nie jest tak dobra jak Gombrowicz nie oznacza, że jest zła. Jak na dzieło 17-latki "Wojna polsko-ruska" jest genialna, jest zręczną zabawą konwencją, karkołomną, a jednak całkiem udaną próbą napisania poezji językiem tępego karka z blokowiska. Cała "Wojna..." jest przecież w gruncie rzeczy opowieścią Silnego i jako taka ma prawo być przerysowana (Silny nie jest specjalnie subtelny) i niespójna (Silny jedzie cały czas na ostrych dragach).

Mi się Wojna.. przy pierwszym obejrzeniu nie podobała, bo irytowała mnie przaśność i obciachowość niektórych żartów. Ale za drugim razem podeszła mi dużo lepiej. Nie żebym padł od razu na kolana, ale doceniam oryginalność koncepcji żuławsko-masłowskiej, smaczki w pojedynczych zdaniach, miejscami niezły humor. Nie traktowałbym tego filmu jako rzetelnego obrazu środowiska, raczej jako zabawę słowem całkiem zdolnej nastolatki.

Skoro cała Wojna polsko-ruska jest opowieścią Silnego, to czemu w niektórych scenach (przesłuchanie, szkoła...) sama Masłowska przejmuje rolę narratora? I co na boga mają znaczyć ujęcia z jej mieszkania?

Tak, dokładnie tak (przynajmniej jeżeli chodzi o scenę na policji), jest w książce. Nawiasem mówiąc ten fragment jest najlepszym w całej powieści, a w filmie został spartaczony. Zresztą, zatrudnienie Masłowskiej to jakaś pomyłka, sepleni i szeleści, trudno zrozumieć co mówi. Ekranizacja jest niezwykle wierna.
Dla mnie to zachwianie realnością, a może poczuciem bohaterów o jego rzeczywistości, przedstawionego świata ratowało powieść. Broniło autorkę przed oskarżeniami o nieprawdziwość. Wszystko co widzimy w "Wojnie polsko-ruskiej" to nie jest rzeczywistość, to konstrukt myślowy, stworzony byt, żyjący własnym życiem. Nawias jaki tworzą te sceny usprawiedliwiają. Silny nie mówi jak dres. Warstwa językowa, która w książce odgrywa decydującą rolę nie jest autentyczna, taki człowiek jak narrator by tak nie mówił. Masłowska zatrzymuje się w pół drogi między przejęciem sposobu mówienia od subkultury dresów, co pewnie by zmieniło całą narrację, a spojrzeniem z zewnątrz. Silny łączy w sobie cechy intelektualisty i prostaka. Bez przedstawienia go jako istoty teoretycznej śmierdziało by na kilometr fałszem, bo ta powieść charakterystyką środowiska nie jest.

@inheracil: Zgadzam sie. Pomysł że to jest prawdziwa spowiedź dresa jest kuriozalny. To opowieść Masłowskiej, używającej twórczo blokowej nowomowy. Po co? Moim zdaniem głównie dla zabawy językiem. Masłowska nie mówi nic istotnego o życiu czy Polakach, bo, jakkolwiek brutalnie to zabrzmi, w wieku 16-17 lat nie ma się za wiele odkrywczego do powiedzenia o życiu (czy Polakach).

@ zuber: Oj, to chyba nie aż takie trudne. Silny jest bohaterem książki, a nie rzeczywistą postacią. Wszystko jest opowieścią Masłowskiej, opowiadającej historię Silnego. W filmie jest przecież nawet taki wyraźny fragment, w którym Masłowska pisze na maszynie słowa, które Silny na bieżąco wypowiada.

Tak dokładnie jak pisze doktor pueblo - historia Sinego jest tak naprawdę historią opowiadaną przez autorkę, stąd też pojawia się w książce - taki punkt kulminacyjny(swoją drogą w książce jedyny naprawdę fajny moment), odpowiedź na WTF, które miało się na ustach przez większą część książki.
Natomiast jeśli nawet ta książka ma być specyficznym konstruktem myślowym, popisem zabawy erudycyjnej nowym językiem, częściowo charakterystycznym dla pewnej subkultury, to jest to popis jednak marny, tzn. niezły jak na 17-latkę, ale słaby ogólnie, bo po pierwsze dlatego, że nie oddaje w 100% języka dresiarzy, po drugie faktycznie ta historia o niczym nie mówi. Płytkość prób charakterystyki czegokolwiek w kontekście społecznym zaś u Masłowskiej wychodzi przede wszystkim w późniejszych jej dziełkach (Między nami dobrze jest vs proza Sylwii Chutnik).
Żuławski w filmie bombarduje widza niesamowitym kiczem, większym niż ma książka, bo obraz jednak ma większą siłę oddziaływania niż samo słowo pisane. Porównajcie Tlen z Wojną..., gdzie mamy zabawy konwencją, oba filmy grafomańskie i kiczowate, a jednak Wyrypajew prawie w ogóle nie irytuje.

No właśnie, ja też uważam, że coś co może przejść w książce, może razić gdy zostanie przeniesione na ekran, jak np. rozmowa Silnego ze swoim przyrodzeniem, czy scena wymiotowania na cały pokój. Dla mnie to były sceny niesmaczne.

Nie czuję się na siłach, żeby wypowiedzieć się o całej twórczości Masłowskiej, bo jej nie znam. Ale "Paw królowej", za który dostała Nike, jest zgrabnie napisany. I znowu, może Nike jest na wyrost (podobnie jak porównania do Gombrowicza), ale zupełnie talentu Masłowskiej odmówić nie można. Niepotrzebny tylko ten szum koło niej, który raczej jej szkodzi, niż pomaga się rozwijać.

Dla mnie surrealistyczny womit był niezły. Właśnie takie sceny stanowią o wyrazistej poetyce filmu. Tak samo rozmowa z penem nie jest niesmaczna tylko groteskowo-kiczowato- śmieszna. Dla mnie. Mnie Żuławski nie irytuje. Dlaczego ma irytować? Tętni, pulsuje, żyje - taki jest ten film. Skądinąd "Tlen" to świetny punkt odniesienia. Oba filmy wrą, wirują od emocji. Jak ktoś nie czuje tego, to trudno, to sprawa nastawienia. A co kształtuje to nastawienie? Myślę, że nastawienie do Masłowskiej jest kreowane przez panie bibliotekarki i panie od polskiego. Bo język Masłowskiej nie ma naśladować języka dresiarzy, ale jest próbą poetyzacji tego języka, próbą oryginalną i jedyną; dla mnie to taki "dresiarski lingwizm". Udany, nieudany? Po co? dlaczego? I widzę to tak, że dobrze, że Żuławski nie zanurzył się w tej poetyckiej logorei tylko poczuł wibracje i oddał je. Ale jak ktoś tego nie czuje... Próby zrozumienia czemu tak, a czemu siak są generalnie gu...zik warte. Można się poddać, można pokręcić noskiem i powiedzieć: "Ale badziew".

Bo język Masłowskiej nie ma naśladować języka dresiarzy, ale jest próbą poetyzacji tego języka, próbą oryginalną i jedyną; dla mnie to taki "dresiarski lingwizm".

Odbieram to dokładnie tak samo i dokładnie w tym widzę największą oryginalność Masłowskiej. Samo naśladowanie języka dresów byłoby łatwe i mało twórcze. Masłowska spróbowała czegoś więcej.

Taki bardzo "polski", dzisiejszo "polski" to film. Kolorystycznie, werbalnie. Jako ekranizacja wyszło całkiem nieźle, nie wydaje mi się, by ktokolwiek mógł to zrobić lepiej.

Życiowa rola Borysa Szyca.

Ostra jazda daje radę.

ani trochę nie rozumiem tego filmu:)

Efil
Nietutejszy
bartje
beznazwybez
AgaL
dag
dag
MureQ
asia1298
jakilcz
jhsdsdkf