CANNES 2021: TO NIE JEST KRAJ DLA UCZCIWYCH LUDZI

Data:
Ocena recenzenta: 7/10

Gdzie leży prawda, czym jest prawda itd. Wszystkie pytania dotyczące prawdy zadaje Asghar Farhadi w „Bohaterze” - swoim najlepszym filmie od czasów znakomitego „Rozstania”. Po trochę nieudanym flircie z Zachodem, gdy Irańczyk próbował swoje misterne dramaty wtłoczyć w rzeczywistość innego kręgu kultury, powraca do uwarunkowań, które zna i czuje najlepiej. W końcu dylematy jego bohaterów zawsze pełne były społecznych kontekstów, a ich tragizm często wynikał z tego, jak stanowione przez państwo prawa i zasady regulują sytuację jednostek w Iranie. W „Bohaterze” najważniejszą rolę drugoplanową grają system rozwiązywania sporów między dłużnikami i wierzycielami oraz realia XXI wieku, gdzie sędziami moralności zostają wszyscy z dostępem do internetu.

Siedemnaście złotych monet dzieli Rahima (Amir Jadidi) od powrotu na wolność, co pozwoliłoby mu odbudować dawne życie w nowej wersji. Mężczyzna za kratki trafił za niespłacone długi. Niegdyś ówczesny teść pożyczył mu niemałą sumę pieniędzy na rozkręcenie biznesu, by młoda para miała szansę na dobry start. Nic takiego się jednak nie wydarzyło. Biznes się nie udał, fundusze przepadły, małżeństwo się rozpadło. Nie mogąc rozliczyć się z pożyczkodawcą, Rahim zgodnie z obowiązującym w Iranie prawem trafia do więzienia i pozostanie tam, dopóki jego zobowiązania nie zostaną uregulowane. Wolność dłużnika leży w rękach i dobrej woli tego, któremu jest winien pieniądze. Po trzech latach odsiadki Rahim wychodzi na 2-dniową przepustkę, by spróbować odzyskać zszarganą reputację, ale przede wszystkim powrócić na łono rodziny. Nadzieja na odmianę losu pojawia się wraz ze znaleziskiem jego nowej partnerki. Farkhondeh (Sahar Goldust) weszła w posiadanie torebki z monetami, których wartość równa się połowie feralnego długu Rahima. To dobra podstawa do tego, by dogadać się z wierzycielem, zakończyć dawne waśnie i odzyskać wolność. Na mężczyznę czeka nie tylko Farkhondeh i krewni, których uwiera finansowa niemożność pomocy Rahimowi, ale również 10-letni syn, który zdecydowanie najmocniej przeżywa rozłąkę z ojcem.

Sytuacja protagonisty, jak to u Farhadiego, zostaje naszkicowana z pełną złożonością, niezwykłą precyzją oraz dbałością o niuanse. Gdy Rahim decyduje się odszukać właściciela znalezionych monet i je zwrócić, nie mamy wątpliwości, że tak nakazuje mu sumienie i własna duma. Na nic nie liczy, niczego nie kalkuluje. Dlatego zapewne nie ma też opcji, by przewidział skutki swojego czynu, bo - jak wiadomo - dobrymi chęciami to jest piekło wybrukowane. Godna naśladowania postawa Rahima szybko nie pozostaje jedynie jego sprawą. Szefowie więzienia chcą nagłośnić temat, by pochwalić się resocjalizacyjnym sukcesem. Fundacja pomagająca osadzonym chce podjąć się mediacji mężczyzny z wierzycielem i pomóc wyjść na wolność. Rahim z dnia na dzień staje się bohaterem mediów z całym dobrodziejstwem takiego stanu rzeczy. Anonimowi hejterzy poddają w wątpliwość jego intencje, wietrzą spisek, pojawiają się wątpliwości, czy monety w ogóle istniały. Udowodnienie czegokolwiek jest tym bardziej karkołomne, że pod ziemię zapadła się domniemana właścicielka cennej zguby. Rahim dość szybko przechodzi bolesną drogę z nieba do piekła. Wizja życia na wolności oddala się tak niespodziewanie, jak się pojawiła.

Postać głównego i tytułowego bohatera oraz jego sytuacja, z której nie ma ani prostych, ani oczywistych wyjść, to antyczna tragedia w najszlachetniejszej swojej postaci. Rahim znajduje się w sytuacji patowej, bo cokolwiek zrobi, obróci się to przeciwko niemu. To nie jest kraj dla uczciwych ludzi - bohater doświadcza tego w wyjątkowo bolesny sposób. W filmie pierwszoplanowa postać archaicznie poczciwego człowieka z zasadami góruje nad całą resztą - zbyt ostentacyjnie nastawionym na proste wzruszenie wątkiem jąkającego się syna Rahima, dość jednowymiarowych antagonistów - koniunkturalnych szefów z więzienia czy wiecznie rozgniewanego byłego teścia. „Bohaterem” Asghar Farhadi znów udowadnia, że właściwie od lat robi ten sam film. Mogą zmieniać się aktorzy, a nawet kraj produkcji, ale Irańczyk pozostaje mistrzem zniuansowanych, koronkowych dramatów ludzkich, będąc w tym cholernie konsekwentnym i jeszcze mocniej przewidywalnym. Na Bliskim Wschodzie bez zmian, choć o jakieś zmiany kino Farhadiego powoli zaczyna się prosić.