CANNES 2022: SMUTNI LUDZIE

Data:
Ocena recenzenta: 7/10

Nagrodzonemu Złotą Palmą kilka lat temu "The Square" naprawdę wiele można było zarzucić. Ruben Östlund obnażył prawdę o dzisiejszym świecie sztuki pełnym zakochanych w sobie pozerów? Raczej wyważał otwarte drzwi. W swoim nowym filmie znów strzela w tak łatwe do trafienia cele. Farsa o  tym, że bogaci ludzie są najgorsi, a ich świat to festiwal patologii i niesprawiedliwości? Nowe, nie znałam. Ów tytułowy triangle of sadness na mojej skroni marszczy się od głębokich westchnień bardziej powodowanych rozczarowaniem niż zachwytami. Ale wiecie, jest też kontekst.

Siedząc na canneńskim pokazie prasowym, w sali tylko nieco mniej prestiżowej niż ta obok, gdzie równocześnie trwał galowy seans filmu poprzedzony przaśnym ceremoniałem na słynnym czerwonym dywanie, oglądanie "Triangle of Sadness" sprawiało lekko perwersyjną przyjemność. Zmuszało do myślenia o tych damach i dżentelmenach w wieczorowych kreacjach od modnych projektantów, nocą bawiących się na przyjęciach, w dzień relaksujących się na drogich jachtach zacumowanych w pobliskim porcie, którzy uczestniczą w pokazie, gdzie zmuszeni są śmiać się z samych siebie, w swoim własnym towarzystwie, bo oglądają film o sobie. Nieprzebierającą w środkach satyryczną fabułę, w której kulminacyjnym momencie okrutnie uprzywilejowani beneficjenci (post)kapitalizmu - dosłownie - zostają wrzuceni w radośnie niekontrolowany wodospad fekaliów własnej produkcji. Mnie śmieszy.

"Triangle of Sadness" to jednak nie tylko (niestety?) rozkoszny, anarchistyczny karnawał skutków epidemii choroby morskiej. Doprowadził do niego ciąg wielu zdarzeń. I aż trudno uwierzyć, że punktem wyjścia był modowy casting, w którym H&M stał się symbolem mody inkluzywnej, a Balenciaga - poniżającego elitaryzmu. W gronie młodych, przystojnych mężczyzn znalazł się Carl (Harris Dickinson). Trochę influencer, trochę gość szukający szczęścia w modelingu, ale ta druga ścieżka kariery w jego przypadku ewidentnie stanęła w miejscu. W przeciwieństwie do jego partnerki Yayi (Charlbi Dean), doskonale radzącej sobie zarówno na wybiegu, jak i w mediach społecznościowych. Zresztą ich związek to jeden z wielu deali, na jakie godzą się internetowi celebryci. Są ładni, młodzi i dobrze wychodzą razem na zdjęciach - czego chcieć więcej? Carl dostrzega, że w tej relacji brakuje dialogu i symetrii, miłość i uczucie zastąpiła pragmatyczna budowa marki osobistej. Dlatego Östlund tę dwójkę, a raczej ich kłótnie, traktuje jako pretekst do odhaczenia całej gamy społecznych tematów, które uwielbiają tzw. lewicujące media. W konstrukcji "afery" wokół uregulowania rachunku w restauracji wychodzi ta cała niesamowita zręczność szwedzkiego filmowca w przebojowej inscenizacji wszelakich fars, grotesk, absurdów, które mają zarówno perfekcyjną temperaturę wrzenia, jak i ten zaczepny humor, którego ostatnim tak wybitnym apologetą był bodaj Marco Ferreri. Östlund też to umie, nawet jeśli bohaterów na własne życzenie ma papierowych.

Carl i Yaya, dzięki sponsorom, trafiają na rejs eksluzywnym jachtem, gdzie będą obracać się w gronie nonszalanckich bogaczy - rosyjskich oligarchów, ich żon i kochanek, miliarderów z Doliny Krzemowej, emerytowanych handlarzy bronią. Żadne z tych indywiduuów nie posiada konkretnych właściwości, ale ten grupowy portret korumpującego bogactwa, dewastującej próżności i perfidnego cynizmu u Östlunda wypada po prostu spektakularnie. Gdy jedna z pasażerek wymusza na załodze relaks w basenie, krzycząc, że wszyscy jesteśmy równi, nie tylko zakłóca porządek pracy tych, którzy stoją za dobrym samopoczuciem gości, ale przede wszystkim pozostawia bez opieki surowe owoce morza - główne składniki wystawnej, wieczornej kolacji. Jej finał już znacie. Koncert wymiotów i biegunki umila zawadiacki głos kapitana tonącego w ekstrementach statku (Woody Harrelson) - pijanego marksisty, który przez intercom czyta Noama Chomsky'ego, a następnie nomen omen zanurza się w dyskusji o socjalizmie i kapitalizmie, gdzie tego drugiego broni nawozowy (gówniany, haha) magnat ze Wschodu. Koniec świata jest bliski.

W ostatniej części "Triangle of Sadness" Östlund przewraca w końcu klasową piramidę do góry nogami. Pomysł na scenariuszowy twist jest to z gatunku tych wybitnie banalnych, ale też cóż może być fajniejszego od brutalnego upadku elit i upodlenia atrakcyjnych jeszcze przed chwilą Instagrammerów? Sorry, ale mimo wszystko w tym miejscu jestem na nie. Bo ten finał obnaża wszystkie słabości prowokacji reżysera, który tutaj jak nigdy wcześniej staje się bardziej twórcą kapitalnych gagów, wyluzowanym żartownisiem i niezłym zgrywusem, aniżeli bezwzględnym demistyfikatorem społecznych ułomności. "The Square" miało przynajmniej to głębsze, humanistyczne przesłanie, "Triangle of Sadness" pozostawia nas natomiast z poczuciem pustki i odrobinę też smutku. A gdzieś tam na czerwonym dywanie uśmiechom zapewne nie było końca, bo trafiła im się w Cannes tak bombastyczna komedia, a mógł przecież ponury dramat z Europy Środkowo-Wschodniej. Ale miło było tak przez chwilę pofantazjować o klasie uprzywilejowanej tonącej we własnych fekaliach.