W lepszym świecie

Data:
Ocena recenzenta: 9/10
Artykuł zawiera spoilery!

Kiedy słyszę, że film stawia trudne pytania, czasem mam wrażenie, że chodzi o „wielką filozofię” oderwaną od mojego codziennego życia. W przypadku „W lepszym świecie” tak nie było; szłam na film „nieprzygotowana”, nie przeczytawszy nic na „imdb” ani w „Co Jest Grane”. Pytania stawiane przez jego twórców przyjmowałam więc na gorąco i rozpoznawałam jako swoje własne. Nieraz się nad nimi zastanawiałam: Jak reagować na agresję, choćby tylko tę słowną, z którą zdarza mi się zetknąć w przeróżnych miejscach: w sklepie, na ulicy, w tramwaju? Jaką sprawiedliwość można stosować, żeby powstrzymać przemoc, samemu jej nie używając – jak w przypadku, kiedy chcemy obronić słabszego? Jak ustosunkowywać się do głupoty osoby, która nie widzi, do jakiego zła może doprowadzić? Jak wychowywać dzieci (niekoniecznie swoje – bo ja akurat mam w życiorysie dość długi „wątek” pedagogiczny), żeby wyrosły na dobrych ludzi? To tylko kilka z tropów filmu Susanne Bier, ale właśnie na nich chciałam się tu zatrzymać.
Dwóch wrażliwych, zagubionych chłopców, Christian i Elias, bohaterowie „W lepszym świecie”, próbuje temu wcale nie najlepszemu ze światów wymierzyć sprawiedliwość – na swój łopatologicznie prosty sposób. Nie widzą, że tym samym ściągają na siebie nieszczęście; za to widz przeczuwa to od pierwszych scen. Oglądając ten proces reagowałam coraz bardziej emocjonalnie - do tego stopnia, że mój chłopak musiał mnie uspokajać, szepcząc „To tylko film”. Chciałam mu powiedzieć, że się myli, ale nie lubię dyskutować w trakcie seansu. Mogę spróbować to wyjaśnić teraz. Tak, zgoda, to tylko film, i to z happy endem – tyle tylko, że z genialnymi dziecięcymi aktorami, którzy pozwalają o tej filmowej umowności zapomnieć. Ale chodzi o coś więcej. Patrząc na Eliasa i Christiana i ich rodziny myślałam o tych setkach, ba: tysiącach ludzi, którzy z frustracji, bezmyślności, czasem rozpaczy, popełnili (i wciąż popełniają, i będą popełniać) różne głupstwa, które z kolei nieodwracalnie wpłyną na życie innych ludzi. Nie ma obok nich rodziców - nauczycieli, przyjaciół - którzy zechcą wysłuchać, porozmawiać o trudnych sprawach, przytulić. Którzy, przy odrobinie wysiłku i empatii, jednym prostym gestem mogliby zapobiec jakiejś tragedii. Dlatego dochodzi do strzelanin w szkołach, śmiertelnych pobić na stadionach, samobójstw wśród nastolatków. Wygląda na to, że nie ma „lepszego świata” - jest taki, jaki sobie stwarzamy: mnóstwo rzeczy się w nim komplikuje, nie układa, nie udaje. Właśnie to jest takie smutne, dlatego duński film wywołał mój płacz. Jednocześnie zapalił małe światełko nadziei: może nie jest za późno? Może nie tylko mnie (osobę bezdzietną) tak bardzo poruszyła ta historia; może jacyś rodzice pod wpływem „W lepszym świecie” zdążą się swoim dzieciom przyjrzeć i w porę zauważyć coś, co powinno wzbudzić ich niepokój?

Zwiastun:

fajna notka, nie czytałem.

ale skoro nie czytałeś, to skąd wiesz, że fajna? ;)))

Dodaj komentarz