Buszując w tataraku

Data:
Ocena recenzenta: 7/10

Na "Tatarak" wybierałam się z uczuciami co najmniej mieszanymi, bo polskiego kina, o ile nie jest to zbyt górnolotne określenie, nie lubię, a ostatnie filmy Wajdy po prostu sobie darowałam. Dodatkowo z recenzji w gazetach wyłaniał się obraz filmu ambitnego, zatem bardziej narażonego na bycie niezjadliwym. Postanowiłam jednak, że będę twarda i proszę - łaskawy los wynagrodził moje samozaparcie i obyło się bez bólu.

Niełatwo napisać, o czym właściwie jest ten film - pewna jego część to adaptacja opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza o starszej kobiecie niedwuznacznie zafascynowanej mało rozgarniętym, ale przystojnym chłopakiem. Część stanowi monolog Krystyny Jandy, rejestrowany nieruchomą kamerą w surowym wnętrzu pokoju. Całości dopełniają sceny związane z kręceniem filmu - mamy tu między innymi samego Wajdę, dyskutującego z Jandą nad tekstem "Tataraku" i przygotowującego się do roli Jana Englerta. Te trzy plany przeplatają się ze sobą, czasem się nakładając, a czasem jedynie do siebie nawiązując.

Na pierwszy rzut oka jest to ekranizacja z awangardowymi dodatkami, która trzyma się jakoś kupy dzięki sprawnej reżyserii. Jednocześnie jednak zewsząd słychać zarzuty, jakoby Wajda nagiął prozę Iwaszkiewicza - ważnym wątkiem "Tataraku" jest fizyczna fascynacja, która w filmie objawia się w sposób raczej subtelny. Można oczywiście podejrzewać reżysera o pruderię, znając jego cenzorskie zapędy wobec własnej "Ziemi obiecanej". Wydaje mi się jednak, że ten motyw został wyciszony świadomie, by uczynić "Tatarak" medytacją na temat umierania. A być może - choć nie jest to dla mnie do końca jasne - również na temat sztuki i jej bezradności w obliczu prawdziwego życia. Monologi Krystyny Jandy dotyczą śmierci jej męża, Edwarda Kłosińskiego; ich inscenizacja jest refleksyjna i stonowana, ale treść - pełna dramatyzmu. Ekranizacja "Tataraku", krzątający się po filmowym planie technicy, wydają się być zaledwie płaską ilustracją tego intensywnego tekstu.

Nie ma co ukrywać, że Janda jest tu w ogóle kartą atutową, bo zdecydowanie nie jest nią grający poprawnie Englert ani zagubiony w swojej roli Paweł Szajda. Każda jej rola zbudowana jest bardzo wiarygodnie, jest to prawdziwy popis aktorstwa, który potrafi zaangażować widza w ten fragmentaryczny film. Zdaję sobie sprawę, że zdeklarowanych kontrjandystów nie przekonam do obejrzenia "Tataraku" nawet najbardziej sążnistą recenzją, ale wszystkich, którzy choć trochę się wahają, choćby z tego jednego względu zachęcam.

Wajda nie nakręcił może filmu doskonałego, zapadającego w pamięć, ale wyszedł obronną ręką z formalnych akrobacji, co samo w sobie jest osiągnięciem. Oglądanie "Tataraku" nie tylko mnie nie znudziło, ale też dostarczyło, pomimo niewielkich zgrzytów, sporo przyjemności. Jak na polskie kino - to naprawdę dużo.

Zwiastun:

Zachęciłaś mnie, choć ja Jandę wielbię bezkrytycznie ;)

Lubię Jandę, ale akurat w tej roli rozczarowała mnie jako człowiek. Przede wszystkim tym, że zdecydowała się "zagrać" żonę swojego męża. Czy to jest kreacja aktorska??? Jak można z tragedii osobistej zrobić film? Staram się zrozumieć przesłanie i nie potrafię, bo ... jak? Śmierci najbliższej osoby nie da się zrozumieć, smutku nie można przekazać innym. To wszystko jest tak OSOBISTE, że nie do OPOWIEDZENIA. I tak jak rozumiem, że w dniu śmierci mogła pójść do teatru, tak kompletnie nie pojmuję sensu tych fragmentów Tataraku.
Co do samego filmu - mam wrażenie, że jest kompilacją niezdecydowania reżysera. Wajda chyba w pewnym momencie całkowicie się pogubił, nie wiedząc o czym chce zrobić film. Wyszedł bajzel. I cóż z tego, że być może nowatorski? Gdyby nie Janda, film przepadłby bez wieści...

A czemu właściwie interesuje Cię to czy to kreacja autorska czy rzeczywistość? Zarzut kojarzy mi się z innym, mówiącym o tym, że Wrestler nie miał "świetnej gry aktorskiej", bo Rourke rzekomo "grał jakby siebie". Obu argumentów nie rozumiem. Dla mnie film to stworzony na potrzeby widza osobny świat. Oceniam go przez pryzmat tego właśnie świata, nie jakiegoś innego, wyimaginowanego (z punktu widzenia filmu), nawet jeśli tym wyimaginowanym miałby być nasz świat rzeczywisty.

Póki nie nazywamy filmu "dokument", póty traktuję go jako wypowiedź artystyczną. I oceniam go tylko w tym kontekście.

Czy wiele by się zmieniło jakby rolę Jandy zagrała Szapołowska (zakładając, że zagra równie dobrze/źle jak Janda)?

Wytłumacz mi proszę, bo nie mogę zrozumieć tego punktu widzenia.

Gdzie napisałam, że oceniam film pod kątem prywatnych przeżyć Jandy? Ja nie rozumiem jej posunięcia, tak po prostu, jako człowiek. Po co to było? Ku pamięci? Można inaczej i nieco później. Po co taka wyprzedaż niecały rok po śmierci męża? Nie do końca sprecyzowana i przemyślana. Nie potrafię się nad tym nie zastanawiać.

Sądzę, że sama chciała zrobić to dla siebie. Podejrzewam, że aktorzy "już tak mają". W ogóle film bardzo mi się podobał. Jeśli można tak powiedzieć, prędzej - uderzył we mnie. Janda genialna i tak przyćmiła Szajdę, że już sama nie wiem czy zagrał dobrze czy źle. Właściwie nawet trudno mi ocenić jego postać.

Dodaj komentarz