Wszystkie nasze strachy

Data:

W czasie gdy siedziałam na seansie "Wszystkich naszych strachów", w Sejmie odbywało się pierwsze czytanie projektu "Stop LGBT". Film Gutta i Rondudy nie jest nośnikiem politycznych postulatów ruchu LGBT. To kameralne kino, które stroni od agresji i stara się, ze zmiennym szczęściem, dystansować od trwającej wojny kulturowej. Jednak empatia twórców sprawia, że mimo wszystko stoją oni po jednej ze stron. Dlatego właśnie, gdyby pomysły Kai Godek i jej mafii stały się prawem, "Strachy" staną w tej samej kolejce do niszczarki, co radośnie hedonistyczny "Nieznajomy nad jeziorem".

Daniel jest artystą, który mieszka w niewielkiej wsi. Jest też gejem, o czym wszyscy wiedzą. I katolikiem, który uczęszcza na spotkania tęczowej oazy. Nie jest typem odludka, chętnie udziela się społecznie, organizuje protesty na rzecz spraw rolników, bierze udział w imprezach, z każdym napije się wódki. Ma partnera, chłopaka z tej samej miejscowości, który nie jest gotowy wyjść z szafy - spotykają się na osobności. Wszystko jakoś działa. Ale pewnego dnia we wsi wiesza się 17-letnia dziewczyna. Jagoda była lesbijką i przyjaciółką Daniela. Mężczyzna bardzo przeżywa jej śmierć, pragnie zorganizować Drogę Krzyżową, by społeczność mogła się duchowo uzdrowić po tragedii. Spotyka się jednak z niechęcią i agresją, szybko staje się kozłem ofiarnym jako ten, który "coś dziewczynie nagadał" i zamieszał jej w głowie. Nikt oprócz Daniela nie jest gotowy skonfrontować się z faktami - że Jagodę zaszczuwano i pozostawiono bez pomocy.

"Wszystkie nasze strachy" to film oparty na faktach - podczas napisów końcowych możemy zobaczyć zdjęcie Daniela Rycharskiego (i jego wspaniałej babci o niewyparzonym języku), którego życiorys dostarczył inspiracji do scenariusza. Po prawdzie jednak jest to na tyle typowa historia, że mogła by zostać napisana od zera przez scenarzystę, który czyta gazety i wyzbył się wielkomiejskiej protekcjonalności. Wieś, w której mieszka Daniel, nie jest przedstawiona karykaturalnie, psychologiczne mechanizmy wyparcia winy przedstawione są dość wiarygodnie. Jeśli ktoś pada tu ofiarą publicystycznej wyrazistości, to głównie miastowi - warszawski muzealnik, który wystawia prace Daniela, oraz dziennikarze, których wprost oskarża się tu o plemienną mentalność i niezdolność do intelektualnego ogarnięcia skomplikowanych ludzkich dramatów. Stronie progresywnej i paleokonserwatystom dostaje się tutaj po równo. Bywa to zabawne, ale sprawia wrażenie dość topornej próby wypisania się z obu dominujących narracji dotyczących osób LGBT - i tej, która przedstawia je jako ofiary, i tej, która czuje się obrażona faktem, że istnieją geje nie ukrywający przed światem swojej orientacji.


Wykonanie tego gestu nie zmienia jednak faktu, że jest to film o społeczności, która od biedy toleruje jednego odmieńca (a i to do czasu), ale staje się otwarcie wroga, kiedy okazuje się, że Daniel może stać się inspiracją dla innych. Wprost obwinia go o to, że pokazuje okolicznym córkom, synom i braciom, że można żyć inaczej. Sam artysta odwołuje się do sumień, mówi o cierpieniu prześladowanych dzieci, które porównuje do cierpienia Chrystusa. Prosi po prostu, aby nie dręczyć ludzi, którzy nie chcą się już dłużej ukrywać. W dzisiejszym klimacie, gdy w publicznej telewizji z sympatią promuje się wizerunek "nie obnoszącego się geja", taka postawa równa się deklaracji politycznej. Nie ma bezpiecznego centrum, w którym można by się schronić przed podejrzeniem o stronniczość.

Krytycy na festiwalu w Gdyni podkreślali wartość "Wszystkich naszych strachów" jako filmu przedstawiającego unikalny punkt widzenia - punkt widzenia homoseksualnych katolików, którzy pragną być w Kościele, którzy przyznają się do wiary, którzy pragną korzystać z narzędzi oferowanych przez swoją religię, by dbać o siebie i swoją społeczność. Jest to niewątpliwie interesujący temat, ale jego rozwinięcie jest dokładnie, takie, jak możemy przewidywać na podstawie prasowych nagłówków. Filmowy Daniel, choć uczęszcza do "tęczowej" oazy i pozornie ma swoje miejsce w Kościele, zostaje odtrącony, gdy pragnie przeżyć swoje cierpienie w jego ramach. Jego prośby o Drogę Krzyżową zostają zlekceważone, a jemu samemu oferuje się życie w samotności, ponieważ "Jezus też był sam". To mocny głos krytyki pod adresem Kościoła, który wyklucza homoseksualnych wiernych z opieki duszpasterskiej i nie chce okazać im miłosierdzia, choć jest ono sercem jego nauczania.

"Wszystkie nasze strachy" to nie jest wybitne kino - przyznanie mu głównej nagrody na festiwalu w Gdyni świadczy chyba o tym, że sekcja konkursowa była w tym roku dość słaba. Ale kontekst z pewnością działa na jego korzyść i skłania do pospieszenia do kin. Zanim Kaja uruchomi niszczarkę.

Zwiastun: