CANNES 2022: CORAZ CIAŚNIEJ

Data:
Ocena recenzenta: 8/10

Cannes się nie popisało w tym roku. Patrząc przede wszystkim na dorobek Marie Kreutzer - reżyserki stojącej za świetną, nagrodzoną na Berlinale "Drogi Krzyżowej", ale też nawet na tak ważny na Lazurowym Wybrzeżu aspekt atrakcyjności pod względem prezentacji na czerwonym dywanie, "W gorsecie" pod każdym względem zasługuje na konkurs główny. I nagrody w tymże. 

Dzieło Austriaczki to kostiumowe kino historyczne, które czasem z samą historią może się jaskrawo rozmija, ale imponuje na wielu innych płaszczyznach. I nie o faktograficzną adekwatność w tym wszystkim także chodzi. Film chwyta słynną cesarzową Sissy (Vicky Krieps) w momencie nie najbardziej fortunnym. Jak na takim zdjęciu, na którym nie zdążyliśmy się jeszcze korzystnie ustawić i ładnie uśmiechnąć. Zbliżają się 40. urodziny monarchini i zdaje się to być ważka cezura. Świat zewnętrzny bowiem za chwilę z premedytacją odmówi jej młodości, zacznie liczyć każdą zmarszczkę, a w ewentualnych niedyspozycjach zdrowotnych upatrywać sygnałów rychłej śmierci. W realiach 1877 roku wiek Elżbiety uznawano przecież za całkiem zaawansowany. Cesarzowa nie jest w najlepszej kondycji psychicznej, jednocześnie nieustannie testuje swoje ciało. Drakońska dieta, ćwiczenia i gorset ściśnięty mocniej niż wymagałyby tego ówczesne kanony, ledwo pozwalający jej oddychać. Im ciaśniej trzyma się w talii, tym bardziej kobieta łaknie powietrza i swobody. Dlatego już na początku pojawia się pytanie, czy te obsesje Elżbiety to sygnał gotowości i chęci do pożegnania z życiem czy raczej próba jego przedefiniowania i reanimowania.

Kreutzer na monarchinię patrzy z czułością, tworząc obraz ciepły i intymny, ale też nie pozbawiony zadziorności. Elżbieta z dużą finezją potrafi unikać nużących, dworskich uroczystości, mdlejąc na zamówienie czy z cierpkim dowcipem i przekąsem wdawać się w kłótnie przy wystawnym stole. Awansuje wtedy na fajową buntowniczką, dla której ów ciasny kostium epoki i okoliczności staje się symbolem zniewolenia w konwenansie, ale też wybornym pretekstem do teatralnych dąsów, charakternych zaczepek i zniuansowanej komedii. Tak w tej rzeczywistości wygląda wolność. Zrozumienie i bratnie dusze odnajduje dopiero podczas urlopu w Anglii na konnych przejażdżkach z dawnym kochankiem albo w ramionach ukochanego i równie życiowo zakłopotanego kuzyna Ludwika zamkniętego w bawarskim zamku (tego samego, co go niegdyś tak dogłębnie prześwietlił Visconti). Cesarzowa potrafi być jednak też okrutna, gdy wiernej towarzyszce odmawia prawa do zamążpójścia, na które ta właśnie otrzymała najpewniej ostatnią szansę. Kobieca solidarność to wspólne doświadczanie małych radości, ale i spektakularnych boleści. Gdy o twoich powinnościach poucza się nawet kilkuletni syn, od najbliższego, kobiecego otoczenia oczekujesz lojalności właściwie bezwzględnej. 

"W gorsecie" nie chce być tylko filmem o kobiecym skrępowaniu w patrialchalnym świecie, ani nawet atrakcyjną, femistyczną przypowiastką ubraną w elegancki i z wyczuciem sfotografowanym, historyczny sztafaż. Kobieca perspektywa ma tu znaczenie. Film to przecież dzieło szczególnie kobiet, przenikliwych i piekielnie zdolnych - reżyserki Marie Kreutzer, aktorki Vicky Krieps i operatorki Judith Kaufmann. Ów kryzys wieku średniego, o jaki łatwo posądzić Elżbietę, i te wszystkie dziwactwa, które jeszcze łatwiej odczytywać w kategoriach szaleństwa, ta cała melancholia, na pierwszy rzut oka powodowana poczuciem bezsensu i bezradnością, są jedynie objawami. Uniwersalnymi i łatwymi do przeniesienia na wszelakie czasoprzestrzenne konteksty, w tym też te najbardziej współczesne. 

Kocham ten absolutnie wirtuozerski, filmowy portret kobiety przygniatanej obowiązkami, których nie lubi i oczekiwaniami, których ostentacyjnie nie chce spełniać, więc gorączkowo próbującej się wyrwać spod tego upupiającego pręgieża, udając stan lekko obłąkany, a tak naprawdę drwiąc sobie we wnętrzu. Kocham to błyskotliwe studium gniewu - uzasadnionego i jałowego jednocześnie, potęgującego poczucie wyobcowania, odbierającego nadzieję na przejęcie kontroli, podsuwającego rozwiązania dramatycznie ostateczne. I w końcu kocham rozwiązanie tego emocjonalnego węzła gordyjskiego, propozycję wyjścia z sytuacji bez wyjścia jakże prozaicznym banałem. Akceptacją tego, że wolność to jest przede wszystkim w nas. 

Zwiastun: