Filmy, do których wracam wciąż i wciąż...

Data:

Ostatnio obłowiłam się dość znacznie, buszując po kioskach i wyławiając dobre filmy dodawane do gazet. A że lepiej mi idzie polowanie, niż oglądanie liczba nieprzejrzanych DVD-ków powoli zbliża się do dwudziestu. Jednak kiedy najdzie mnie ochota na dobre kino, często zamiast pracować nad rozładowaniem kolejki sięgam po stare, zszargane płytki. To właśnie lista filmów, które pomimo wielokrotnego obejrzenia wciąż mi się nie nudzą. Nie są to najlepsze filmy, jakie posiadam. Patrząc na średnie oceny kilka z nich obiektywnie nie jest nawet filmami bardzo dobrymi. Ale wszystkie mają w sobie jakąś magię.

1. Skazani na Shawshank
Ten film to absolutny rekordzista, jeśli chodzi o liczbę "oglądnięć". Historia Andy'ego Dufrence'a za każdym razem wciąga mnie jak magnez. Końcówka za pierwszym razem mnie powaliła, a i za dziesiątym czekam na nią w napięciu. Scena na plaży jest trochę kiczowata, ale uwielbiam ją. Może te wysokie oceny film otrzymuje trochę "na wyrost" (jak sugerowało kilku filmasterów), ale dla mnie to jeden z najlepszych obrazów, jakie widziałam. I tylko ciągle szkoda mi Freemana, zagrał wspaniale, ale nikt nie potrafiłby pokonać w walce o Oscara Toma "Forresta" Hanksa.

2. Ben Hur
Jak powiedziała moja mama po obejrzeniu tego filmu "najbardziej hollywoodzko kiczowata końcówka, jaką znam". I to prawda, ten film jest trochę kiczowaty, ale przy tym jest świetnie zrobiony, nagradny w pięknych plenerach, a do tego bohater z syndromem Hrabiego Monte Christo należy do moich ulubionych typów postaci literackich czy filmowych. Przyznajmy - film ma 11 Oscarów i większość mu się należała, choćby za fenomenalną scenę wyścigu rydwanów.

3. Buster
Ten film to dla mnie jedna wielka zagadka. Romansidło - a ja romansideł nie trawię. Niby komedia, ok, kilka tekstów jest naprawdę dobrych, początek filmu mnie powalił, ale na komedię to zdecydowanie za mało. Na film akcji, tej akcji jest tyle, co kot napłakał. Świetna muzyka, ale ten argument nie może podtrzymać całej wysokiej oceny obrazu. Aktorstwo dobre, ale nie oscarowe. Nawet nie chodzi tu o moje nastawienie do niego, bo przed pierwszym seansem było ono mocno krytyczne. Właściwie, rozmawiając z jakimkolwiek miłośnikiem kina nie umiałabym obronić tego filmu. A jego mimo to coś w nim takiego jest, że go uwielbiam. Nie mam pojęcia dlaczego, nie każcie mi się tłumaczyć, ale Buster jest kapitalny :D .

4. Mój brat niedźwiedź
Dla sporej części filmasterów to film przeciętny, w porywach niezły. Dla mnie to najlepsza animacja Disneya od czasu Króla Lwa. Uwielbiam technikę rysowania zastosowaną w tym filmie (zwłaszcza plenery), uwielbiam maksymalnie naiwną fabułę i humor tego obrazu (łosie z tego co wiem chwalą wszyscy ;) ). A nade wszystko uwielbiam fantastyczną muzykę. Zastosowanie Bułgarskiego chóru żeńskiego do odśpiewania jednej piosenki, tak, aby wyszła bardziej klimatycznie to chyba jeden z najbardziej szalonych muzycznych pomysłów wytwórni. I wiecie co? Sprawdził się doskonale. Ja Brata Misia kocham, niezależnie od opinii reszty świata.

5. Asteriks i Obeliks - Misja Kleopatra
To dziełko to mój sztandarowy odpędzacz chandry. Humor w nim nie jest może najwyższych lotów, ale kilka scen nieodmiennie doprowadza mnie do radosnego rechotu. Poza tym jako dzieciak uwielbiałam Asteriksa, więc mam do niego sentyment. Ten film to tylko prosta, lekka komedyjka, ale każdemu potrzebna jest czasem godzinka niezobowiązującego śmiechu. Na marginesie - to, co Polacy zrobili z tym obrazem, to mistrzostwo. Wierzbięta wzbił się na wyżyny geniuszu, a aktorzy dubbingujący zagrali wyśmienicie (zwłaszcza Pazura - ten facet jest stworzony do dubbingu).

6. Raport mniejszości
Sensacja/science fiction/kryminał oparty na prozie Philipa K. Dicka. Doskonały przedstawiciel swojego gatunku - napięcie dozowane umiejętnie, aktorstwo przyzwoite (chociaż Cruise nigdy nie był mistrzem subtelnej gry), fabuła bardzo dobra, zakończenie odpowiednio zaskakujące. To tylko sensacja, ale sensacja najwyższych lotów. Poza tym jak dla mnie bardzo dobrze przedstawione miasto przyszłości - tak właśnie może to wyglądać za 50-100 lat. Nowoczesna technika swoją drogą, ale nadal istnieć będą przedmieścia z domkami jednorodzinnymi i placami zabaw na podwórkach.

7. i 8. Chicago i Żądło
Te filmy wyliczam nieco pozakonkursowo, bo mam je od niedawna i jak dotąd obejrzałam tylko raz. Ale już wiem, że dołączą one do mojej listy zamęczanych DVD-ków. Chicago za muzykę (Cell Block Tango nucę sobie od paru tygodni) i stepującego Gere'a, natomiast Żądło za fantastyczną fabułę i za to, że był pierwszym filmem o cwaniaczku robiącym grubą rybę w konia (kolejny motyw, za którym przepadam.

No i tyle - taki mam gust filmowy. Nie jest może najbardziej wysublimowany, ale odpowiada mi. A teraz idę odkurzyć półkę z DVD - może w końcu dla odmiany obejrzę coś nowego...

Bardzo dziwny wybór. Jedyny film z tej listy, który uważam za chociażby dobry to Żądło.

Moja lista wyglądałaby zupełnie inaczej. Na pewno znalazłoby się tam kilka polskich klasycznych komedii jak Rejs, Miś, Wniebowzięci czy Rozmowy kontrolowane. To mogę oglądać przy każdej okazji.

Z zagraniczniaków mogę oglądać dowolną ilość razy filmy Jarmuscha i Kieślowskiego oraz... Pulp Fiction.

Mogę też oglądać dowolnego starego Allena bo lubię a i tak zapominam od razu fabułę po obejrzeniu.

I jeszcze Brazil.

To chyba tyle :)

Hehe - Wiem Michuk - już dawno zauważyłam, że wolisz kino ambitniejsze ;) Z polskich komedii najbardziej lubię Seksmisję, ale obejrzałam ją już za dużo razy. Poza tym to filmy, które mam na DVD, a paru ulubionych mi brakuje.

Na marginesie - jak mam chęć na coś ambitnego, raczej szukam tego po książkach - kino ma mnie bawić, więcej zazwyczaj od niego nie wymagam.

Eetam, "Wniebowzięci" ambitniejsi? :P Come on :). Dla mnie kino to też rozrywka. Tyle, że nie bawią mnie po prostu te same rzeczy co Ciebie. Asterix i Obelix...? Wolę pokodować Filmastera niż tracić czas na takie bzdury :)

Chciałbym więcej czytać... ale na książki mam bardzo mało czasu. Wybieram tylko te najlepsze, głównie klasykę, oraz najlepsze współczesne, po jednym autorze z danego kraju (np. Węgry-Marai, Turcja:Pamuk, RPA:Coetzee, etc). A film... Film to tylko półtora godzinki a opowiada całą historię. W sam raz na wieczór.

PS. Właśnie się złapałem, że zaliczyłem Kieślowskiego do "zagraniczniaków". Może dlatego, że myślałem głównie o Trzech Kolorach...

Właśnie też się zastanawiałam, gdzie ostatnio Kieślowski wyemigrował ;)

Przejrzałam Twoje oceny - Equilibrium lubię, Pretty Woman lubię, Zieloną Milę lubię, Upiora w operze lubię. Za to Ojciec Chrzestny jest dla mnie przereklamowany (książka też mnie nie porwała). Mamy różne gusta, nie pobijemy się chyba o to ;) .

A Asteriks? Wiem, że to nie jest ambitne kino, ale bawi mnie (tylko ta cześć - pierwsza była nędzna). Uznałam, że mój dobry smak nie dozna zbyt wielkiego uszczerbku, jeśli polubię jedną głupawą komedię. Poza tym od czasu Hrabiego Monte Christo mam słabość do Depardieu a jako Obeliks z warkoczykami wygląda pięknie :D

Jeśli chodzi o kulturę nie cierpię dwóch rodzajów ludzi:
1. Ustawiających sobie na półce całego Prousta i Szekspira, a kiedy nikt nie patrzy podczytujących Harlequiny. (Innymi słowy - udających, że mają "lepszy smak" niż w rzeczywistości)

2. Uważających się za lepszych/inteligentniejszych ode mnie, ponieważ słuchają innej muzyki/czytają inne książki itp. Miałam takiego jednego cwaniaczka w podstawówce. Fan ostrego rocka potrafił zmieszać z błotem każdą muzykę, która mu nie pasowała ( i to tak, że rozmówca miał ochotę wyrzucić wszystkie swoje płyty/kasety do śmietnika). Do dzisiaj przez niego niezręcznie mi się mówi o swoich ulubionych płytach, mimo że muzyka to moja największa pasja i nie wyobrażam sobie dnia bez włączonego radia.

A poza tym uważam, że każdy ma prawo lubić to, co lubi nawet jeśli artystycznie pozostawia to wiele do życzenia ;)

Mam nadzieję, że nie wzięłaś sobie do siebie czegoś co napisałem. Tak samo uważam, że każdy ma prawo (a nawet obowiązek :P) śmiać się i bawić przy tym co mu się podoba, a tego typu pozerstwo o którym piszesz również mnie mocno mierzi (choć sam chciałbym mieć na półce całego Prousta :P).

Szczególnie jednak w kwestii komedii oraz filmów wywierających silne emocje trudno wartościować i nazywać coś kiepskim/świetnym w ogólności, w oderwaniu od prywatnych gustów. Wniebowzięci to pewnie w uśrednieniu nie jest lepsza ani gorsza komedia od Asterixa. A że ja patrząc na Himilsbacha i słuchając Maklakiewicza sikam ze śmiechu (cholera, już drugi raz dziś użyłem tej frazy, muszę wzbogacić słownictwo), a na Asteriksie zasmucam się zażenowany, to tylko moja sprawa i mój problem :)

PS. Skazani na Shawshank to szmira!!! :P

Eeee tam - musisz się bardziej postarać , żeby mi dogryźć :P A Prousta bym chciała przeczytać, Bibionetka mi go poleca z uporem maniaka.

PS. Tarantino to szmira!!! (przynajmniej Kill Bill) :P

"PS. Tarantino to szmira!!! (przynajmniej Kill Bill) :P"

Za pierwsza zdanie powinnaś dobrowolnie poddać się najgorszym torturom a'la siedzenie na WYGODNYM fotelu opierając się o MIĘKKĄ poduszkę.

A drugie to akurat przypadkowo prawda :)

A właśnie zastanawiam się, jakby tu przyjemnie spędzić noc i mam wybór pomiędzy Patchem Adamsem, Gwiezdnymi Wrotami, Znachorem, a Pulp Fiction... :D Mam nadzieję, że to ostatnie ma w przeciwieństwie do Kill Billa coś, co można nazwać FABUŁĄ :P

Złożoność historii w Kill Billu przebił tylko drugi Mission Impossible.

A tak przy okazji - zaczyna się niezły offtop (nie, żeby mi przeszkadzał) :D

Edit - dobra - oglądam to Pulp Fiction. Z napisami. A w pierwszym dialogu ort jak byk. Oj nie nastawiają mnie pozytywnie do tego filmu ;)

Ale widzę, że nie są to te filmy, które masz w profilu ocenione najwyżej?

Wydaje mi się, że moja lista też nie składałaby się z samych wysoko ocenionych. Są takie, które obracają się wokół jakiegoś fascynującego mnie tematu, ale zdecydowanie nie są dobre ("W paszczy szaleństwa"). Albo są dobre niezależnie od tego ("Prestiż", "Pi", "Blade runner"). Natomiast niektórych doskonałych filmów po prostu nie jestem w stanie znieść częściej niż raz na dekadę - po "Requiem dla snu" miałam takiego kaca, że nie chcę go oglądać jeszcze przez parę lat.

Inną sprawą jest, że nie lubię wracać często do filmów, bo one się "zużywają" i po drugim-trzecim razie cieszą już mniej. Wolę raczej pamiętać, że mi się coś podobało, niż obejrzeć powtórnie i odkryć, że to wcale nie takie fajne.

Nie są oceniane najwyżej, bo te ocenione najwyżej, albo są, tak jak mówisz, na raz (Rain Man, Lista Schindlera), albo naoglądałam się już ich zbyt wiele razy i póki co mi starczy (Shrek), albo zwyczajnie ich nie mam (buuu - ja chcę Cienistą dolinę ;) )

Ewentualnie "Skazanych" i "Żądło" można obejrzeć od czasu do czasu,ale reszta to filmy niezbyt kultowe, rzemieślniczej roboty i bez duszy. Dobre na jeden raz , a niektóre nawet jeden raz trudno obejrzeć. Takiego Misia, czy Pulp fiction można oglądać po kilkadziesiąt razy i za każdym razem inaczej odebrać.

"Ojciec chrzestny" przereklamowany?. W tamtym czasie nie wkładano wielkich pieniędzy w reklamę.A co do "Kill Billa" to ten film jest wybitnym pastiszem kina kopanego i spaghetti westernów. Tarantino w swoim fachu jest wirtuozem.

Ja nie mówię o reklamie jako o trailerach w telewizji czy plakatach. Ja mówię o tym, jak się obecnie go traktuje. Zgodzę się z jednym - aktorstwo jest fenomenalne (zresztą Al Pacino jest jednym z moim ulubieńców). Muzyka też. A poza tym? Z gangsterskich filmów zdecydowanie wolę Człowieka z blizną.

"To,że nie każdy potrafi dostrzec autentyczny geniusz tego dzieła to już inna sprawa."

Proszę Cię, takich argumentów to ja się raczej na Filmwebie spodziewam.

Nie będę udawać, że jestem czymś zachwycona. jeśli "tylko" mi się podobało i nic więcej.

A czy Ben Hur jest kultowy, czy nie... Wyścig rydwanów jest jedną z lepiej rozpoznawalnych scen tamtego kina, a że film kiczowaty - takie czasy, taki obraz.

Napisałam sobie tę czytatke tylko po to, że pochwalić kilka lekkich filmów które lubię (nie uważam za wybitne - lubię i tyle), a zaczyna się tu robić burza w szklance wody :/ .

PS. Jedziez po tych filmach, jedziesz, jedziesz, a widzę, że Raport mniejszości oceniony wyżej niż u mnie

"Raport" to świetny film, ale nie obejrzałbym go więcej razy. A z tym dziwnym zdaniem to masz chyba rację. Spłynęło sobie do rynsztoku :).

Chyba jasne jest, że nie da się często wracać do "21 gramów" czy do "Pianisty" albo innych ciężkich filmów. Nie znaczy to, że się do nich nie wraca, ale jednak się są chyba przez nikogo oglądane nalogowo (nie mówię tu o przyszłych nabywcach antydepresantów). Częsiej wraca się do filmów przyjemnych i lekkich niż do tych powodującyh kaca moralnego. A to czy ktoś woli boskiego Depardieu z warkoczykami czy "Pulp ficiotn" zależy tylko od gustu. Ja na przykład wracam do "Hair" i "Forresta Gumpa" ;)).

Dodaj komentarz