CANNES 2023: PERSONY W KRÓLESTWIE KAMPU

Data:
Ocena recenzenta: 6/10

Todd Haynes jest jednym z nielicznych twórców takiego kalibru, tak doświadczonych, tak klasycznych dla amerykańskiego kina, na którego kolejne dzieła autentycznie czekam. "Safe", "Daleko od nieba", "Velvet Goldmine" i "I'm Not There" to dla mnie filmy absolutnie kultowe. Te bardziej współczesne trochę mniej (przepraszam, że nie kocham "Carol"), ale do tamtych starszych mogę wracać zawsze i wszędzie. Co więcej, jego twórczość jest szalenie eklektyczna. Melodramat w duchu Sirka? Jest. Kino familijne? A jakże. Burzenie narodowych mitów? Nie ma sprawy. Muzyczny thriller? Proszę bardzo. Haynes nie boi się żadnej estetyki, a ta, po którą sięgnął w "May December" to niezła, filmowa akrobatyka.

Nie chcę Wam jego najnowszej fabuły spoilerować, ale to kino zaskakujące na wielu poziomach. Julianne Moore wciela się w rolę Gracie, niegdysiejszej bohaterki ogromnego skandalu (dziwny tytuł to określenie związku, gdzie występuje duża różnica wieku między partnerami), ale teraz, po wielu latach kobieta wiedzie niby spokojne życie matki i żony na ładnych przedmieściach. Piecze ciasta sąsiadom i wyprawia dzieci na studia. Tylko ktoś wysyła jej od czasu do czasu paczki ze zwierzęcymi odchodami.

W tą obrazkową egzystencję wkracza niejaka Elizabeth Barry (Natalie Portman) - znana aktorka, której zaproponowano udział w kontrowersyjnym projekcie, gdzie ma zagrać samą Gracie i przedstawić na ekranie kulisy skandalu sprzed blisko dwóch dekad. O dziwo, pierwowzór filmowej postaci wita w swoich skromnych progach gościa niemalże z otwartymi ramiona. Obie panie okażą się mistrzyniami emocjonalnych szachów, manipulacji i teatru pozorów. Mimo że nazwiska twórców mogą sugerować poważne, wyrafinowane kino, nic bardziej mylnego. "May December" to festiwal kiczu, cringe'u i dyskomfortu.

Haynes zrobił "Personę" Bergmana w estetyce Briana de Palmy z czasów "Dressed To Kill". Wszystko w tej fabule jest sztuczne, przerysowane i karykaturalne. To, co dzieje się na ekranie, wydaje się dość prowokacyjne, ale ta zaczepność ma charakter nagłówka z tabloida. I twórca "Carol" zrobił to wszystko totalnie z premedytacją. Każdy, groteskowy szczegół - spojrzenia Julianne Moore, sposób mówienia Portman, ekstrawagancja wypieków Gracie, hobby jej małżonka, kadrowanie bohaterek, szarżująco-hipnotyzujący motyw muzyczny - to rzeczy szokująco przemyślane i jako takie budzą mój niemały podziw. Ale ta telenowela w swoją estetykę brnie nieco zbyt mocno. Tym bardziej, że dotyka spraw delikatnych, moralnie ciężkich (i jednoznacznych), strasznie instrumentalnie traktując przeżywany latami w ciszy dramat jednego z bohaterów. Nie czułam się wygodnie podczas seansu, dlatego, że obcowałam z tak wysokim stężeniem kampu, ale dlatego, że nie do końca pasuje mi rozrzedzanie tak poważnego tematu formalnym cyrkiem.

Zwiastun: