Do utraty sił

Data:
Ocena recenzenta: 6/10

Ali, Fighter, Człowiek ringu czy wreszcie kultowe Rocky oraz Wściekły byk to z pewnością tytuły, które od razu przemykają przez głowę gdy zestawimy razem słowa "boks" i "kino". Po seansie Do utraty sił jestem pewien, że i dla tej produkcji znajdzie się dobre miejsce, choć do tych najlepszych jej trochę brakuje. Historia jest typowa, przedstawia pięściarza, który jest mistrzem świata, ale w wyniku fatalnych okoliczności traci rodzinę, kończy karierę, spada na samo dno, gdzie w spokoju może skupić się na alkoholu, używkach i próbach samobójczych. Jednak znajduje mentora, motywację i postanawia wrócić na ring w błyskach fleszy. Brzmi znajomo? Oczywiście, ale nic w tym złego, tym bardziej, że reżyser Antoine Fuqua doskonale sobie radzi z tymi utartymi schematami, dając nam - widzom kawałek solidnego kina.

Przede wszystkim warto pochwalić film od strony technicznej. Jak powszechnie wiadomo, Antoine Fuqua jest sprawnym reżyserem, który specjalizuje się w brutalnym kinie akcji. Każdy widz obeznany z jego twórczością z pewnością znajdzie w tym dramacie sporo satysfakcji, szczególnie doskonale widać to w scenach walk bokserskich. Są dynamiczne, pełne świetnych ujęć (szczególnie tych z pierwszoosobowej perspektywy) i trzymają w napięciu, co w połączeniu z charakterystycznym klimatem wielkich gal bokserskich potrafią wcisnąć w fotel jak mało co. Na plakacie zaraz pod tytułem widnieje tagline: "prawdziwa walka rozegra się poza ringiem", co w tym przypadku ma odzwierciedlenie w filmie. Faktycznie poza nim tragedie i dramaty mnożą się szybciej niż guzy bokserów podczas walki.

Billy Hope (Jake Gyllenhaal) jest człowiekiem który sporo przeszedł. Żył w niebezpiecznej dzielnicy skąd trafił najpierw do sierocińca, a później do więzienia. Wydawać by się mogło, że boks wyprowadził go na prostą umożliwiając normalne, godne życie. Ma też duże oparcie ma w rodzinie, a szczególnie w żonie (Rachel McAdams) bez której nie poradziłby sobie w życiu, to ona trzyma go w garści, motywuje przed walką i okłada lodem zaraz po niej. Gdy umiera w tragicznych okolicznościach, Hope zastaje piekło na ziemi. Totalnie bez walki poddaje się tracąc też opiekę nad swoją córką. To właśnie relacja z córką powinna być najważniejsza w tej historii, ale potraktowana jest zdawkowo i szkoda, że reżyser Dnia próby nie pokusił się o jej rozwinięcie, czy też odejście od oklepanych już sto razy schematów. Podobne pretensje można mieć do właściwie każdego wątku, bo ileż to już razy oglądaliśmy wspaniałe powroty. Trochę zabrakło odwagi i kończącego nokautem ciosu. Tym bardziej, że scenarzystą jest Kurt Sutter (Synowie Anarchii), który nie należy do tych, którzy oszczędzają bohaterów.

Z pewnością największą zasługą jest obsada na czele z nieźle przypakowanym Jake'em Gyllenhaalem, dla którego to kolejna bardzo dobra rola. Gość zadziwia wybierając role trudne i choć w roli boksera mógłby zluzować, to tego nie robi. Wręcz przeciwnie, fizycznie się zmienia, a musiał ostro pracować, by z wymoczka (Wolny strzelec) stać się gladiatorem, innymi słowy jest całkowicie wiarygodny. Choć mocno bym przesadził gdybym powiedział, że powalczy o Oscara z pewnością ta rola zostanie w pamięci niejednego widza. Aktorsko wspomaga go Forest Whitaker, który jak to on, nie schodzi poniżej swojego poziomu, oraz Oona Laurence wcielająca się w córkę Hope'a. Relacja na linii ojciec - córka jest kluczowa i postarano się, aby była naturalna i niosła odpowiednią dramaturgię, a młoda aktorka sprostała wyzwaniu.

Można by się zastanawiać, jak film zostałby odebrany, gdyby nie chemia pomiędzy wszystkimi aktorami. To w decydującej mierze oni niosą go na swych barkach. Fuqua poradził sobie z całą historią i wybrnął z niej obronną ręką, co potwierdza fakt, że ma fach w rękach. Do urtaty sił nie oferuje niczego nowego, ale ogląda się go z zainteresowaniem nawet wiedząc dokąd to wszystko zmierza. Udowodnił też, że boks jako dyscyplina doskonale pasuje do świata filmu, tym bardziej gdy obok walki na ringu pojawia się walka z przeciwnościami poza nim.

Zwiastun: