CANNES 2024: MISTRZOWSKIE PORAŻKI

Data:
Ocena recenzenta: 1/10

Dyskutując o "Megalopolis", zaznaczmy, o czym dokładnie rozmawiamy. Oceniamy film Coppoli i całą historię, która za nim stoi (oraz bonusowo jego artystyczne wybory) czy skończoną produkcję filmową, funkcjonującą także we współczesnym kontekście. Ta pierwsza kwestia dotyczy oczywiście heroicznej walki reżysera o to, by to dzieło, które wymyślił sobie 40 lat temu, nie tylko w ogóle powstało, ale by bezkompromisowo oddawało wizję autora. Zatem każda, nawet najbardziej przewrotna i niespójna idea, szalony pomysł, ekstrawagancki efekt specjalny musiał znaleźć się na ekranie. Marek Aureliusz, Szekspir, XX-wieczne totalitaryzmy, dyskurs na modłę Fukuyamy - to tylko niektóre z jakichś tysiąca nawiązań niczym lokowanie produktu zaaranżowanych w przestrzeni "Megalopolis". Coppola zresztą powiedział na konferencji prasowej w Cannes, że nie chce być osobą, która żałuje, że czegoś nie zrobiła. Dlatego wszystko, co jeszcze chciał zrobić, wrzucił do swojego prawdopodobnie ostatniego filmu. Filmu życia wieńczącego wspaniałą karierę - nie pierwszego zresztą w dorobku tego reżysera. Kolejnego bardzo nieudanego.

 

 

"Megalopolis" to wykład Coppoli o tematach obecnie dla niego najważniejszych, autorska interpretacja pewnych toposów, ale także autobiograficzna wypowiedź o roli i powinnościach artystów w dzisiejszym świecie. W udręczonym architekcie-wizjonerze Cesarze Catilinie (Adam Driver), który za wszelką cenę chce wcielić swoje utopijne projekty w życie, Coppola odzwierciedlił własny stan ducha. Protagonistą Catiliny w filmie jest burmistrz Franklyn Cicero (Giancarlo Esposito), dla odmiany wolący twardo stąpać po ziemi i inwestować publiczne fundusze w bardziej pragmatyczne, użyteczne przedsięwzięcia. Starcie prozy życia i wielkich marzeń, a w tle eskalujące konflikty polityczne napędzane przez populistyczne siły, koniunkturalne media, a nawet popkultura pogrążająca się w erotycznych skandalach, kłamstwach i seks taśmach. Nic nowego.

 

Ameryka w "Megalopolis" satyrycznie przebrana została w kiczowate szaty antycznego Rzymu - imperium stojącego nad przepaścią, które upadnie, jeśli w porę nie zostanie uratowane. Coppola o genezie degrengolady naszej cywilizacji nie mówi nic nowego. To wszystko powiedzieli już XX-wieczni filozofowie, dalej powtarzają dzisiejsi naukowcy, aktywiści, niektórzy politycy. Reżyser przemawia archaicznym językiem i uderza w już dawno zgrane nuty. Rozwiązania, jakie sugeruje są straszliwie naiwne. Na i poza ekranem próbuje poruszyć sumienie ludzkości przyszłością młodego pokolenia - pokolenia swoich wnucząt. Nie on pierwszy i nie jedyny. Człowiek dalej najbardziej lubi żyć dniem dzisiejszym. Nie ruszy ich dziadek (dziaders?) Francis.

 

"Megalopolis", jak na dzieło życia przystało, kosztowało niemało. Z różnych, też własnych zasobów, Coppola zebrał budżet rzędu 120 mln dolarów. Mimo to wykreowane przez niego imperium wygląda przeraźliwie sztucznie i papierowo. Gdyby ktoś mi powiedział, że scenografię do tego filmu zaprojektowała testowa wersja sztucznej inteligencji, uwierzyłabym i zasugerowała szybką ingerencję programistów, by naprawić ewidentne braki. "Megalopolis" wygląda niby barokowo i bombastycznie, ale przede wszystkim tandetnie. Nie widać też reżyserskiej ręki twórcy choćby w prowadzeniu aktorów. Każdy gra jakby w innym filmie i to takim, w którym już kiedyś grał właściwie tą samą rolę. Inna sprawa, że to nie są postacie, ale marionetkowe, przewidywalne symbole konkretnych zachowań, zjawisk, wartości. 

 

To bardzo słaby film i oczywiście możemy się sprzeczać w tej ocenie, tylko i wyłącznie dlatego że mówimy o dziele Francisa Forda Coppoli - jednego z najwybitniejszych twórców w historii kina. Każdy inny z miejsca dostał by wilczy bilet. Wypada i trzeba chwalić starego mistrza za zapał, energię i cierpliwość do tego projektu, ale nie można doszukiwać się przewrotności w fakcie, że owa wielka wizja to czysty bajzel. Minutowy performance z gościem czytającym pod ekranem na sali przed widzami pytania do sceny wywiadu z bohaterem Adama Drivera, to naprawdę za mało, żeby mówić, że "Megalopolis" śmiało wychodzi poza ramy i schematy kina, jakie znany. Za to taki zabieg mocno utrudnia szerszą dystrybucję filmu (na której reżyserowi ponoć nawet nie zależy). Poglądy i diagnozy na teraźniejszość i przyszłość Coppola ma dokładnie takie same jak 2/3 tych liberalnych wujków z wesel wielkomiejskich par. Nie ma nic odważnego w trwonieniu ciężko uzbieranej kasy na scenograficzny kicz i przeładowaną scenografię, która finalnie wygląda jak urealniona rzeczywistość kreskówkowej rodziny Jetsonów. Coppolę rozgrzesza tylko to, że jest Coppolą i w sumie może sobie robić, co tak właściwie chce. W tym złe filmy.